Powrót do miasteczka Salem (1987). Wampiry o paździerzowych zębach

Share

Powrót do Miasteczka Salem swoją premierę miał w maju 1987 roku. Powstały przy budżecie ok $12 000 000 reklamowany był jako follow-up do nakręconego w 1979 roku telewizyjnego Miasteczka Salem – adaptacji powieści Stephena Kinga w reżyserii Tobe’a Hoopera. Pierwotnie planowano, aby był to sequel direct-to-video, jednak Warner Bros postanowiło przeznaczyć go jednak także do kin.

Reżyserem i scenarzystą Powrotu jest Larry Cohen, na pewno znany fanom niskobudżetowego kina klasy B z kultowych A jednak żyje (1974) i The Stuff (1985), a jego współscenarzystą James Dixon. Co ciekawe, Cohenowi w 1979 roku przypadła szansa napisania scenariusza do Miasteczka Salem, jednak zdaniem producenta Richarda Kobritza jego skrypt był tak słaby, że ten postanowił zatrudnić Paula Monasha do sporządzenia nowego. Sam Cohen, mimo licznych starań, nie został w ogóle wymieniony w napisach tego filmu jako współautor.

Powrót nie zebrał pochlebnych recenzji w momencie premiery, a dziś jest w dużej mierze pomijany i zapomniany. Pierwszym i najważniejszym tego powodem jest fakt, że jest to sequel tylko z tytułu, nie mający absolutnie nic wspólnego ani z powieścią Stephena Kinga, ani z jej ekranizacją. (No dobrze, jest jedna rzecz, którą te dwa filmy mają wspólną – stock footage użyte podczas sceny pożaru pochodzą z dzieła Hoopera.)

Michael Moriarty wciela się w rozwiedzionego antropologa Joe’go Webbera. Gdy jego była żona (Ronee Blakley – mama Nancy z Koszmaru z ulicy Wiązów [1984]) daje mu sygnały, że ich nastoletni syn Jeremy (Ricky Addison Reed) zaczyna sprawiać coraz większe kłopoty, ten zmuszony jest przerwać swoją ekspedycję i zająć się młodzianem. Zabiera syna w swoje rodzinne strony – do Salem w stanie Maine, w którym odziedziczył stary dom po swojej ciotce (June Havoc). Na miejscu odkrywają, że miasto jest zamieszkane przez społeczność wampirów rządzoną przez Sędziego Axela (Andrew Duggan). Szybko pojmują oni Joe’go i jego syna oraz zmuszają go do napisania dla nich wampirzej biblii…

Gdy już w pierwszej scenie zobaczyłem jak główny bohater wraz ze swoją ekipą obserwują brutalny obrządek wykonywany przez dzikich tubylców wiedziałem, że Powrót nie będzie mieć kompletnie nic wspólnego z filmem, pod który próbuje się „podpiąć”. Nie przekreślałem go jednak, w końcu Larry Cohen posiada na swoim koncie obrazy, które sobie ceniłem. I faktycznie, początek nastroił mnie pozytywnie. Może nie na film wybitny, ale przynajmniej na B-klasówkę, przez którą można bezboleśnie przebrnąć. Ponieważ Cohen kręcił Powrót równolegle z trzecią odsłoną A jednak żyje (1987), oba filmy dzielą tę samą obsadę. Michael Moriarty i młody Ricky Reed wypadają wiarygodnie jako oderwany od życia rodzinnego ojciec i narwany syn, nie tylko za sprawą ekranowej chemii i gry aktorskiej, ale także dzięki scenariuszowi, który dostarcza im szereg zabawnych dialogów.

Niestety wraz z pojawieniem się wampirów z filmu zaczynają wychodzić te gorsze rzeczy. Przede wszystkim, jego ton jest – używając eufemizmu – bardzo niespójny. Bohaterowie będący wampirami są bowiem mocno przerysowani (np. kładąc się spać do trumny zakładają piżamę), pojawiają się drobne żarty tu i tam (i są to czerstwe suchary), a w okolicach trzeciego aktu bohaterom pomaga podstarzały i niezwykle charakterny łowca nazistów (Samuel Fuller). To wszystko, gdy występuje, wydaje się dla widza wzięte kompletnie „z innej bajki”, ponieważ fabuła przez większość czasu wydaje się być prowadzona ze stuprocentową powagą. Nie ma też żadnego balansu między, jakby nie patrzeć, dość infantylnym humorem a grozą. Przedstawieniu wampirów służy dość brutalna scena ataku na zbłąkanych młodych turystów, po której zobaczymy także atak wampirzych dzieci na grupkę bezdomnych (swoją drogą ten fragment był całkiem niepokojący).

Nie pomagają też wrzucone do scenariusza wątki poboczne. Joe spotyka pośród wampirów swoją młodzieńczą miłość Cathy (Katja Crosby), a jego syn również zakochuje się w młodej Amandzie (Tara Reid), co skutkuje u obydwu wewnętrznym rozdarciem. Pomysł ciekawy, niestety w okolicach trzeciego aktu szybko rozwiązany. Gdy Cathy zachodzi z Joe’m w ciążę, wszystko okazuje się być po prostu częścią planu Sędziego Axela, bo zależało mu na więzach krwi… lub coś takiego. Z chwilą wyjaśnienia całego wątku zostaje on zamieciony pod dywan i film nigdy więcej do niego nie wraca. Nawet podczas finału nie ma do niego najmniejszego odniesienia.

Strona realizacyjna jest do bólu przeciętna, choć bywają momenty, kiedy film ociera się o komiczność. Każdy fan animatroniki na pewno uśmiechnie się pod nosem widząc gumowego potwora kryjącego się w krzakach. Można też przeboleć mało przekonujące charakteryzacje i gore. Odniosłem jednak wrażenie, że im bliżej końca, tym montaż był robiony coraz bardziej „po łebkach”. Najbardziej w pamięci utkwiła mi niesamowita wręcz sztuczność dubbingu podczas finałowych scen, a w szczególności podczas sceny walki z Sędzią (która, myślę, że usatysfakcjonuje każdego fana kina tak złego, że aż dobrego).

Z Powrotem do Miasteczka Salem jest bardzo podobnie jak z Look What’s Happened to Rosemary’s Baby (1976) czy Alien 2 – Sulla Terra (1980). Wszystkie są niby sequelami rozpoznawalnych tytułów. Warto wiedzieć o ich istnieniu, ale jako filmy nie przedstawiają sobą żadnej wartości. Powrót nie jest filmem zasługującym na miano paździerza, ale nie jest też niczym wartym zachodu (ja sam postanowiłem o nim wspomnieć tylko dlatego, że pisałem tekst o oryginalnym Miasteczku Salem do Na celowniku: Tobe Hooper). Posiada dobre elementy, momentami może widza rozbawić nieudolnością w pewnych kwestiach, lecz na dłuższą sprawę wzbudza tylko szereg sprzecznych emocji, a mniej tolerancyjnego widza mógłby po prostu wynudzić. Bierzecie na własną odpowiedzialność.

Michał Mazgaj
Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.