Postapokalipsa, mon amour

Share

Po zbyt wielu miesiącach przerwy przyszła pora na siódmy odcinek cyklu Mon amour, gdzie sympatycy danego gatunku opisują/polecają swoje ulubione z reprezentujących go tytułów. Tym razem, jako że lada chwila nastanie wiosna i świat będzie jeszcze bliższy zagłady, zabraliśmy się za kino postapokaliptyczne. Pominęliśmy przy tym zombie-apokalipsę (postrzegając zombie movie jako osobny twór, któremu przyjrzymy się innym razem) oraz kanoniczne przeboje pokroju tych z Szalonym Maxem (który jednak, jak widać na załączonym obrazku, zgodził się zostać patronem niniejszego tekstu). Do boju ruszyło tym razem dziewięć osób – w tym czwórka gości: Kuba Haczek i Simply (The Blog That Screamed), Adam Horowski (Leksykon Filmów Postapokaliptycznych, no przecież!) oraz Dorota Jędrzejewska (Superchrupka a.k.a. Z moich ust) – toteż, tradycyjnie, polecono obrazy możliwie najróżniejsze. Są pustynie, kanały i głośne samochody, są wreszcie kanibale, roboty, a nawet podróże w czasie. Wszystko, czego tylko pulpowa duszyczka zapragnie.


Oskar Dziki

Rover reż. David Michôd, 2014

U Davida Michôda apokalipsa przyodziewa wymiar w głównej mierze społeczny. Zamiast atomowych grzybów czy pandemii nieznanej choroby, Australijczyk cofa ludzkość do brutalnych czasów handlu wymiennego będącego konkluzją wielkiego krachu ekonomicznego, końca kapitalizmu. W całym tym bałaganie zdaje się być zawieszony główny bohater, Eric. Odegrany wręcz fenomenalnie przez Guya Pearce’a, mimo że czerpie dużo z archetypu westernowego Jeźdźca Znikąd, moralnie chyli się ku ciemnej stronie mocy i wykorzystuje ją, by odebrać z powrotem skradziony przez bandę obdartusów samochód. Fabularnie Rover to kino drogi i kameralny teatr dwóch aktorów, Ericowi bowiem towarzyszy autystyczny brat jednego ze złodziejaszków, Reynolds. I tutaj należy pochwalić grę Roberta Pattinsona, który filmem Michôda żegna się ostatecznie z wizerunkiem migotliwego krwiopijcy. Całość nakręcono stylowo, bazującą na długich ujęciach ręką Natashy Braier (Neon Demon, 2016), która wyciska z australijskiego pustkowia dystopijny czar. Bo historię świata przedstawionego odkrywamy sami za sprawą genialnej scenografii nieszczędzącej detali na drugim czy nawet trzecim planie. To kino drogi które ucieka od Mad Maxowego animuszu skupiając się na ludziach, ich uczuciach czy próbie egzystencji w pogrążonym w anomii świecie. Obserwowane z okna dusznego samochodu słupy telegraficzne pełniące funkcję krzyży, wojsko polujące na bandytów czy stacje benzynowe przebudowane na małe warownie towarzyszą nam aż do kultowego finału, który Michôd zamyka ukłonem w stronę Chłopca i jego psa (1975) L.Q Jones’a.


Michela Ferraro

Dead End Drive-In reż. Brian Trenchard-Smith, 1986

Pod koniec lat osiemdziesiątych świat zalała fala katastrof: zamieszki, wypadki jądrowe, niekontrolowane rzezie. W roku 1990 obrazu dopełnił krach na Wall Street, którego skutki szybko rozprzestrzeniły się po całym globie. Dziś, czyli w niedalekiej przyszłości (choć teraz już przeszłości), ludzkość zmaga się z ogólnym skażeniem środowiska, niedostatkiem żywności oraz panoszącym się wszędzie bezprawiem. Australijski rząd, chcąc zachować chociaż resztki upadłego autorytetu, postanawia z porozrzucanych po całym kraju kin drive-in zrobić „więzienia” dla najbardziej zdeprawowanej młodzieży. Jimmy, przez przyjaciół zwany „Crabsem”, o niczym nie wie, i pewnego wieczora zabiera swoją dziewczynę na film…Podczas seansu Dead End Drive-In kibicujemy głównemu bohaterowi w jego staraniach, aby zbiec z przypominającego samochodowe cmentarzysko „obozu”, jednocześnie rozumiejąc też tych, którzy w odseparowanej społeczności drive-inowej czują się dobrze – w końcu prościej jest wieść beztroski żywot, choćby i w niewoli, niż walczyć o przetrwanie w prawdziwym świecie, gdzie trzeba zajmować się czymś więcej niż „seksem, prochami i rock‘n’rollem”. Dzieło Briana Trencharda-Smitha to jednak nie tylko postapokaliptyczno-dystopijna opowieść o marnych próbach przywrócenia rozbitego społeczeństwa do „dawnej świetności”, której może tak naprawdę – biorąc pod uwagę zaskakujące podobieństwo przedstawionego chaosu do obecnej rzeczywistości – nigdy nie było. Ten smakowity kąsek ozsploitation to także niezłe kino akcji w street punkowym stylu, mechanofilskie dziedzictwo Mad Maxa oraz satysfakcjonujący film popcornowy. Na fabułę składają się same potyczki, lecz nie są one naszpikowane brutalnością; od obrazu bije zgiełk, ale bez efekciarstwa. W tle pobrzmiewa muzyka new wave, po planie przechadzają się barwnie wystylizowane postaci; dialogi, choć często miałkie, potrafią rozbawić, a zakończenie daje rozładowującego kopa, pozostawiając jednak parę pomniejszych pytań bez odpowiedzi. Krótko mówiąc: lekka rozrywka z charakterem.


Kuba Haczek

La Jetee reż. Chris Marker, 1962

Film Chrisa Markera, niemal w całości składający się ze statycznych zdjęć na kształt fotonoweli, to jeden z najbardziej wpływowych obrazów XX-wiecznego science fiction.  La Jetée (tak na marginesie polski tytuł Filar jest zupełnie nietrafiony, w oryginale rozchodzi się o widokowy taras) to postapokaliptyczna, dziejąca się po III wojnie światowej w zniszczonym Paryżu, historia eksperymentu z podróżami w czasie. Tajemniczy naukowcy (użycie dialogów w tle sugeruje, iż mogą to być niemieccy oficerowie), którym udało się przeżyć, prowadzą badania dotyczące wysłania człowieka w przeszłość, celem ocalenia miasta (świata?). Po nieudanych próbach znajdują w końcu odpowiedniego kandydata (Davos Hanich), którego prześladuje natarczywe wspomnienie z dzieciństwa, związane z tarasem widokowym lotniska Orly i przebywającą na nim zagadkową kobietą (Hélène Chatelain). Mężczyzna spotyka się z nią w różnych momentach swojego życia, rozmawiając i powoli odzyskując pamięć dotyczącą własnej przeszłości. Wspomnienia i proces związany z ich odzyskiwaniem wraz z oddziaływaniem jednostek na historię to główny temat, jaki przewija się przez twórczość Chrisa Markera, człowieka-orkiestry, działającego w wielu dziedzinach sztuki. Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, iż ten pisarz, reżyser i fotografik przeżył II wojnę światową w młodym wieku, co na zawsze pozostawiło w jego psychice trwały ślad. Główną inspiracją był jednak Zawrót głowy (1958) Hitchcocka; Marker mówił o swoim dziele, iż jest jego remakiem, dziejącym się w Paryżu. Do dziś pozostaje jedną z ciekawszych wypowiedzi na temat postrzegania czasu, jako koncepcji nie dającej się zamknąć w prostym, linearnym systemie; twórca La Jetée stosując w finale pętlę czasową doskonale puentuje otwarte na wielorakie interpretacje dzieło. Wracając jeszcze raz do tytułu – może on także fonetycznie odnosić się do brzmienia zwrotu „là j’étais”, czyli w wolnym tłumaczeniu „byłem tam”; to tylko kolejna z warstw tego niesamowitego obrazu. W 1995 roku Terry Gilliam nakręcił opartą na tym samym pomyśle popularną dystopię 12 małp, zaś w 2010 roku magazyn „Time” uznał go za najlepszy film o podróży w czasie. Wstyd nie znać.


Adam Horowski

The Quiet Earth reż. Geffrey Murphy, 1985

Co byś zrobił, gdybyś obudził się pewnego ranka i okazałoby się, że właśnie zostałeś ostatnim człowiekiem na Ziemi? Śpiewałbyś piosenki manekinom, jak Harry Belafonte w The World, the Flesh and the Devil (1959)? Puszczałbyś sobie stare filmy w kinie, jak Charlton Heston w Człowieku Omedze (1971)? A może wymyśliłbyś sobie przyjaciela, jak Robert Strauss w poniekąd znakomitym The Noah (1975)? Zapomnij o nich, wszyscy wymienieni to mięczaki. To, co wyprawia na ekranie Bruno Lawrence w Cichej Ziemi, wcielając się w coraz dziwniejsze i potężniejsze postacie, przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Gdyby skrócić tę nowozelandzką produkcję do trzydziestu paru minut, podczas których Lawrence prezentuje teatr jednego aktora, nie wahałbym się nazwać tej wstydliwej fantazji maniaków pulpowego kina arcydziełem. Później, kiedy do historii włączani są kolejni bohaterowie, robi się bardziej konwencjonalnie, ale na tle niezliczonych klonów Wojownika szos (1981) zalewających rynek w połowie lat 80. dzieło Geffreya Murphy’ego nadal jawi się jako prawdziwa perełka. Tym bardziej, że twórcy zadają też niebanalne pytania. Czy jako ludzie mamy bowiem moralne prawo do przeprowadzania eksperymentów potencjalnie zagrażających wszelkim żywym stworzeniom? Czy jednostka, która ma przed sobą czerwony guzik, jest w stanie udźwignąć odpowiedzialność za kształt wszechświata? Czy ci, co ocaleją z katastrofy, będą w stanie przełamać dzielące ich różnice? I wreszcie – czy członkowie wspólnoty, w której znajdzie się tylko jedna kobieta, będą w stanie żyć w zgodzie i razem pokonywać przeciwności losu? Ostatecznie człowiek pozostanie człowiekiem i istnieje raczej niewielka szansa, że całkowicie zrezygnuje z walki o władzę i dominację. Gra jest warta świeczki, nagrodą jest bowiem poczucie boskości, a nawet tytuł ostatniego człowieka na Ziemi. Efektem ubocznym będzie dumne zdychanie w ciszy i samotności.


Dorota Jędrzejewska

Stalowy świt reż. Lance Hool, 1987

Ok, można powiedzieć, że Stalowy świt to VHS-owa ramotka. Trudno jednak odmówić jej uroku. Film zanurza się po uszy zarówno w estetyce postapo, jak i w tradycji klasycznego westernu z domieszką średniowiecznego eposu. To dobre wzorce, a Lance Hool przerabia je w sprawny, sympatyczny sposób. Jest więc pustkowie i jeździec znikąd (w tej roli przekonujący Patrick Swayze) i jest dolina dobrodusznych farmerów zarządzana przez piękną wdowę (żona Patricka, Lisa Niemi). Jest też zły facet z żądną krwi ekipą, który chce tę dolinę nieuczciwie zawłaszczyć, domyślając się, że znajdzie tam cenne źródło wody, a tym samym dostęp do władzy. I tu Stalowy świt sugestywnie wchodzi w western, krok po kroku rekonstruując jego elementy. Kreśli konflikt tych złych z tymi dobrymi, na czele z walecznym i tajemniczym oswobodzicielem. Odwzorowuje rytm życia osadników oraz ich wielkie nadzieje związane z budową wodociągu, która ma szansę okazać się dla nich takim samym wybawieniem, jakim w westernowym świecie była budowa kolei. Podobnych cytatów/parafraz jest więcej i choć nie wychodzą one poza czysty symbol, wspólnie działają jak ładna rekonstrukcja dobrze znanego mitu. Mit ten, wzbogacony o piękne, pustynne obrazy wraz z barwnym przepychem dekoracji, rekwizytów i kostiumów, stanowi kwintesencję kina postapokaliptycznego lat 80-tych. Poleca się na seanse w duchu VHS-owej nostalgii.


Marta Płaza

Delikatesy reż. Jean-Pierre Jeunet i Marc Caro, 1991

Całą dekadę przed tym zanim zaaplikował światu potężną dawkę uroku i słodkości kręcąc historię Amelii Poulain, Jean-Pierre Jeunet  zabrał nas na wycieczkę po najbardziej obskurnych i absurdalnych odmętach ludzkiej natury. Zrobione wspólnie z Markiem Caro Delikatesy to pełna zaskakujących zwrotów akcji i przewrotnego poczucia humoru wariacja na  temat kina postapokaliptycznego. Zgodnie z prawidłami gatunku rzecz dzieje się w zniszczonym wojnami świecie, w którym głównym problemem tym razem jest  niedobór żywności.  Akcja toczy się jednak z dala od źródła konfliktu, w jednej z malowniczych francuskich kamienic, zarządzanej twardą ręką przez rzeźnika, a jednocześnie właściciela tytułowych delikatesów. Pewnego dnia w kamienicy zjawia się niejaki Louison, poszukujący pracy dozorcy. Jak się później okazuje, rzeźnik będzie potrzebował go do zupełnie innego, kulinarnego celu… Atmosfera się zagęszcza w momencie, gdy przybysz zakochuje się w córce rzeźnika, a mieszkańcy kamienicy zaczynają mieć już dość  totalitarnych zapędów ojca dziewczyny. Zważywszy na spore gabaryty rzeźnika, rozwiązanie problemu wydaje się być oczywiste… Delikatesy były pełnometrażowym debiutem Jeuneta i Caro (panowie tworzyli razem już wcześniej, a cztery lata później zrealizowali też Miasto zaginionych dzieci). Debiutem znakomicie przemyślanym i nakręconym. Kolorystyka zdjęć oraz sama scenografia robią olbrzymie wrażenie, nawet po tylu latach. Młodzi twórcy od pierwszej do ostatniej minuty konsekwentnie podążali obraną przez siebie ścieżką pełną groteskowego czarnego humoru i absurdalnych rozwiązań akcji, dzięki czemu w całym filmie nie ma ani jednej fałszywej nuty czy nietrafionej puenty. Film spotkał się ze znakomitym przyjęciem, zdobywając cztery Cezary, zwracając przy okazji uwagę widowni na niebanalną twórczość młodych Francuzów, z których jeden miał się wkrótce stać gwiazdą.


Simply

No Blade of Grass reż. Cornel Wilde, 1970

Przerażający to film i jeden z najmocniejszych w kinie apeli, by nie pogrywać z Matką Naturą. Bo gdy ona odmówi nam swoich darów, możemy być pewni, że zanim umrzemy z głodu, wszelkie normy moralne zdążą się jeszcze zdemaskować jako umowa społeczna właśnie ulegająca rozwiązaniu (jak to umowa). Walka będzie się toczyć o każdy dzień przetrwania, a z chwilą, gdy ogarną cię etyczne dylematy, jesteś trupem. Twoja szansa to szybkość decyzji, kiedy bliskiej osobie należy wpakować kulę albo poderżnąć gardło, zanim ona zrobi to tobie. Ani Źdźbła Trawy to siódme reżyserskie dokonanie popularnego w latach 40. i 50. hollywoodzkiego aktora (nominowana do Oscara rola Fryderyka Chopina w A Song to Remember z 1945 r.). Przybyły z Azji wirus stopniowo ogarnia cały glob, niszcząc pola uprawne i zatruwając wszelką roślinność. Przynajmniej do momentu, aż ktoś nie wpadnie na genialny pomysł w stylu Zielonej Pożywki, planecie grozi  śmierć głodowa. Szacowny John Custance (Nigel Davenport) wraz z rodziną opuszcza ogarnięty paniką Londyn i rusza na północ, gdzie ponoć plaga jeszcze nie dotarła. Po drodze przyłączają się inni. Wyprawa rychło przeradza się w wojnę partyzancką z pominięciem wszelkich reguł fair play. Zagrożeniem są już nie tylko zorganizowane gangi (jak setka Hell’s Angels, która atakuje grupę, okrążając ją na motocyklach, niczym Indianie osadników), ale i przeciętni, praworządni obywatele gotowi zabić dla worka ziemniaków. Do tego wojsko zamiast kontrolować sytuację, staje się kolejną dziką bandą i to jeszcze gorszą, bo uzbrojoną w pm-y Sterling i karabiny L1A1. A i w samej grupie nie brakuje napięć, zmieniają się też kryteria oceny człowieka. Twardy i celnie strzelający psychopata, który zabija bez oporów, podważa autorytet Custance’a i rości sobie prawo do jego nieletniej córki, pozostanie bezkarny, gdyż ze swoimi talentami jest dla ogółu bezcenny. Wilde zachłannie korzysta ze zdobyczy okrutnego kina eksploatacji, zarazem tworząc dlań nowe wzorce – scenę gwałtu Hellsów na żonie i córce bohatera  skrojono  na miarę najpodlejszego grindhouse’u. Wszystko rozgrywa się w pastoralnej scenerii górskich dolin hrabstwa Yorkshire i regularnie punktowane jest oderwanymi od całości obrazami gnijących ścierw zwierząt i ptaków, ścieków przemysłowych oraz wszelkich innych kontaminacji. W skrócie: Noc Żywych Trupów (starczy zastąpić zombie uzbrojonym motłochem i rzucić akcję w plener), Major Dundee, Born Losers i Koyaanisquatsi w jednym.


Arek Szpak

Krew bohaterów reż. David Webb Peoples, 1989

Sztandarowy, a zarazem jeden z najlepszych i najoryginalniejszych  postapokaliptycznych filmów lat 80 i wszystkich pozostałych. Zbudowany na doskonale wygranym  pomyśle, aby, będący tematyczną podstawą gatunku, trud życia w zniszczonym świecie, przybierający zwykle kształt opowieści o walce (o wodę, o benzynę, o człowieczeństwo, o przetrwanie w ogóle…) wyrazić otoczką filmu sportowego, widowiskową i brutalną grą. Oferującą bohaterom skonkretyzowaną szansę na życie w lepszym miejscu, ale u swego rytualnego sedna pełniącą przede wszystkim symboliczną rolę niosącego pocieszenie spektaklu ludzkiej wytrzymałości w świecie po katastrofie. Obrazując pustynny świat postapo od tej strony, tzn. jako nie tyle dziki i przez to niebezpieczny, co – bliżej istoty rzeczy – jako siłę stawiającą opór, jako ciężki do życia, Peoples (po raz pierwszy i jedyny na reżyserskim stołku, znakomity scenarzysta, który zaadaptował Scottowi Łowcę androidów, Gilliamowi napisał 12 małp, a Eastwoodowi Bez przebaczenia) pełen pomysłów, a jednocześnie powściągliwy w mnożeniu atrakcji, osiąga efekt niemal poetycki: rzeczywistość Krwi bohaterów to świat, w którym czas gry o wytrzymałość odmierzany jest uderzeniami kamieni, a o kobietach bez blizn wspomina się jak o kimś nierealnym.


Wongo

Hardware reż. Richard Stanley, 1990

Esencja undergroundowego kultu i swego rodzaju opus magnum kręconych za grosze postapokaliptycznych wizji, którymi na pęczki obrodziła epoka VHS. Pochodzący z RPA, wówczas zaledwie 24-letni, Richard Stanley bynajmniej nie próbował stworzyć tutaj setnej wariacji na temat Wojownika Szos. Już nawet ukazana w preludium pustynia nie przypomina malowniczych, jałowych plenerów stanowiących scenerię dla tych zazwyczaj quasi-westernowych z natury opowieści – pod nałożonym czerwonym filtrem jawi się jako iście infernalne miejsce, gdzie po radioaktywnym piachu może wędrować sam Szatan niosący dogorywającym resztkom ludzkości zgubne dary. Ale Hardware to przede wszystkim spektakl zamknięty w klaustrofobicznej ciasnocie kilku pomieszczeń, i mimo ograniczeń przestrzennych (oraz budżetowych) niezwykle intensywny audiowizualnie, z mocarną atmosferą budowaną przy pomocy muzyki i obrazu. Z dystopijnego tła (ponurą rzeczywistość najdobitniej podsumowuje spiker radiowy – o głosie Iggy’ego Popa – informujący, że „nie ma żadnych pierdolonych dobrych wiadomości”) wkraczający w obszar odrealnionego, sennego koszmaru. Clou programu stanowi tu mistrzowsko rozegrany, szarpiący nerwy pojedynek między osaczoną we własnym mieszkaniu bohaterką (Stacey Travis) a morderczym robotem – precyzyjnym, zaprogramowanym narzędziem śmierci, w otumanionym trucizną umyśle jednej z konających postaci nabierającym wręcz kształtu jakiegoś mechanicznego demona, tryumfującego (przy dźwiękach Stabat Mater!) nad organiczną, trawioną przez robactwo, materią. Po swym pełnometrażowym debiucie Stanley zapowiadał się więc jako jeden z najciekawszych i najbardziej obiecujących twórców kina gatunkowego lat 90., z wyrazistym, drapieżnym stylem, ale przyszłość pokazała, że był również filmowcem wyjątkowo pechowym, o dramatycznie połamanej karierze. Nigdy nie dane mu było zrealizować planowanej kontynuacji (Ground Zero), są jednak tacy, którzy wciąż czekają na jego wielki powrót.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.