Maczużnik. Poezja, wódka i robaki

Share

Ach, ta miłość. Dopada człowieka w najmniej spodziewanym momencie i robi zeń niewolnika. W pewnym sensie każe mu się płaszczyć przed drugą osobą, a czasem nawet też poetę udawać. I wydaje się takiej ofierze, że jest szczęśliwa i wszystko dobrze się potoczy. Bo przecież jest kochana i sama też ma kogo kochać, bo życie jest piękne i perspektywy ciekawe się rysują. Ale chemia miłości zwykle w końcu znika i nie wszystkie plany udaje się zrealizować. Człowiek gorzknieje, a rzeczywistość okazać się może ulepioną nie z cukru, lecz z błota. I w końcu przychodzi ten dzień, w którym najchętniej odrąbałoby się swojej drugiej połówce głowę. No dobra, może się trochę rozpędziłem. Ale to nie moja wina. To wszystko przez Maczużnika.

Komiks Michała Rzecznika i Daniela Gutowskiego aż sam się prosi, aby przynajmniej częściowo mówić o nim metaforami. Że jest, dajmy na to, jak ten tytułowy grzyb, który „rozrasta się szybko i wysysa od środka bezbronną ofiarę” (czyli wydawcę), a potem „ze strzępków matki uwalniają się zarodniki i atakują kolejnych żywicieli” (czyli czytelników). Można też jeszcze inaczej: w Maczużniku życie jawi się jako taniec pijanych ludzi, ten sam, który obserwujemy przez pierwsze strony historii, podczas wesela głównych bohaterów. A tam im więcej alkoholu, tym więcej radości, ale i nieświadomego fałszu. Nogi kolejnych postaci plączą się, ich kroki stawiane są coraz mniej pewnie i taniec zaczyna przypominać błądzenie w ciemności. Pijany mózg wysiada, kolejne komórki palone są w tempie geometrycznym. Z czasem wiersz napisany dla narzeczonej ustąpi miejsca pięści lądującej na twarzy żony.

Rzeczywistość w oparach wódki – bo właśnie o takiej rzeczywistości nam autorzy opowiadają – może być tyleż śmieszna, co straszna. Podczas tańca z panną młodą jej wujaszek może tylko próbuje jej przypomnieć sprośny dowcip, a może faktycznie sugeruje jej seks w szopie. Jej koledzy ze wsi może chcą się z jej świeżo upieczonym mężem tylko napić, a może chcą go skrzywdzić. Przecież normalnie zapewne staliby pod sklepem z tanim winem w ręce i czekali tylko, aż pojawi się jakiś obcy – a najlepiej właśnie bohater – któremu można by mordę obić. Nie znaczy to, że tacy właśnie są. Ważne, że tacy się jemu samemu wydają. Kluczową rolę w Maczużniku odgrywa bowiem perspektywa. A dokładniej trzy perspektywy – pana młodego, panny młodej i jej matki. Kolejne punkty widzenia tradycyjnie nakładają się na siebie, umożliwiając autorom zabawę kontekstem, a tym samym i zabawę nastrojem. To, co wydaje się śmiertelnie poważne, staje się zaraz czymś komicznym. To, co wydaje się czymś komicznym, stać się jednak może czymś smutnym. Przy czym nakładanie na siebie kolejnych perspektyw tylko na pozór czynione jest tu z matematyczną precyzją. W pewnym momencie nie uzupełniają się one, lecz sobie przeczą. Oto efekt stałej subiektywizacji narracji, którą uwypuklona zostaje względność rzeczywistości.

Maczużnik to w zasadzie wszystkie te stare i zwykle niezbyt zabawne dowcipy o teściowych i żonach, których doświadczony mężczyzna ma już dość, wzięte razem do kupy i przefiltrowane przez najzwyklejszą codzienność. Owocem czego powstała zadziwiająca i kipiąca od kreatywności makabreska. Jej twórcy na swoje inspiracje wskazują polskie kino lat 80. Osobiście miałem nieco inne skojarzenia. Skojarzeniem pierwszym, dla młodego współczesnego czytelnika chyba najbardziej oczywistym, jest twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Rzecz jasna komiks najwięcej wspólnego ma z mocno zbliżonym tematycznie Weselem (2004). Jednakowoż zupełnie inny jest sztafaż gatunkowy, po który Rzecznik i Gutowski sięgnęli. O ile autor Drogówki (2013) posiłkował się w swoim głośnym debiucie tradycją komedii romantycznej, o tyle komiksiarze – ponurością barw i kolorów, coraz mroczniejszą tonacją, pewnym motywem fantastycznym czy wreszcie wszechobecnością robaków, którymi zdają się być i ludzie – prowadzą swoją historię w rejony zarezerwowane dla horroru.

Cała ta przeprowadzona przez nich wiwisekcja „ciemnej strony polskości” i przejaskrawienie szarej codzienności przypominają też wybrane filmy reprezentujące nurt z przełomu lat 60. i 70. znany jako Kino Młodej Kultury. W „Historii kina polskiego” Tadeusz Lubelski podzielił go na kilka stronnictw. Jednym z nich jest stronnictwo groteski. Najbardziej znane z zaliczanych doń tytułów – Rejs i Hydrozagadka (oba z 1970 roku) – średnio do Maczużnika pasują. Co innego, jeśli wziąć pod uwagę niektóre z tyleż uroczych, co paskudnych animacji Juliana Antonisza, prowokacyjne i surrealistyczne freski społeczne Wojciecha Wiszniewskiego czy wreszcie gorzkie, a zarazem poetyzujące tandetę PRL-u, dokonania Janusza Kondratiuka. Jeśli wziąć do kupy pewne z wyznaczników filmografii tychże twórców – bezkompromisowość, dialektyczny charakter, różnego rodzaju grozę mieszającą się z humorem, satyryczne zacięcie, pastiszowanie gatunków – i przełożyć je na język opowieści obrazkowych, to otrzymalibyśmy coś w stylu Maczużnika.

A jednak, pomimo mocno filmowych skojarzeń, dzieło to wydaje się być trudne do ewentualnego zaadaptowania na grunt innego medium. Niemożliwym byłoby z pewnością filmowe odzwierciedlenie nietuzinkowej formy tejże historii. Autorzy dają w niej popis doskonałej znajomości języka opowieści obrazkowych, czego bodaj najlepszym przykładem jest scena tańca (a raczej sekwencja kolejnych tańców), gdzie panna młoda wiruje coraz bardziej mijając slalomem liczne sąsiednie pary, przede wszystkim zaś eksplorując wszystkie części kolejnych stron komiksu. Bardzo sugestywna symulacja pijaństwa. Duże wrażenie robią też pomysłowe dodatki do Maczużnika. Na starcie otrzymujemy przyklejoną doń kopertę z listem miłosnym bohatera do jego przyszłej żony (tu też zapoznajemy się ze wspomnianym wcześniej wierszem), a kolejne rozdziały oddzielają przyklejone kartki z życzeniami od krewnych, jakie para otrzymała już podczas swojego ślubu. Wyjątkowość i pomysłowość formalna ściśle dopasowana jest do samej fabuły. Jedno z drugim znakomicie współgra. Czyni całość czymś jedynym w swoim rodzaju, a najpewniej i jednym z najlepszych polskich komiksów ostatnich lat.

PS. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Centrala.

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.