Podsumowanie 2019

2019 już dawno za nami, zatem zgodnie z panującą już tradycją nadszedł czas na kolejne podsumowanie roku. Tak jak poprzednim razem, redaktorzy Kinomisji postanowili uraczyć Was swoimi osobistymi topkami oraz napisać małe co nieco o jednym z filmów, które ich zachwyciły. Życzymy przyjemnej lektury, zaś fanów bardziej wiekowej kinematografii zapraszamy w środę. Wtedy to opublikujemy podsumowanie retro.


Oskar Dziki

Boże Ciało * Deerskin * Ekstaza * Historia małżeńska * Lighthouse * Midsommar * Parasite * Pełzająca śmierć * Pewnego razu… w Hollywood * To my 

Król (reż. David Michôd)

Potrzeba lwiej odwagi, by podjąć się próby translacji na współczesny język szekspirowskiej sztuki opowiadającej o życiu Henryka V oraz Wojnie Stuletniej. Netflixowy Król, to mocno fabularyzowana prezentacja znanej już historii, wsparta o nowe motywy i kilka dość znaczących zmian. I nie jest to w żadnym wypadku zarzut wobec filmu, gdyż tak opracowany skrypt idealnie współgra z reżyserską wizją Davida Michôda – twórcy fantastycznego The Rover (2014). Hal, w tej roli uroczy jak zawsze Timothée Chalamet, to pacyfista, który podejmuje się inwazji na Francję dopiero po długotrwałej prowokacji. Młody aktor z gracją uwydatnia charakterologiczną złożoność oraz wewnętrzny konflikt jego bohatera, którego na próżno szukać choćby w tekście Szekspira. Sporadyczne sceny akcji podkreślają realistyczne ramy filmu, średniowieczna wojna okazuje się nie tylko niezwykle brutalna, lecz również niezdarna. Okuci w zbroje wojacy zataczają się pod ich ciężarem, grzęzną w bagnie błota i krwi. Nietrudno odnaleźć tutaj ukłon w stronę batalistycznego pejzażu z Braveheart – Waleczne Serce (1995), do którego Michôd kłania się w pół pas. Dużo tutaj również zasługa autora zdjęć, Adama Arkapawa, który wizualnie udowadnia nam, dlaczego do ów okresu historycznego przyległo stwierdzenie „wieki ciemne”. I choć wojna robi w Królu niesamowite wrażenie, siłą napędową są tutaj dworskie intrygi. Produkcja pochwalić się może naprawdę mocarną obsadą, na czele z Robertem Pattinsonem, Benem Mendelsohn czy Joelem Edgertonem. Miłośnikom historycznych dramatów Króla pewnie przedstawiać nie trzeba, oni na pewno go widzieli. Ci, którzy jak dotąd kręcili nosem, powinni czym prędzej odpalić platformę sygnowaną czerwonym „N” i zatopić się w to nastrojowe, angażujące doświadczenie!


Caligula von Kömuda

Historia małżeńska * Joker * Krew na betonie * Lighthouse * Oficer i szpieg * Rambo: Ostatnia krew * The Dirt * W deszczowy dzień w Nowym Jorku * Złota rękawiczka

Irlandczyk (reż. Martin Scorsese)

Podsumowanie historii kina gangsterskiego. Ponad trzygodzinny hołd dla gatunku, ale też – prawdopodobnie – pożegnanie z nim. Tak chyba należy patrzeć na ostatni film Scorsese. Nie jest to może jedno z najwybitniejszych dokonań twórcy, ale z pewnością najlepsze – obok Wilka z Wall Street – co nakręcił w tym wieku. Opowieść o mafijnym zabójcy przybiera rozmiary szekspirowskiej tragedii, a kapitalny scenariusz znajduje wsparcie w kreacjach aktorskich – stonowanych, dojrzałych. Wyjątkiem jest szarżujący Pacino, na którego patrzy się jednak z nieustającym podziwem. Zresztą wartościowanie byłoby tutaj błędem, bo niezapomniane role tworzą również Joe Pesci i Robert De Niro (tak dobry to on nie był od lat). Słyszałem różne opinie: że za długi, że nudny, że geriatria. Prawda jednak jest taka, że to kino z krwi i kości. I potu. Celne, skłaniające do refleksji, na przemian porywające i przykre w odbiorze. Kino jak sprzed lat, bo skupione na postaciach, nie na fajerwerkach. Wybaczam nawet nie do końca trafioną decyzję o cyfrowym odmładzaniu aktorów.


Sara Nowicka

Faworyta * Lighthouse * Monument * Mowa ptaków * Parasite * Pewnego razu w… Hollywood * Sny wędrownych ptaków * To my * Złota rękawiczka

Boże Ciało (reż. Jan Komasa)

Jan Komasa dotąd jawił mi się jako sprawny rzemieślnik, w którego kinie, niestety, nie znajdywałam niczego dla siebie. Z tym większą radością przyjęłam Boże Ciało – mądre kino środka, które zadowoli i niedzielnych kinomanów, i filmowych wyjadaczy. Niewątpliwą zaletą tego obrazu jest autentyzm. Nareszcie młodzi ludzie w polskim kinie rozmawiają ze sobą jak prawdziwi młodzi ludzie, a nie sztuczne twory, opisane na podstawie gazetowych wycinków. Film jest wypełniony po brzegi empatią, nie ma tu podziału na dobrych i złych, są jedynie postaci oraz ich zachowania, które, dzięki czułej obserwacji twórcy, możemy w pełni zrozumieć. Jest świetna historia, zawieszona gdzieś pomiędzy Teorematem (1968) Piera Paolo Pasoliniego a Zakonnicą w przebraniu (1992) Emile’a Ardolino. Obok niezapomnianych kadrów, poruszających przemian i listy dobrych inspiracji, z kinem Andrzeja Żuławskiego na czele, Komasa zmieścił w swoim dziele jeszcze wiele prawd o współczesnej Polsce. Jednak tym, co wynosi Boże Ciało na piedestał, jest rola Bartosza Bieleni, inkarnacji Klausa Kinskiego. Młody aktor, póki co, jest bardziej zrównoważony niż niemiecki artysta, jednak obu łączy androgeniczna uroda, nieprzeciętna wrażliwość, ogromna emocjonalność i niemal zwierzęca dzikość. Mam nadzieję, że rola podszywającego się pod księdza wychowanka poprawczaka otworzy Bieleni wszystkie drzwi, przez które będzie chciał przejść. Nawet jeśli nie, to pewnie sam rozwali je z buta.


Mateusz R. Orzech

Atlantyk * Diabeł morski * Esktaza * Jinpa * Lighthouse * Mord * Najczystszy jest popiół * Nasze miejsce * Parasite

Długa podróż dnia ku nocy aka Di qiu zui hou de ye wan (reż. Gan Bi)

Po niezwykle udanym pełnometrażowym debiucie, jakim był Kaili Blues, chiński poeta, fotograf, scenarzysta i reżyser Gan Bi stworzył kolejną poetycką opowieść, tym razem zatytułowaną Długa podróż dnia ku nocy. Produkcja ta zyskała mu spore uznanie i porównania z innymi mistrzami kina, m.in. z Andreiem Tarkowskim. Film przez około połowę czasu trwania podąża za poszarpanymi wspomnieniami protagonisty, tworząc dość dezorientującą fabułę o mężczyźnie poszukującym kobiety w quasi-kryminalnym, quasi-noirowym anturażu. Dlaczego jej szuka? Jaka jest chronologia zdarzeń? Dlaczego wszystko wydaje się – zarówno miejsca, jak ludzie – znajdować w stanie permanentnego rozkładu? Tak jak wspomnienia powoli się zacierają w ludzkiej pamięci, zmieniają kształty i mieszają się z emocjami, tak też i film skonstruowany jest niczym strumień świadomości, nie pozwalający na łatwe odnalezienie lub zwyczajnie (już?) nie posiadający odpowiedzi. Długa podróż dnia ku nocy (czy, jak brzmi chiński tytuł, Ostatnia noc Ziemi) nie pozostaje jednak na stałe poetycką podróżą po uczuciach i tęsknotach zagubionych w labiryncie wspomnień; w okolicach połowy przeradza się bowiem w trwającą około godzinę, nakręconą mastershotem i w technologii 3D potężną scenę zabierającą nas w nocną podróż poprzez opuszczoną kopalnię, kolejkę górską, rozpadający się klub bilardowy czy małomiasteczkowy konkurs wokalny. Bohater, czyli też widz, krąży wśród zagubień i żalów, spotykając ludzi, z których każdy coś utracił i nigdy już nie zdołał zasklepić ziejącej w sercu otchłani. Odpowiedzi na zadane wcześniej pytania zdają się zatem kryć nie w poszatkowanej, mdłej, płaskiej i konfundującej pamięci, ale w nieprzerwanej, wyrazistej, trójwymiarowej i nieco mniej konfundującej wyobraźni.


Marta Płaza

In fabric * Midsommar * Na noże * The Nightingale * Parasite * Pewnego razu… w Hollywood * Synowie Danii * The Lighthouse * Złota rękawiczka

Zabawa w pochowanego (reż. Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett)

Grace (Samara Weaving) jest najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Już za chwilę ma poślubić swojego ukochanego, członka arystokratycznej rodzinki, która od pokoleń zamieszkuje elegancki dworek. Podekscytowana wydarzeniem dziewczyna jeszcze nie wie, że  tego dnia stres przed pomyleniem słów przysięgi będzie jej najmniejszym problemem. Rodzina pana młodego kultywuje bowiem niezwykle makabryczną tradycję. Osoba wżeniająca się w rodzinę, zaczyna rzeczywiście do niej należeć nie w momencie ceremonii ślubnej, ale dopiero wtedy gdy wygra, a właściwie przeżyje do rana, po całonocnej grze w (po)chowanego, w której stawką jest życie. Zaczyna się polowanie, w czasie którego, panna młoda będzie musiała umknąć, przed całą, uzbrojoną po zęby rodziną. Zabawa w pochowanego to nie tylko mistrzostwo sztuki translatorskiej (już dawno, żaden film nie otrzymał równie błyskotliwego polskiego tytułu!), ale i sztuki wyważonego scenariopisarstwa. Mimo absurdalnego punktu wyjściowego, nie ma tu ani chwili, gdy historia traci swój rytm i wdzięk na rzecz przegiętego czy nietrafionego punktu zwrotnego. Wszystko jest na swoim miejscu, a ostro cięte żarty trafiają dokładnie tam gdzie powinny. Satyra na nieprzyzwoicie bogatych to temat wdzięczny na gruncie wielu gatunków,  tutaj udało się ją obdarzyć wyjątkowo makabrycznym sznytem. Świetnie w tym świecie odnajduje się Samara Weaving, która od kilku lat i kilku tytułów, zaczyna nam wyrastać na prawdziwą królową krzyku, na miarę XXI wieku. Pewna siebie, wprost kochana przez kamerę, ubrana w elegancką, retro suknię ślubną, zamiast obcisłego białego podkoszulka, będzie bardzo trudnym przeciwnikiem dla żądnej krwi rodzinki. Aż do samego finału, który jest wyborną zgrywą z przyzwyczajeń widza i ostatecznym dowodem na to, że mainstreamowe kino grozy ma do zaoferowania coś więcej niż tylko tandetne jump scare’y.


Antoni Urbanowicz

Come to Daddy * Ekstaza * In Fabric * Joker * Krew na betonie * Lighthouse * Nazywam się Dolemite * Parasiste * Pewnego razu… w Hollywood * Złota Rękawiczka


Marcin Zembrzuski

Adoration * Boże ciało * Krew na betonie * Lighthouse * Midsommar * Na noże * The Nightingale * Pewnego razu… w Hollywood * Złota rękawiczka

Wilkołak (reż. Adrian Panek)

Zacznę od tego, że spośród obejrzanych w ciągu ostatniego roku polskich filmów (nie, żebym za obowiązek traktował uwzględnianie tu jakiegokolwiek rodzimego tytułu) najchętniej umieściłbym na swojej liście wspaniałą Fugę Agnieszki Smoczyńskiej. Tak też zrobić planowałem, ale wtedy zorientowałem się, że film miał swoją premierę jeszcze w grudniu 2018 roku. Jednak drugie dzieło Adriana Panka – twórcy niedocenianego, a jakże pięknie enigmatycznego Daas (2011) – niewiele jej ustępuje. Co prawda, nie wszystko mi się w nim podobało (narracja wydała mi się w paru miejscach chaotyczna, a zakończenie usilnie symboliczne i średnio przekonujące), lecz całość to kawał solidnego kina pięknie łączącego klasyczny dla naszej kinematografii dramat wojenny z rasowym filmem gatunków spod znaku horrorowego animal attack (a może też co nieco home invasion?). Oto bowiem mieszkające w środku lasu, zniszczone życiem w obozie zagłady dzieci (podkreślmy: grupka mniej czy bardziej dysfunkcyjnych antybohaterów) muszą stawić czoło wypuszczonym na wolność wilczurom tresowanym wcześniej przez hitlerowców do zagryzania ludzi. Jest bardzo gęsto, bywa intensywnie, mrocznie i nihilistycznie, ale też lirycznie i wręcz bajkowo. Jest też mocarna strona audiowizualna (zwłaszcza w scenach akcji oraz przy okazji pewnej popijawy) i kolejny dowód na to, że polskie kino znowu ma się dobrze.

5 Komentarzy

  1. @Caligula von Komuda
    THE DIRT? Ten biopic THE DIRT? Motley Crue’owe THE DIRT? Był jakiś inny film pt. THE DIRT w 2019, który przeszedł zupełnie bez echa? To jest jakiś kontrowersyjny wybór, który miał wszystkich zaskoczyć? THE DIRT to twoje guilty pleasure? Jesteś jakimś Crue’owym psychofanem? What is the deal, man? Inquisitive minds want to know :)

    @Marta Płaza
    „Mimo absurdalnego punktu wyjściowego, nie ma tu ani chwili, gdy historia traci swój rytm i wdzięk na rzecz przegiętego czy nietrafionego punktu zwrotnego. Wszystko jest na swoim miejscu, a ostro cięte żarty trafiają dokładnie tam gdzie powinny. Satyra na nieprzyzwoicie bogatych to temat wdzięczny na gruncie wielu gatunków, tutaj udało się ją obdarzyć wyjątkowo makabrycznym sznytem. Świetnie w tym świecie odnajduje się Samara Weaving, która od kilku lat i kilku tytułów, zaczyna nam wyrastać na prawdziwą królową krzyku, na miarę XXI wieku. Pewna siebie, wprost kochana przez kamerę, ubrana w elegancką, retro suknię ślubną, zamiast obcisłego białego podkoszulka, będzie bardzo trudnym przeciwnikiem dla żądnej krwi rodzinki. Aż do samego finału, który jest wyborną zgrywą z przyzwyczajeń widza i ostatecznym dowodem na to, że mainstreamowe kino grozy ma do zaoferowania coś więcej niż tylko tandetne jump scare’y.”

    Tak szczerze, to gdyby ten film szlajał się cicho po jakiś serwisach streamingowych i kiedyś by się przypadkiem na niego trafiło, to może by się nawet podobał. (Tak jak SATANIC PANIC, które chociaż było tańsze i miało irytujące Joss Whedonowe scenopisarstwo, to było tym samym i IMO lepszym filmem od READY OR NOT.) Ale naczytawszy się tych wszystkich opinii o girl power i satyrycznej wojnie klas, to ciężko się było zadowolić tym filmem, kiedy właściwie nie spełniał żadnej z wstawionych przez krytyków obietnic. Z drugiej strony, moim zdaniem było parę fajnych rzeczy w DEVIL’S DUE i V/H/S-ach, więc nie przeszkadza mi, że Bettinelli-Olpin i Gillett poprawili swoją pozycję w reżyserskich rankingach.

    • @daniel

      Nie, chodziło mi o irański dramat psychologiczny o chłopcu trudniącym się nielegalnym przemytem świnek morskich, który zakochuje się w jednym z przerzucanych przez granicę gryzoni. Chwyta za serce.

      A tak serio to owszem, lubię Mötley Crüe.

      • To dlatego umieściłeś DIRT na swojej liście? Lubienie Crue jest ok, mają fajne kawałki w dyskografii, ale ten film jest delikatnie mówiąc nierówny. Moim zdaniem LORDS OF CHAOS jest dużo lepszym biopikiem. I nie widziałem ROCKETMANA, ale zakładam, że musi być lepszym filmem od THE DIRT. Pewnie jest profesjonalnie zrobiony, a THE DIRT wygląda jakby reżyser JACKASSÓW był bardziej zainteresowany pokazywaniem jak Ozzy z DECLINE OF WESTERN CIVILIZATION pije swoje siuśki, niż dramatyzowaniem historii zespołu.

  2. Nie widziałem póki co ani Lords,ani Rocketmana. Pierwszy mnie bardziej intryguje, drugi – jeśli jest równie „profesjonalny” co Bohemian Rhapsody – mogę ominąć. Dirt mi się podobało jako stricte rock’n’rollowa rozrywka. Nie film wybitny, ale taki do którego jeszcze wrócę i który fajnie gra na nosie nadętym politpopowcom. Produkt, ale jakby z innych czasów. Nie wszystko było tam idealne, nie wszystko zagrało, ale jednak w pamięć zapadł. Stąd wyróżnienie. Zresztą gościom z MC raczej nie chodziło o głębię, bo to proste chłopaki.

    • LORDSI są IMO zajebiści, to jeden z moich filmów roku. POLAR, komiksowa adaptacja z Mikkelsenem i drugi film Akerlunda z 2019, też wart jest polecenia.

      Też nie oglądałem BOHEMIAN RHAPSODY (chociaż znam paru entuzjastów Mercury’ego i Queenów, którym się podobało) i czytałem, że Dexter Fletcher po cichu nakręcił jakieś fragmenty tego filmu, ale ja go bardziej doceniam za EDDIE THE EAGLE. To też jest biopic z Egertonem, jak ROCKETMAN, i zalicza się do takich raczej komediowo-familijnych, pokrzepiających filmów, ale moim zdaniem jest udanym przedstawicielem tego gatunku.

      No, jako prosta rock’n’rollowa rozrywka z innych czasów to ten film może i się broni… To, co mi się najbardziej nie podoba w DIRT, to końcówka. Oni tam tak dziwnie przeskoczyli od dezintegracji zespołu do triumfalnego powrotu, że właściwie nie wiadomo po co się schodzą. Wydają się nie znosić siebie nawzajem i muzyki, którą grają, ale kiedy Sixx zaczyna ich zbierać i gadać o braterstwie wykutym w ogniach hard rocka, to nagle jest happy end. To chyba najmniej przekonywujące tego typu sceny jakie widziałem. Wygląda jak parodia, ale oni je chyba na poważnie zrobili.

Pozostaw odpowiedź Caligula von Kömuda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.