Podsumowanie 2018

Szanowne, Szanowni! Tradycyjnie, niedługo po nastaniu Nowego Roku prezentujemy Wam nasze małe podsumowanie ubiegłego sezonu. Każda z ośmiu „kinomisyjnych” osób, jakie zdecydowały się wziąć udział w zabawie, zaprezentowała listę swoich dziesięciu ulubionych tytułów 2018 roku oraz opis jednego z nich (choć jedna osoba z braku czasu ograniczyła się do top 10). Jak zawsze, tego typu podsumowanie jest dobrym powodem, aby wyjść poza „kinomisyjne” szufladki i chwalić tu kino każdego możliwego rodzaju. Dlatego więc obok gore, pulpy i gatunków znalazło się też miejsce na wyciszony arthouse czy mega widowiskowy mainstream. Rzecz jasna, nie zabrakło przy tym filmów, które się na naszych kolejnych listach powtarzały. Najczęściej, bo aż siedem razy pojawiającym się u nas filmem okazała się halucynogenna Mandy (to z niej kadr stanowi więc główne zdjęcie niniejszego wpisu), na miejscu drugim, otrzymawszy sześć „głosów”, znalazło się głośne Dziedzictwo. Hereditary, a na trzecim trzy tytuły, które otrzymały po trzy „głosy”, mianowicie Climax, Tajemnice Silver Lake oraz Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Zapraszamy do lektury i pisania listów z pogróżkami!

PS. A jutro o zbliżonej porze opublikujemy nasze podsumowanie retro.


Avengers: Wojna bez granic * Ciche Miejsce * Czarna Pantera * Czarne lustro: Bandersnatch * Dziedzictwo. Hereditary * Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie * Halloween * Mandy * Suspiria

Oskar Dziki

Primal Rage (reż. Patrick Magee)

Legenarna Wielka Stopa w filmie współtwórcy efektów specjalnych do takich hitów jak Spider-Man (2002) czy Obcy kontra Predator(2004) to nie tylko rządne krwi monstrum. To przede wszystkim metafora problemów rozpadającego się małżeństwa, które właśnie na terenie łowieckim owłosionego hominida poddane zostanie próbie. Primal Rage przypomina krwisty bufet wszystkiego tego, za co kochamy eksploatacyjne kino lat 80-tych. Magee bezpośrednio cytuje takie klasyki, jak Predator(1987), Piątek 13-tego (1980) czy Uwolnienie (1972). Ten swoisty melanż skutkuje tym, że film sam nie ogranicza się, kiedy tylko bohaterowie przekroczą symboliczną linię drzew. Jednak największe wrażenie robi tutaj potwór. Okazuje się, że imponujące swoim wyglądem monstrum nie działa tylko wedle pierwotnego instynktu. Niczym Rambo w Pierwszej Krwi (1982) kamufluje się, używa łuku i zastawia wymyślne pułapki. Gdyby tego było mało, sam ukrywa swoje oblicze za maską! Choć Primal Rage nastawione jest głównie na wątki survivalowe, wraz z drugim aktem dostajemy całkiem przyzwoicie nakręcony slasher. Praktycznie każda ekranowa śmieć zawstydzić może niejedną, nastawioną na efekty gore, produkcję. Zaczyna się prosto i dość schematycznie, by z biegiem czasu skręcić w naprawdę dziwne, odjechane rejony, które zaskoczą nawet najbardziej zaprawionych w bojach widzów! Nie jest to co prawda tak bezprecedensowa jazda, jak tegoroczna Mandy, wciąż jest to jednak kawał naprawdę krwistego (dosłownie) kina!


Bhavesh Joshi Superhero * Call Boy * Dziedzictwo. Hereditary * Mandy * Płomienie * Roma * Shadow * Siedzący słoń * Wrath of Silence

Mateusz R. Orzech

One Cut of the Dead (reż. Shin’ichiro Ueda)

Zrealizowany za zaledwie 3 miliony jenów, bez większych nazwisk w obsadzie debiutancki film Shin’ichiro Uedy pobił w japońskich kinach wyniki finansowe największych tegorocznych hollywoodzkich superprodukcji. Równocześnie niemal natychmiast stał się kultowym dla wielu szaleństwem, gloryfikującym miłość do kina, lecz nie szczędzący przemysłowi filmowemu i telewizyjnemu kilku gorzkich konstatacji. One Cut of the Dead to rozpoczynający się od trwającego 37 minut groteskowego mastershotu miks obłędnej komedii z kinem grozy i szczyptą dramatu. To mimo – zdawałoby się – jakże mało oryginalnego pomysłu wyjściowego, wciąż zaskakująca produkcja, w której reżyser w poszukiwaniu prawdziwości ekspresji nasyła na swoją ekipę prawdziwych zombie (i wyskakuje od czasu do czasu przed kamerę radośnie wrzeszcząc „akcja!”). To stanowiący swoistą parodię gatunku i krytykę podejścia telewizji do własnych produkcji obraz uległości ekip filmowych i zatracania zmysłu artystycznego na rzecz traktowania filmów jako szybkiego zarobku. To pełne charyzmatycznych kreacji, pędzącego tempa narracji i porządnej dawki humoru potwierdzenie, że wciąż jeszcze można wykorzystać żywe trupy do czegoś nowego. I, w końcu,  One Cut of the Dead to przede wszystkim produkcja, z której wylewają się hektolitry świeżości, pomysłowości i czystej, niczym niezmącanej frajdy.


Ballada o Busterze Scruggsie * Dzicy chłopcy * Dziedzictwo. Hereditary * Listopad * Mandy * Nić widmo * Trzy billboardy za Ebbing, Missouri * Wieża. Jasny dzień * Zimna wojna

Sara Nowicka

Climax (reż. Gaspar Noe)

Dwóch francuskich reżyserów wróciło w zeszłym roku do lat 90. – czasów sprzed ery smartfonów. Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza Abdellatifa Kechiche’a i Climax Gaspar Noégo to awers i rewers tej samej monety. Obaj reżyserzy są równie zafascynowani cielesnością, ruchem i tańcem. Różnica jest jednak diametralna. Tam, gdzie u Kechiche’a jest witalizm, upojenie rozkoszami życia i młodością, u Noégo panuje nihilizm, degeneracja i upodlenie. Kechiche chwyta chwilę, Noé pokazuje nieustającą pustkę. Climax jest filmem mocno umiejscowionym w historii kina. Reżyser już w czołówce jasno daje do zrozumienia z jakim kinem mamy mieć do czynienia. Jest to półka, na której stoi Pies andaluzyjski Buñuela, Opętanie Żuławskiego, Suspiria Argento i klasyki kina eksploatacji. Kino symboliczne i oniryczne. Pełne seksu, przemocy, a równocześnie wolności i rytuału. Genialna jest scena histerii ogrywana przez Sofię Boutellę, wyraźnie inspirowana Opętaniem. Zresztą cały film jest transowym obrządkiem, bad tripem, który zamiast katharsis potęguje lęk i wstręt do samego siebie. Wizualnie i muzycznie Noé stworzył chyba swoje najlepsze dzieło. Krwista czerwień oraz intensywna żółć, zestawienie znane z filmów (i plakatów) do poprzednich filmów Francuza, gra tu idealną scenografię piekła. Techno w ujęciu reżysera idealnie podkreśla pierwotność nierealnego nocnego doświadczenia, które obserwujemy na ekranie. Noé ujmuje mnie odwagą w penetrowaniu ciemnej strony człowieka, kinofilią, ale przede swego rodzaju niefrasobliwością. Autor wspomina w wywiadach, że scenariusz Climaksu, filmu, na temat którego można napisać wiele naukowych prac, liczy dwie strony, zaś użyta w scenografii flaga Francji, rozpalająca umysły wszystkich recenzentów, pojawiła się w filmie tylko ze względów kolorystycznych. Dla mnie jest to przykład rozkosznej dezynwoltury. Podobnie jak sam film. Vive la liberté! Vive Climax!


Ballada o Busterze Scruggsie * Czarne bractwo * Dziedzictwo. Hereditary * Listopad * Mandy * Pod ciemnymi gwiazdami * Tajemnice Silver Lake * Upgrade * Zatrzyj ślady

Marta Płaza

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach (reż. John Cameron Mitchell)

John Cameron Mitchell to jedna z najbardziej enigmatycznych postaci kina. Nie rozpieszcza fanów, mając na swoim koncie zaledwie cztery filmy, ale gdy już dochodzi do głosu, to ciężko przejść obok niego obojętnie. Po siedmiu latach od premiery kameralnego dramatu Między światami, postanowił powrócić do kampowych korzeni, biorąc na warsztat opowiadanie Neila Gaimana Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach. Mając na uwadze nazwisko autora literackiego pierwowzoru, jak i dotychczasowe dokonania Mitchella, mogliśmy być pewni, że adaptacja, będzie jednym z najbardziej szalonych filmów tego roku. Tym razem reżyser zabiera nas do Londynu z lat siedemdziesiątych, gdy na ulicach rządzi punkowa rewolta i buntująca się młodzież. Głównym bohaterem jest niejaki Enn – nastolatek marzący o własnej kapeli i dziewczynie. Te marzenia już wkrótce mogą się spełnić, gdy wraz z kumplami trafia na przedziwną imprezę, na której poznaje uroczą Zan – kosmitkę zafascynowaną chłopakiem i tym przedziwnym punk rockiem. Od tej chwili będziemy świadkami kosmicznego love story, nakręconego w rytmie buntu i new age’owskich wizji. Opowiadanie Gaimana wychodziło z prostego założenia: kontakty z płcią przeciwną w wieku nastoletnim mogą być na tyle skomplikowane, jakby przedstawiciele każdej ze stron pochodzili z dwóch  różnych planet. Reżyser postanowił potraktować to założenie dość dosłownie, łącząc klimat komedii romantycznej z estetyką filmów sci-fi. Są kosmici, są kanibalistyczne rytuały, jest i najważniejsze – młodzieńczy bunt przeciwko establishmentowi. Nieważne, czy jesteś ziemianinem, czy kosmitką – grunt to bunt przeciwko skostniałym zwyczajom. Mitchell nie ułatwia życia widzom, serwując olbrzymie ilości absurdalnego humoru, nie zawsze też trafiając w punkt ze swoimi kosmicznymi metaforami. Młodzieńcze inicjacje i neurotyzmy są jednak tematem na tyle uniwersalnym, że nawet w tym kampowym świecie wybrzmiewają wiarygodnie. Reżyser po raz kolejny udowodnił też, że kocha wszystkich dziwaków tego świata, dopingując ich na drodze do szczęścia.


Blue My Mind * High Life * Hostiles * Najczystszy jest popiół * Nić widmo * Płomienie * Przedszkolanka * Suspiria * Trzy billboardy za Ebbing, Missouri 

Arek Szpak

Szczęśliwy Lazzaro (reż. Alice Rohrwacher)

Jak poprzedni film Alice Rohrwacher, Cuda z 2014, Szczęśliwy Lazzaro to kino nostalgiczne i spowite niezwykłością, jednocześnie bliskie ziemi i unoszące się nad nią. Opowieść o świecie minionym, na którą nakładają się i którą dopełniają kolejne – o wyzysku klasowym, wielkim szwindlu, i o prostaczku bożym, współczesnym świętym. Religijna przypowieść i włoski realizm magiczny, którego dwoistość swój  najpełniejszy wyraz znajduje w kluczowym dla historii spojrzeniu na czas. Szczęśliwy Lazzaro jest mocno osadzony w czasie, choć rozgrywa się jakby ponad nim. Idylliczna rzeczywistość (idylliczna jednak w nienarzucający się, niepozorny sposób) kreowana w pierwszej połowie filmu sprawia wrażenie na poły mitycznej, czas wydaje się jej nie dotykać, ale właśnie tylko wydaje – niemal niedostrzegalnie zostawia znaki swojego upływu w pojawiających się gdzieś na marginesie  technologicznych nowinkach, by w końcu uderzyć z całą mocą, pozwolić miastu wyprzeć wieś, zimie lato, i w jednej chwili zamienić dzisiejsze w utracone, stary świat w swoje ruiny. Wybitny film Rohrwacher ma wiele z prozy włoskiego pisarza Dino Buzzatiego: podszyty magią nostalgiczny portret przeszłości, ironicznie zjadliwy, choć niepozbawiony czułości obraz zapatrzonej w siebie arystokracji i wiarę w cuda, świętość odzianą w strój, w którym zawsze czuła się najlepiej, wieśniacze łachmany.


Climax * Clovehitch * Dom, który zbudował Jack * Dziedzictwo. Hereditary  * Mandy * Mission: Impossible – Fallout * Pierwszy reformowany  * Tajemnice Silver Lake * Winni  * Źle się dzieje w El Royale

Antoni Urbanowicz


Black’47 * Errementari: kowal i diabeł * Ghostland * Kaliber * Mandy * Niech ciała się opalają * Powstrzymać mrok * Sweet Country * Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego

Wongo

Puppet Master: The Littlest Reich (reż. Sonny Laguna, Tommy Wiklund)

Nie czekałem na nowego Władcę lalek, mimo, że pierwsze odsłony cyklu darzę sentymentem, a charakterystyczny szyld studia Full Moon jest dla mnie jednym z symboli ery VHS. Nawet wieść o zaangażowaniu w przedsięwzięcie S. Craiga Zahlera (jako scenarzysty) nie wzbudzała entuzjazmu. Raczej zdziwienie: czemu u licha nie weźmie się za jakiś naznaczony surowością western, zamiast tracić czas na próbę reaktywacji serii, której urok wynikał z szeregu czynników przypisanych konkretnej epoce, zwyczajnie niemożliwych do podrobienia we współczesnych, cyfrowych czasach? Gotowe dziełko okazało się jednak być przyjemnym zaskoczeniem – filmem odwołującym się wprost do (nie)czystego ducha taniej obskury; bijącym pokłony Bogom Srogiej Pulpy, a w stronę Inkwizytorów Politycznej Poprawności wystawiającym wielkiego fucka. W tej wersji Andre Toulon, twórca ożywionych marionetek, nie jest – jak uprzednio – ofiarą nazistów, ale gorliwym sługą III Rzeszy. Zgromadzonym w  swej rezydencji reprezentantom mniejszości etnicznych i odmiennych orientacji seksualnych zafunduje swoisty endlösung – w wydaniu kieszonkowym, ale z jakże spektakularnym efektem!  O ile pierwsza połowa filmu, podobnie jak w przypadku poprzednich scenariuszy Zahlera, odznacza się wolnym tempem i niespieszną ekspozycją, tak druga to już istny rollercoaster dowożący najlepszy gore sezonu. Ciężko opisać co tu się wyprawia – wspomnę tylko o kukiełce rodem z antysemickiej karykatury wyrywającej dziecko wprost z kobiecego łona. Całość krwawego spektaklu jest przy tym mocno zabawna, co wynika głównie ze zderzenia niewielkich rozmiarów oprawców (i ich pociesznego wyglądu) ze skalą czynionej rzezi. A jeśli pojawi się scena seksu, to będzie w analogicznie ordynarny sposób przegięta – wszak dla gejzerów krwi przeciwwagę mogą stanowić tylko monstrualne silikony. Autorzy, wierni szczytnej tradycji bezbudżetowej oblechy, co rusz solidnie dokładają do pieca. I jeszcze ta lista płac: w Toulona wciela się Udo Kier, żywa legenda euro-eksploatacji lat 70., a obok niego gwiazdy epoki VHS – Barbra Crampton, dawna muza Stuarta Gordona, oraz mocno zapomniani Michael Paré i Matthias Hues – widok tego dinozaura ucieszył mnie najbardziej, zwłaszcza, że towarzyszy mu najfajniejsza z nowych lalek – Junior Führer. Zaś za elektroniczny, cudownie staro-szkolny soundtrack odpowiada nie kto inny, jak sam Fabio Frizzi. Pozostaje tylko żywić nadzieję, że zapowiadany prequel – pod wdzięcznym tytułem Aryans Ahoy! – dojdzie do skutku.


Bracia Sisters * Climax * Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach * Listopad * Mandy * Nigdy cię tu nie było * Tajemnice Silver Lake * Trzy billboardy za Ebbing, Missouri * Zimna wojna

Marcin Zembrzuski

Hostiles (reż. Scott Cooper)

Jeśli próbować opisać samą naturę, jaka wypełnia tło kolejnych, zwykle całkiem plastycznych, kadrów mistrzowskiego westernu Scotta Coopera, to należałoby użyć sformułowania w stylu „tyleż piękna, co niebezpieczna”. Z jednej strony regularnie zapiera dech w piersiach, a z drugiej często sugerowanym jest, że czai się w niej coś, po spotkaniu z czym kolejne postaci mogą stracić jeśli nie życie, to chociaż zdrowie. Tak ujęta przyroda to w zasadzie dosyć klasyczny element, mogący przywoływać na myśl tradycyjne westerny epoki Johna Forda. Tyle że tutaj mamy nie tylko sugestywność, ale prawdziwy świat przemocy i śmierci. Atmosfera nieustannego zagrożenia i bezwzględność kolejnych aktów agresji to elementy już bardziej typowe dla spaghetti westernu. I jak u Sergia Leone i spółki, tak i u Coopera nawał przemocy ostatecznie prowadzi do absurdu. Tyle że jeśli u Włochów absurd skutkował, uogólniając, narodzinami czegoś w rodzaju dzikiej i cynicznej kreskówki dla dorosłych, tak w Hostiles mamy czystej wody egzystencjalizm. Cooper nie tylko bowiem naszpikował tą prostą opowieść o kawalerzystach eskortujących znienawidzonych Indian niuansami i empatią, ale też przyprawił ją solidnym kawałkiem filmowej poezji (rewelacyjne wykorzystanie muzyki czyni film liryczną balladą). Mimo brutalności jakby wywodzącej się z kina włoskiego, reżyser, otwierając film nawiązaniem do ikonicznych Poszukiwaczy (1956), idzie raczej w stronę amerykańskich obrazów w jakimś stopniu wywodzących się z tegoż majstersztyku Forda, ale bardziej przynależnych już epoce westernu rewizjonistycznego (chociaż niekoniecznie będących od razu filmami rewizjonistycznymi sensu stricto!), jak Major Dundee (1965) Sama Peckinpaha czy przede wszystkim Ucieczka Ulzany (1972) Roberta Aldricha. Podejmując tematykę uprzedzeń rasowych oraz spirali przemocy Cooper, tak jak właśnie Aldrich, zmierza wręcz w rejony antropologii. I wychodzi mu z tego jeden z najlepszych westernów XXI wieku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.