Podsumowanie 2017

Szanowne, Szanowni! Tradycyjnie, dwa tygodnie po nastaniu Nowego Roku prezentujemy nasze podsumowanie ubiegłego sezonu. Jak to od początku ma u nas miejsce, każda z „kinomisyjnych” osób, która zdecydowała się wziąć udział w zabawie (czyli osób sześć, jako że z drugiej połowy redakcji aż piątka to retro-maniacy, którzy współczesnego kina prawie nie oglądają!), przygotowała listę ulubionych tytułów (max 15) oraz opis/polecankę jednego z nich. Braliśmy pod uwagę premiery zarówno kinowe, jak i festiwalowe, oraz tak rodzime, jak zagraniczne. Tym razem kolejne listy trochę bardziej różnią się od siebie niż w naszych poprzednich podsumowaniach, ale oczywiście nie obyło się bez wspólnych tytułów. Najczęściej powtarzało się sześć filmów: Baby Driver, Brawl in Cell Block 99, Mięso, Super Dark Times, To przychodzi po zmroku oraz Uciekaj!. Każdy po trzy razy, poza ostatnim, który razy cztery, także właśnie go reklamujący plakat wybrany został na główną ozdobę niniejszego wpisu. Zapraszamy do lektury i złowrogich komentarzy!


68 Kill * American Assassin * Brawl in Cell Block 99 * Midnighters * Mother! * Ogary miłości * Śmierć nadejdzie dziś * Uciekaj! * Wind River * Zabójcza ziemia

Mariusz Czernic

Mayhem (reż. Joe Lynch)

„Żadna kropla deszczu nie sądzi, że spowodowała powódź”. Zgodnie z tymi słowami pracownicy korporacji prawniczej czują się bezkarni za chaos wywołany przez wirusa ID-7. W trakcie trwającej osiem godzin kwarantanny obserwujemy krwawą jatkę z udziałem szeregowych pracowników i ich szefów. Wirus pozbawia ludzi zahamowań – zainfekowany człowiek traci kontrolę nad emocjami, staje się niebezpieczny dla otoczenia. Film wiele by stracił, gdyby zrobić go na poważnie. Ten motyw aż się prosi o humorystyczną konwencję i reżyser tak też go nakręcił – z ogromnym dystansem, humorem i masą kapitalnych, celnie trafiających w punkt, tekstów. Nieźle scharakteryzowano bohaterów. Protagonista (świetna rola Stevena Yeuna) jest początkowo jednym z korporacyjnych dupków. Czasem ujawnia przebłyski empatii, ale jest tylko trybikiem, który ma działać mechanicznie, bez cienia emocji. Na chwilę przed atakiem wirusa został zwolniony, co sprawia, że nie tylko wydobywa z siebie wszystkie tłumione przez lata emocje, ale też łączy siły z zawiedzioną klientką firmy (w tej roli fantastyczna Samara Weaving). Mimo hektolitrów wylanej krwi, chrzęstu łamanych kości i licznych wulgaryzmów w tej klaustrofobicznej przestrzeni biurowca można wyraźnie oddzielić bohaterów pozytywnych od negatywnych. Ci pierwsi walczą o swoje prawa, godność i prawdę. Dla tych ostatnich przemoc nie ma głębszego uzasadnienia, służy jedynie do symbolicznego udowodnienia swojej wyższości (wspomnę choćby o scenie, w której Żniwiarz bije kobietę mówiąc, że jest za równouprawnieniem). Film sprawia dużo frajdy – jest krwisty, szalony i komiczny, ale też prowokacyjny i jednocześnie niegłupi. Budżet został bardzo umiejętnie wykorzystany, natomiast aktorzy doskonale zabawili się swoimi postaciami, co przełożyło się pozytywnie na odbiór. Film miał polską premierę na lubelskim festiwalu kina grozy Splat!FilmFest, aczkolwiek podkreślić należy, iż nie jest klasycznym horrorem, lecz brutalną, pozbawioną subtelności, czarną komedią.


Baby Driver * Blade Runner 2049 * Dunkierka * Kong: Wyspa Czaszki * Lego Batman: Film * Opiekunka * Spider-Man: Homecoming * Strażnicy Galaktyki vol. 2 * T2: Trainspotting * Thor: Ragnarok * To * To przychodzi po zmroku * Uciekaj! * Wojna o Planetę Małp

Oskar Dziki

Atomic Blonde (reż. David Leitch)

Nakręcone przez twórcę pierwszego Johna Wicka (2014), Atomic Blonde jest wystylizowanym do perfekcji kinem akcji, które świadome swojego wizerunku przypieczętowało markę reżysera we współczesnej kulturze. Wiele sekwencji i zapierających dech choreografii walk rozgrywanych jest w rytm muzyki, która, jak w fantastycznym Baby Driver, stanowi integralną część tego filmu nadając mu ton i smak. Gdzieś w tle widzimy nawet powstającą wśród szarości bloku wschodniego kulturę rave! Już w swoim debiucie Leitch pokazał, że jak mało kto potrafi wykreować swoisty balet śmierci operując głównie na długich ujęciach i grze – często podkręconych do granic – kolorowych świateł. Grana przez Charlize Theron postać kreowana jest na prawdziwą królową lodu skrywającą swoje oczy pod wielkimi, lustrzanymi okularami i stającą naprzeciw całej bandy wielkich, złych facetów.  Kiedy trzeba, potrafi zdzielić przez łeb przenośnią kuchenką elektryczną, jej ponętne ciało wyciągnie informację nie tylko z mężczyzn, ale i kobiet, a gdy nastąpi taka konieczność, wsiądzie za kółko i zaaranżuje trochę chaosu w pełnym akcji pościgu berlińskimi ulicami. Sprawne oko i ucho wyłapią w Atomic Blonde całą masę odniesień do „ejtisowej” popkultury i krajobrazu polityczno-społecznego oraz pojawiających się tu i ówdzie meta-komentarzy. Jest tu prawie 10-minutowa sekwencja „jednego ujęcia”, w której nasza bohaterka walczy z wysłanymi na nią siepaczami i jeśli film grzęźnie fabularnie gdzieś w połowie, tak owe wizualne perełki sprawiają, że siedzimy na krańcu fotela, a bicie naszego serca synchronizuje się z pulsującym z głośników beatem.


Baby Driver * Charismata * The Florida Project * Hagazussa * John Wick 2 * La La Land * Manchester by the Sea * Mięso * Mother! * Paddington 2 * Ptaki śpiewają w Kigali *  Uciekaj! * Zło we mnie

Grzegorz Fortuna

Wieża. Jasny dzień (reż. Jagoda Szelc)

Nie mam wątpliwości, że pokazywana po raz pierwszy na festiwalu w Gdyni Wieża. Jasny dzień to nie tylko najciekawszy rodzimy debiut ostatnich lat, ale też jeden z najwybitniejszych polskich filmów po 1989 roku. A nawet więcej – nie mam też żadnych wątpliwości, że film Jagody Szelc można stawiać w jednym rzędzie z najważniejszymi art-horrorami ostatniej dekady. I nie trzeba się przy tym asekurować hasełkami pokroju „jak na polskie realia”, bo Wieża to tytuł ze wszech miar doskonały i – tak po prostu – wbijający szczękę głęboko w ziemię. Początkowo to dramat wypełniony świetną obyczajową obserwacją, lecz w pewnym momencie przeradza się w zupełnie unikatowy horror preapokaliptyczny. Atakuje przy tym widza powoli i znienacka. Jest mroczny, gęsty i szamański, a grozę buduję w sposób tak subtelny i delikatny, jakby chodziło o tkanie pajęczej sieci; sieci, w którą widz z każdą minutą zaplątuje się coraz bardziej. Debiutująca w pełnym metrażu reżyserka tworzy tu tak oryginalną, pomysłową i przemyślaną strukturę fabularną, że oglądającym pozostaje tylko wytrzeszczyć oczy w niemym zachwycie i chłonąć kolejne sceny. Żeby tego efektu nie zepsuć, pozwolę sobie nie pisać nic więcej. Dodam tylko jedno – jeśli za dwadzieścia lat o Jagodzie Szelc nie będą powstawały doktoraty, to zjem własne buty.


The Bad Batch * Brawl in Cell Block 99 * The Florida Project * Mięso * To przychodzi po zmroku * Trzy billboardy za Ebbing, Missouri * Uciekaj! * Wind River

Marta Płaza

Super Dark Times (reż. Kevin Phillips)

Super Dark Times może i horrorem sensu stricto nie jest, czerpie za to pełnymi garściami z jego paranoi, lęków i dokonań. Film opowiada historię grupki kumpli mieszkających gdzieś na sennym, nijakim i nudnym amerykańskim przedmieściu. Na co dzień niewiele się tam dzieje, więc swój wolny czas po szkole spędzają głównie na jeżdżeniu rowerami po okolicy. Gdy pewnego dnia dochodzi do tragicznego wypadku, życie każdego z nich zmieni się nie do poznania. Super Dark Times to reżyserski debiut Kevina Phillipsa. Mimo że raczej niskobudżetowy, prezentuje poziom z najwyższej półki. Przykuwa uwagę pomysłowymi zdjęciami, ładnymi plenerami czy dobrze przemyślanymi dialogami, które dzięki świetnym młodym aktorom sprawiają, że napięcie systematycznie w filmie narasta, aż do wybuchowego finału. Aura tajemnicy unosząca się nad bohaterami od pierwszej minuty sprawia, że właściwie czekamy tylko na to, co ma nieuchronnie nadejść, a co zapewni im przyspieszony kurs dorosłości. Moda na kumpelskie historie rozgrywające się w przeszłości, żerując przy tym na naszym zamiłowaniu do nostalgii, trwa w najlepsze. Super Dark Times dorzuca od siebie trzy grosze, ale w sposób bardzo niewymuszony. Wyzbyty większej promocji film Phillipsa zapada w pamięci na długo. Dużo tu mroku, enigmy i niepewności – wszystko w oryginalnym, bezpretensjonalnym stylu. Amerykańskie przedmieścia skrywają wciąż wiele tajemnic, a trupy nadal czekają schowane w szafie.


Blade Runner 2049 * Bright Lights * Historia pewnego życia * Lovesong * Manchester by the Sea * Nie jestem twoim murzynem * Nocturama * Okaleczeni * Okja * O.J.: Made in America * Super Dark Times * The Square * Thelma * The Truth Beneath

Arek Szpak

Loving (reż. Jeff Nichols)

Pomimo tematu, który sugeruje film przede wszystkim słusznie zaangażowany, oraz nieefektownej, wyciszonej narracji, w ślad za którą niewiele mówi się tu wprost, jest coś bardzo poetyckiego i biblijnego w Loving Jeffa Nicholsa, co zresztą nie było obce jego wcześniejszym produkcjom (starotestamentowość wpisana w konflikt debiutanckiego Shotgun Stories (2007), Take Shelter (2011) jako opowieść o wybranym przez Boga, współczesnym proroku). Bo też bardziej niż szeregowa opowieść o rasistowskiej historii amerykańskiego południa, Loving to realistyczna – i idylliczna jednocześnie – subtelna historia miłosna; nicholsowe Dni niebios (1978), tyle że z parą bohaterów nieskażonych grzechem, zachowujących niewinność, przez co, choć wypędzanych, ostatecznie powracających do swojego raju. Piękno tego doskonałego filmu, że obrazując to wszystko Nichols jest minimalistą, woli cicho stąpać po ziemi, niż spoglądając w niebo recytować kazanie o czystości uczuć. Ani nie uwzniośla samej historii, ani nie uświęca swoich prostych, bardzo ludzkich i bliskich bohaterów.


Baby Driver * The Bad Batch * Brawl in Cell Block 99 * Brimstone * Elle * Mięso * Pilgrimage * Strażnicy Galaktyki vol. 2 * Super Dark Times * Thelma * Thor: Ragnarok * To przychodzi po zmroku * Toni Erdmann * Zło we mnie

Marcin Zembrzuski

Detroit (reż. Kathryn Bigelow)

Być może najbardziej niedoceniony film roku. Powszechnie chwalony przez krytykę, lecz olany przez publiczność (przy budżecie 34 mln dolarów zarobił ledwie 21), do polskich kin nawet nie zawitał. Aż chciałoby się napisać, że głównym tego powodem mogła być jego tematyka – tyleż aktualna, co niewygodna, zważywszy na wielki powrót rasizmu na świecie. Detroit stanowi bowiem filmowy odpowiednik relatywnie dialektycznego eseju na temat strachu i przemocy, rasizmu i konformizmu czy wreszcie brutalności policji. Oparty na autentycznych wydarzeniach (na opisujących je wybrakowanych aktach policyjnych, sądowych zeznaniach oraz późniejszych wspomnieniach uczestników tragedii), rozgrywa się w 1967 roku w jednej z „czarnych” dzielnic tytułowego miasta, gdzie trwały wówczas zamieszki na tle rasowym. Co ważne, od początku ukazuje obie strony medalu, żeby tylko wymienić licznych czarnoskórych szabrowników, jacy z radością demolują i okradają kolejne sklepy, gdy tylko zaczyna się wojna z mundurowymi. Dlatego też bohaterów (i antybohaterów) mamy wielu, a ekspozycję niezwykle rozbudowaną. Dopiero po ok. 50 minutach zaczyna się właściwa akcja filmu, tj. przedstawienie smutno-strasznych wydarzeń, do jakich doszło, gdy pewien bezmyślny cwaniaczek postanowił nastraszyć patrolujące ulicę wojsko pistoletem-zabawką. Nie, żeby wcześniej można było narzekać na zbyt wolne tempo opowiadania czy brak odpowiedniej dramaturgii. Ten surowo realistyczny thriller to od początku wielki popis prowadzenia akcji równoległej, kreślenia tła kulturowo-politycznego, starannego budowania napięcia, konsekwentnego zagęszczania atmosfery i prezentowania przekonującej krytyki społecznej. A łącznie trwa 2 godziny i 20 minut. Tak się robi antyrasistowskie manifesty, można by powiedzieć, choć widzów automatycznie nieprzekonanych nic nie przekona.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.