Poczekalnia, odc. 1

Share

Cop Car reż. Jon Watts

Mający swoją premierę podczas tegorocznej edycji festiwalu w Sundance, a dokładniej w sekcji o wiele mówiącej nazwie „Midnight Madness”, drugi film kinowy Jona Wattsa nie doczekał się jeszcze ani trailera, ani nawet plakatu. Jednak już sam jego opis brzmi nad wyraz apetycznie. Oto opowieść o dwóch dziesięciolatkach, którzy podczas niekoniecznie celowej wędrówki natykają się gdzieś w środku lasu na (chwilowo) opuszczony radiowóz policyjny. Niewiele myśląc wsiadają doń i wybierają się na przejażdżkę, w międzyczasie znajdując w nim bron palną, którą postanawiają się pobawić. Ale co z właścicielem samochodu? Otóż jest nim pewien Bardzo Zły Policjant – wiecie, ten typ gliniarza, co to specjalizuje się w korupcji, zabawie używkami i praniu ludzi po mordach – który wściekły rusza tropem chłopców. Bynajmniej nie tylko po to, aby odzyskać sam samochód, gdyż znajduje się w nim coś więcej niż tyko broń. Nie wiem o co dokładnie chodzi, wiem za to, że policjanta gra Kevin Bacon, który specjalnie na tę okazję zapuścił całkiem solidnego wąsa.

Wbrew pozorom rzecz nie ma zbyt wiele wspólnego z komedią i podobno jest minimalistycznym i zarazem dosyć nostalgicznym thrillerem. Z jednej strony ograniczającym całą fabułę niemal tylko do motywów tropienia, pościgu i ucieczki (sam reżyser porównuje swoje dzieło do dokonań Jean-Pierre’a Melville’a…!), z drugiej ukazującym tęsknotę za czasami dzieciństwa oraz kłaniającym się czasom VHS-u. Bardzo zachęcająco ujął to w swojej recenzji Ryland Aldrich z portalu Twitch: „Gdyby Cop Car został wypuszczony w erze VHS-u, kasety z nim byłyby pożyczane w kolejnych kręgach przyjaciół dopóki taśmy nie zostałyby całkiem zdarte.” Cóż, zapowiada się film ociekający zajebistością. Oby. Przede mną jeszcze seans debiutu Wattsa, wyprodukowanego przez Eli Rotha Clowna. Nie czytałem żadnej jego recenzji, ale widziała go dwójka moich znajomych. I, tak się składa, oboje są na pokładzie Kinomisji. Arek Szpak chwali Clowna za scenariusz i aktorstwo, jednak ostro krytykuje za reżyserię. Natomiast Marta Płaza miała o nim napisać: „Trochę clown, trochę zombie. Trochę poważny horror, trochę Martwica mózgu. Generalnie ciekawe zjawisko”.

The Duke of Burgundy reż. Peter Strickland

Peter Strickland to bez wątpienia jeden z najciekawszych i najlepszych młodych twórców, bynajmniej nie tylko dlatego, że śmiało eksperymentuje z regułami kina gatunkowego i wyraźnie rozkochany jest we włoszczyźnie. Ale za to, oczywiście, także dlatego. Anglik jest członkiem tej samej filmowej rodziny, co Nicolas Winding Refn, Fabrice du Welz czy Ben Wheatley – konsekwentnie sięga po tyleż popularne, co już w jakimś stopniu nieświeże konwencje, aby wywracając je na lewo, ewentualnie do góry nogami, orzeźwić je przywracając im ich pierwotną siłę rażenia i/lub po prostu zreinterpretować je po swojemu. Tak czy siak, mowa o stuprocentowo autorskim filmie gatunkowym (ewentualnie około-gatunkowym). I tak jak w znakomitym Berberian Sound Studio Strickland opowiadał o zbrodni stale sugerowanej, jednak ostatecznie niedokonanej, tak w The Duke of Burgundy opowiada o seksie podobno nie pokazując samego seksu; tak jak w Berberian Sound Studio sięgał po wzorce wyniesione z kina giallo (gdzieniegdzie z radością wskazując też na horror gotycki), aby zrobić film, który z giallo ma tyle wspólnego, ile Powiększenie Michelangelo Antonioniego, tak w The Duke of Burgundy sięga po europejskie sexploitation lat 60. i 70., samemu sexploitation zdecydowanie nie robiąc.

O tym, że reżyser jest mistrzem sugestywności i zagęszczania atmosfery można się było przekonać już w jego (może scenariuszowo niedopracowanym, jednak i tak zajebistym) debiucie Katalin Varga. Pod tym kątem już sam zwiastun jego trzeciego filmu robi piorunujące wrażenie. A jeśli wierzyć tym wszystkim recenzentom, którzy mieli okazję obejrzeć całość na którymś z wielu festiwali, na których obraz był w zeszłym roku wyświetlany – zwiastun nie kłamie nic a nic. Strickland miał się głównie inspirować twórczością hiszpańskiego klasyka filmu pulpowego Jesusa Franco, ale sama muzyka wyraźnie wskazuje też na kino włoskie. A dokładniej – znowu na giallo. Z tym, że makaroniarscy kompozytorzy płodzili muzykę do reprezentantów wszelkich możliwych gatunków i całkiem możliwe, że ścieżki dźwiękowe z ichnich erotyków były zbliżone do tych z (często przecież także w jakimś stopniu erotycznych) gialli. Nie wiem, bo włoszczyzna celująca w sam seks nigdy nie leżała w polu moich zainteresowań. W każdym razie, The Duke of Burgundy bywa też dumnie nazywane tytułem arthouse’owym, przy okazji czego wymienia się nazwiska takie, jak Peter Greenaway czy Terence Davies. Ile to ma wspólnego z prawdą, dowiedzieć się będzie można już niedługo – premiera na DVD za dokładnie miesiąc i dwa dni.

Goodnight Mommy (Ich seh, Ich seh) reż. Veronika Franz i Severin Fiala

I znowu dwóch niegrzecznych chłopców w niebezpiecznej sytuacji, tym razem bliźniaków i w filmie austriackim. Bez jakichkolwiek pozorów komedii, a za to z niemałą dawką paranoi. Około 10-letni bohaterowie oczekują powrotu ukochanej mamy ze szpitala, a kiedy ta wraca – z zabandażowaną twarzą – szybko dochodzą do wniosku, że coś jest z nią tak. I że prawdopodobnie nie jest osobą, za którą się podaje. I że trzeba coś z tym zrobić. Jeśli nie brzmi to jakoś szczególnie zachęcająco, polecam zapoznać się z powalającym zwiastunem. Zdaje się, że nie bez powodu Goodnight Mommy jest jednym z festiwalowych przebojów ostatniego roku, od Wenecji po stawiające na kino gatunkowe Fantastic Fest w Austin.

Ten, jak to zwykli ujmować jego niektórzy recenzenci, horror arthouse’owy wyprodukowany został przez Ulricha Siedla, autora głośnej trylogii Raj. Zresztą debiutująca na reżyserskim stołku Veronika Franz to jego żona i autorka kilku scenariuszy do jego filmów. Fani powinni być zadowoleni (ja się do nich nie zaliczam, ale ja tych filmów po prostu nie znam), acz przy okazji recenzji Goodnight Mommy pojawiają się też porównania tak do Michaela Haneke spod znaku mistrzowskiego Funny Games, jak i hiszpańskich filmów grozy Guillermo del Toro i spółki. Niezły rozrzut skojarzeń, ale to chyba dobrze.

Knock, Knock reż. Eli Roth

Co za niespodzianka – oto pierwszy film Rotha, który dopuszczono do festiwalu w Sundance (oczywiście w ramach pokazów „Midnight Madness”). Lubię gościa. Co prawda swoimi ciulowymi Hostelami przyczynił się do pojawienia się na jakiś czas mody na niezbyt fajne torture porn, jednak jego debiutancka Śmiertelna gorączka to w miarę ciekawa siekanka, w międzyczasie popełnił też całkiem zabawny cykl animacji The Rotten Fruit, a wreszcie całkowicie rozbił bank w tarantinowsko-rodriguezowym Grindhouse za sprawą swojego fikcyjnego trailera do Thanksgiving. Parę lat temu zrealizował do dziś niewypuszczone i przez wielu wyczekiwane The Green Inferno, w którym hołdując włoskiej pulpie lat 70. i 80. (sam tytuł to nawiązanie do niesławnego Cannibal Holocaust) podobno ukazał inne niż wcześniej oblicze, marginalizując typową dla swoich wcześniejszych obrazów makabrę, a bardziej stawiając na opowieść samą w sobie. No ja się nie gniewam. I, rzecz jasna, w świeżo zrobionym Knock, Knock postanowił iść właśnie tą ścieżką.

Głównym bohaterem filmu jest grany przez Keanu Reevesa (hehe) bogaty architekt mieszkający w eleganckim domku, który sam sobie zaprojektował. Kiedy jego idealna żona oraz idealne dzieci wyjeżdżają na swój idealny weekend na plaży, akurat w Dzień Ojca, do jego drzwi pukają dwie seksowne dziewczyny. Najpierw szukające schronienia przed burzą, następnie erotycznej przygody, a w końcu czystej rozpierduchy. Znaczy się chcą zabawić się kosztem bohatera i przeobrażają jego ociekający doskonałością żywot w koszmar. Nie wiem czy mają ku temu jakiś powód (i czy jest on filmowi w ogóle potrzebny), lecz reżyser ponoć atakuje bardziej psychologią niż przemocą. Tutaj zdecydowanie za krótki teaser, ale co zrobić. Nie czekam aż tak, jak na The Green Inferno, ale jestem naprawdę ciekaw, co to z tego Rotha będzie.

***

To by było na tyle. A w następnym odcinku m.in. o pewnym amerykańsko-hiszpańskim westernie hołdującym westernom spod znaku spaghetti, co zdaje się potwierdzać już jeden z reklamujących go plakatów:

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

1 Komentarz on Poczekalnia, odc. 1

  1. Vide The Duke of Burgundy. Ale pierdolisz. Było było po prostu napisać, że to 50 szejdsów Greya z lesbijkami :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.