Pluję na twoją pulpę: NEKRomantik (1987)

Drogie Panie! Szanowni Panowie! Swego czasu na pokładzie Kinomisji zrodził się pomysł, aby z okazji walentynek powstał tekst poświęcony jednemu z najbardziej niesławnych romantycznych obrazów w historii kina. Mowa tu, rzecz jasna, o kultowym i dość obrzydzającym NEKRomantiku (1987) w reżyserii Jorga Buttgereita. Historia miłości o mocnym nekrofilskim zacięciu do dzisiaj wywołuje skrajne emocje, toteż postanowiliśmy, by zamiast dość standardowej recenzji spróbować nowego na naszym zinie formatu, jakim jest „Pluję na twoją pulpę”. Przed Wami zapis dyskusji, jaką przeprowadziło ze sobą dwóch członków redakcji. Naprzeciw siebie stanęli Caligula von Komuda, który jest wielkim fanem obrazu oraz Piotr Kuszyński, który z kolei nie bardzo zdaje się rozumieć na czym polega jego fenomen. Czy panowie pójdą na noże? Czy posypią się niecenzuralne epitety? A może któryś z nich przekona drugiego do swojej racji? Przekonajmy się!


Caligula : Zakazany w co najmniej 9 krajach. Przez wielu uznawany za najbardziej szokujący, najbardziej obrzydliwy horror w dziejach. Owiany (nie)sławą, kultowy w wąskich kręgach. Przyznam, że gdy jakieś 16-17 lat temu po raz pierwszy zasiadałem do obejrzenia NEKRomantika, moje emocje były bliskie zenitu. Kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać, a napięcie, jakie towarzyszyło seansowi, można chyba tylko przyrównać do tych, gdy – mniej więcej w tym samym okresie – po raz pierwszy odpaliłem Cannibal Holocaust (1980). Ostatecznie przeżyłem pewnego rodzaju zawód. Z horrorem – może poza tematyką – nie miało to wiele wspólnego, bardziej był to ekstrawagancki mix romansu i czarnej komedii. Zrealizowany w dodatku niechlujnie, przy wyraźnie zerowym budżecie, z udziałem aktorów amatorów. Tyle że coś w tym filmie sprawiało, że nie mogłem przestać o nim myśleć. Jego atmosfera, punkowa wywrotowość, niejednoznaczność poniekąd uwiodły mnie i po pierwotnym rozczarowaniu doszedłem do wniosku, iż miałem okazję obcować wręcz z arcydziełem nihilistycznego arthouse’u. Brudnym, niezdyscyplinowanym i fascynującym zarazem. Dodam, że obraz Buttgereita oglądałem w przeddzień Wigilii i od tamtej pory jest to mój ulubiony „film świąteczny” (śmiech). Domyślam się, Piotr, że Twoja opinia jest zgoła inna, powiedz jednak: jakie były Twoje pierwsze odczucia po seansie?

Piotr:  O NEKRomantik dowiedziałem się lata, temu przeglądając fora dyskusyjne, głównie te poświęcone muzyce death metalowej. Najwyraźniej upodobanie do muzyki brudnej i obleśnej przekłada się również na gust filmowy! Przed seansem wzbraniałem się jednak dość długo, jako że wtedy niekoniecznie ciągnęło mnie w stronę kina gore. Ostatecznie obejrzałem go lata później i, co ciekawe, pod wpływem mojej ówczesnej sympatii, która uznała, że będzie zabawnie obejrzeć to w walentynki (śmiech). I masz rację, pisząc, że to bardzo punkowy i wywrotowy film. Jörg Buttgereit najwyraźniej postawił sobie za cel wkurzenie niemałej części krytyki i cenzorów i, co muszę przyznać, nie brakuje mi sympatii do takiego buntowniczego podejścia. Ciężko jest mi jednak patrzeć na NEKRomantik inaczej jak przez pryzmat prowokacji, symbolicznego środkowego palca skierowanego do wszelkiej maści obrońców moralności”. Kultowość tego obrazu opiera się, jak mi się zdaje, wyłącznie na podjętej przez niego tematyce i tego, co można (albo tego, co ludzie myślą, że można!) w nim zobaczyć, nie zaś z powodu jakichkolwiek walorów filmowych. Być może ich tutaj nie ma, a może nie jestem ich w stanie ich dostrzec! Faktem jest, że traktuję NEKRomantika bardziej jako ciekawostkę, nie zaś jako przeżycie filmowe per se.

Caligula: Masz rację co do tego, iż status kultowy film zawdzięcza przede wszystkim podjętej tematyce. No i zgodzę się, że pod względem warsztatowym jest „ubogo”, więc jeśli ktoś szuka wyrafinowanych filmowych doznań, to tutaj ich nie znajdzie. Praca kamery, oświetlenie, wspomnianej już amatorskie aktorstwo, niechlujny scenariusz czy nieporadna w wielu momentach reżyseria – wszystko to teoretycznie działa na niekorzyść NEKRomantika. Z drugiej strony to właśnie „partyzancki” sposób realizacji decyduje w dużej mierze – przynajmniej w moich oczach – o chropawym uroku tej produkcji. Przez cały seans z ekranu bije brud, coś nieprzyjemnie lepkiego, czego nie udałoby się zapewne uzyskać przy bardziej profesjonalnej realizacji. Sam Buttgereit przyznawał w wywiadach, że oryginalnie film został nakręcony – podobnie jak jego wcześniejsze krótkie metraże – na taśmie 8mm i dopiero potem przekonwertowany na format 16mm, pod kątem wyświetlania w kinach. Ostatecznie rzecz skończyła zresztą w podrzędnych kinach wyświetlających filmy porno, co wydaje mi się dla niej najlepszym towarzystwem. To stąd ten gruboziarnisty obraz, który mi przywodzi na myśl filmy snuff. Jednocześnie obskurny charakter jest niejednokrotnie przełamywany – ujętą w ironiczny cudzysłów – liryką. Bo przecież akurat ścieżka dźwiękowa Hermanna KoppaDaktari Lorenza i Johna Boya Waltona jest wyborna! Kiedy myślę o NEKRomantiku, to pierwsze co mi przywodzi na myśl to ten niesamowity motyw fortepianowy ze „sceny łóżkowej” – tu seks z trupem, a w tle liryczny utwór, który teoretycznie pasuje do wydarzeń jak pięść do nosa. Kapitalny w swej prostocie chwyt! Jest to więc z pewnością produkt amatorski, w którym wiele rzeczy wyszło jakby „przypadkiem”, ale myślę, że warto też oddać Buttgereitowi, że wybrał zgoła niecodzienną formę na „szokowanie”, nie poszedł na łatwiznę, jak pierwszy lepszy miłośnik klimatów gore.

Piotr: W kwestii muzyki będę zmuszony przyznać Tobie rację. Motyw główny mocno kontrastuje z perwersją na ekranie, ale i na swój dziwaczny sposób, pięknie ją komplementuje. Jeśli musiałbym wybrać jeden element NEKRomantika, który zapadł mi w głowie najbardziej, to właśnie byłaby to zawarta w nim muzyka. Klnę się na wszystko co złe i paskudne, że gdybym zawodowo zajmował się kręceniem i montowaniem filmów weselnych to z perwersyjną radością wklejałbym ją do ujęć z młodą parą. Prawdopodobnie nikt by nie wychwycił, że coś jest nie tak, no może z wyjątkiem paru osób, które obeznane są w filmach obskurnych i w złym smaku! Czy to czyni z NEKRomantika idealny obraz romantyczny dla parki celuloidowych zwyroli? Być może! Chociaż ja zawsze ceniłem bardziej na ten przykład Buio Omega (1979) w reżyserii Joe D’Amato. Prawdopodobnie stąpam tutaj po grząskim gruncie, bowiem oba filmy są, tak na dobrą sprawę, skrajnie różne, aczkolwiek i tu znajdziemy motyw skrajnie porąbanej nekro-miłości, która co wrażliwszych może przyprawić o nieprzyjemne uczucie w żołądku. Nie brakuje w nim brudnej, obskurnej atmosfery, choć Buio Omega zdecydowanie nie jedzie tak po bandzie jak film Buttgereita. Oferuje za to ciekawszą i bardziej angażującą historię, której chyba najbardziej brakuje mi w NEKRomantiku. Już pal licho amatorskie wykonanie i ogólną brzydotę, bo to, jak sam wskazujesz, może być jego atutem. Gorzej, że film, który trwa ledwie godzinę i kwadrans potrafi mocno znużyć. Bo o ile same igraszki z nieboszczykiem są dość ciekawe i zarazem rozbrajające w swej pomysłowości na wywoływanie u widzów dyskomfortu, to jednak jest to tylko nieznaczny wycinek całości, a ta niestety potrafi dłużyć się niemiłosiernie. Zabierając się za NEKRomantika wiedziałem, że będzie to swego rodzaju wyzwanie. Nie sądziłem jednak, że będę walczył o każdą chwilę skupienia, zamiast z obrzydzeniem.

Caligula: Zgoda, fabuła jest tu uboga i – zwłaszcza dla miłośnika horrorów – nie ma zbyt wielu atutów w zanadrzu. Ale i tak znajdują się tu ciekawe pomysły, takie kompletnie „od czapy”. No bo przecież Rob pracuje w jakiejś dziwnej agencji zajmującej się zbieraniem zwłok z ulicy (ich logo zresztą przywodzi na myśl nazistowskie emblematy) i dzięki temu może pielęgnować swe brudne „hobby”. Nie powinni się tym przypadkiem zajmować pracownicy służby medycznej? Gdzie my jesteśmy? W jakimś świecie przyszłości? WTF? Nie wiedzieć czemu ten koncept zawsze strasznie mi się podobał. No i są też sceny wizji głównego bohatera, które nadają całości surrealistyczny wydźwięk. Akcji nie ma, dialogi są ubogie, ale to właśnie te ekscentryczne smaczki w moich oczach decydują w dużej mierze o uroku NEKRomantika. Coś takiego nie mogłoby się zrodzić w głowie profesjonalnego filmowca. W pewnym sensie, przywodzi mi to na myśl Głowę do wycierania czy takie Liquid Sky, gdzie również historia była uboga i atrakcyjność dzieła opierała się głównie na klimacie. Buio Omega to świetny film, ale jednocześnie jest to stylowa, włoska robota (co akurat w przypadku D’Amato nie zawsze było regułą) zahaczająca o gotyk. Tutaj z kolei mamy do czynienia z kompletnym undergroundem, któremu najbliżej chyba do nowojorskiej sceny lat 80. i „kina transgresji”, reprezentowanego przez takich twórców jak Nick Zedd, Richard Kern czy Lydia Lunch. Buttgereit zresztą w późniejszym okresie udowodnił, że interesuje go nie tyle opowiadanie historii, co szokowanie widza i konfrontowanie go z ekstremum. Przyznaję więc, że seans może być męczącym, nieprzyjemnym doznaniem, zwłaszcza jeśli szuka się ciekawych bohaterów, zwrotów akcji czy pogłębionej psychologii. Zresztą może właśnie dlatego Buttgereit nakręcił zaledwie cztery filmy pełnometrażowe – bo ciężko jechać wiecznie na kulcie debiutanckiego obrazu, a tworzenie bardziej skomplikowanych fabuł wiązałoby się z przejściem na bardziej bezpieczne terytorium. Tak było przecież chociażby w przypadku Petera Jacksona, który z niezależnego reżysera odjechanych komedii gore przeistoczył się w hollywoodzkiego giganta, czyli w wolnym tłumaczeniu „sprzedał się”. Gdyby podobne koleje losu były udziałem Buttgereita, to pewnie miałbym dla niego znacznie mniej szacunku, niż mam. Porzucając jednak te dywagacje: powiedz, jak oceniasz same efekty gore, które przecież w tym przypadku stanowią niejako clou programu.

Piotr: Z efektami w Nekromantiku jest tak, że chociaż widać, że są one bardzo skromne, to jednak nadal spełniają swoje zadanie. Trochę w tym zasługa niechlujnego, bardzo brudnego obrazu, który niejako maskuje wiele niedoskonałości technicznych, choć przede wszystkim wspomaga je wrażliwość widza. Podczas oglądania wyobraźnia sama dokłada do filmu swoje pięć groszy i tak, gdy ogląda się niecodzienne igraszki dwójki bohaterów to ciężko jest nie pomyśleć o smrodzie zgnilizny i nieprzyjemnym dotyku ciała nieboszczyka. Dla mnie to było nieprzyjemne doświadczenie, więc będę zmuszony przyznać, że jest to aspekt, w którym Buttgereit naprawdę dobrze się spisał. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby dla wielu oglądających było by to naprawdę nic wielkiego i bardziej poruszyłaby ich scena z początku filmu, gdzie hodowca zabija, a następnie skóruje królika.

Caligula: Tak! Buttgereitowi udała się nie lada sztuka, bo przecież obrazy ukazujące akty nekrofilii z reguły są w jakimś stopniu wystylizowane, prezentują pożądanie do wciąż atrakcyjnego ciała, a tu nic z tych rzeczy: to odrażające, pokryte śluzem truchło w dalekim stadium rozkładu. Tymczasem zarówno D’Amato, jak i później Nacho Cerdà w Aftermath zaproponowali – nawet jeśli szokujące – to jednak daleko bardziej atrakcyjne wizualnie podejście do tematu. W zasadzie, pod względem obskurności, z NEKRomantikiem może równać się chyba tylko Lucker Johana Vandewoestijne, tylko że tam to jeszcze większa amatorka i spokojnie można powiedzieć, że jest to obraz, który słusznie został zapomniany. Co do sceny obdzierania królika ze skóry – Buttgereit wykorzystał prawdziwe nagranie z jakiegoś gospodarstwa rolnego, a więc efekt jest tu porównywalny z Cannibal Holocaust, nie ma bariery chroniącej nas przed tym co oglądamy, to nie żadne efekty. Zabieg wykorzysta zresztą również w swoich przyszłych filmach: w Schrammie będzie to autentyczna scena samobójstwa, w NEKRomantiku 2 – ubój fok. Ta ostatnia sekwencja jest zresztą bodaj najbardziej ohydna i przerażająca zawartym w niej okrucieństwem. No i tu wracamy do kwestii transgresyjnego charakteru twórczości Niemca, który niczym członkowie kolektywu SPK konfrontuje odbiorcę z potwornościami tego świata. Wywrotowy zabieg, który zapewne jednak stracił nieco na sile w czasach Internetu, gdy wszystko – nawet prawdziwe sceny śmierci – mamy dostępne na wyciągnięcie ręki. Dlatego też podejrzewam, że dzisiejszy młody widz mógłby tym nekrofilskim love story być nie tyle zniesmaczony, co machnąć na nie dłonią i potraktować jako chory relikt jakiejś dziwnej epoki. Ale to chyba już temat na inną dyskusję. Tak czy siak, jestem po trosze zdziwiony, że znalazłeś tyle plusów w NEKRomantiku. Spodziewałem się większej krytyki…

Piotr: Przyznaję, że jestem tutaj nieco rozdarty. Jako, że generalnie bardzo dużą sympatią darzę kino powszechnie deprecjonowane i pisząc o nim staram się na ogół uwypuklać jego zalety, to miałbym poczucie winy próbując definitywnie skreślić NEKRomantika. Po tej rozmowie jest mi nieco łatwiej zrozumieć, co takiego przyciąga ludzi do tego filmu, jednak zrozumienie jego fenomenu niekoniecznie przekłada się na subiektywną przyjemność z seansu. Obawiam się więc, że nadal, pomimo trafnych argumentów, będę się od NEKRomantika odbijał. Wydaje mi się, że specyfika tego obrazu, brudna i na wskroś buntownicza, mocno utrudnia, a może i wręcz uniemożliwia jednoznaczne określenie jakości tego dzieła. Można powiedzieć, że są filmy dobre, są filmy złe i jest NEKRomantik!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.