Piątek trzynastego (1980). „You’re doomed!”

W 1978 roku, po wcześniejszych sukcesach Nocy żywych trupów (1969) i Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974), głośne Halloween Johna Carpentera potwierdzało, że droga ówczesnego horroru wybrukowana była z dala od wielkich budżetów i wpływowych wytwórni. Wyprodukowane za 300 000$ dolarów Halloween zarobiło na całym świecie ponad 70 milionów z miejsca podbijając serca fanów gatunku oraz wpisując postać Michaela Myersa w kanon filmowych straszydeł. Mający za sobą zaledwie kilka filmów, w tym przeznaczone dla dzieci Here Come the Tigers (1978) i Manny’s Orphans (1978), reżyser Sean Cunningham zauważył potencjał tkwiący w tego rodzaju horrorze, już wkrótce znanym pod nazwą slasher. Wraz ze scenarzystą Victorem Millerem, twórcą skryptów do jego poprzednich dwóch filmów, postanowił przenieść na duży ekran pomysł, który chodził za nim od czasów, gdy produkował Ostatni dom po lewej (1972). Obaj założyli sobie za cel stworzenie filmu równie strasznego co majstersztyk Carpentera, jednak zawierającego znacznie większą liczbę krwawych scen.

Nie można podważyć wpływu, jaki Halloween miało na krystalizujący się w latach 70. slasher, ale kto wie, czy to nie Piątek trzynastego jest jego najbardziej cytowanym reprezentantem. Produkcja będąca jawnym hołdem – w niektórych kręgach określana również mianem plagiatu – dla filmu giallo A Bay of Blood (1971) włoskiego artysty Mario Bavy, ustanowiła wiele ikonicznych elementów. Jego wakacyjny, bardziej młodzieżowy charakter dał grunt pod podgatunek camp slasherów, oddalających się od przedmieść i metropolii w stronę prowincji, i obowiązkowo zawierających postać szalonego moczymordy ostrzegającego młodzież przed lokalną legendą, najlepiej opowiedzianą później w scenie przy ognisku. Wreszcie zasada „Jeśli uprawiasz seks, to umierasz” – wprowadzona przez Halloween, ale ugruntowana Piątkiem trzynastego – stała się łatwą wymówką dla co odważniejszych twórców łasych na ukazanie w swym filmie pary nagich piersi. Jednak na głównym planie była krew, dużo krwi, której rozsmakowana publiczność chciała więcej.

Kevina Bacona ikoniczne pożegnanie

Cunningham, wzorem pionierskiego filmu Bavy, osadził historię nad malowniczym jeziorem, a dokładniej w zlokalizowanym u jego brzegów i pośród bujnych lasów kempingu. Pomimo zbrodni dokonanej kilka lat wcześniej na dwójce obozowych opiekunów oraz ciągłych prób sabotażu, ośrodek przy Crystal Lake wraca do pełni swojego funkcjonowania. Pod bacznym okiem Steve’a (Peter Brouwer) przyszli protektorzy dokonują ostatnich szlifów wokół zbudowanych z bali domków przed przyjazdem beztroskiej dziatwy. Ziarno niepokoju zostaje zasianie w ekipie, kiedy nad jezioro nie dociera jedna z pracownic.

Nikt nie kryje się z tym, jakie rodzaju zagrożenie spogląda na naszych bohaterów zza drzew. Tajemniczy morderca skrupulatnie odbiera życie bezbronnej młodzieży. Kim jest? Czy to „Szalony” Ralph zapewniający o ciążącej na obozie klątwie? A może szukający zemsty zabójca sprzed lat? To pozostanie tajemnicą aż do pamiętnego starcia z final girl przy blasku księżyca.

Patrząc na Piątek 13-tego z dzisiejszej perspektywy wciąż nietrudno jest poczuć tę specyficzną aurę tajemnicy, jaka niewątpliwie towarzyszyła widowni w 1980 roku. Kiedy zabójca zostaje zdemaskowany, łamie szablony morderczego misterium. Jest to spowodowane tym, że pozostaje on nieuchwytny przez oko kamery przez dwa pierwsze akty opowieści. I choć popkultura kilkukrotnie przetrawiła już wyrosłą z dzieła Cunninghama franczyzę, dla wielu seans pierwszej części serii może być nie lada zaskoczeniem.

Gdy postanowimy odłożyć całą tajemnicę na bok, wszystko działa tutaj jak w sprawnie naoliwionej maszynie. Główny motyw, pomsta za młodzieńczą bezmyślność, jest jasną i satysfakcjonującą motywacją do popełniania coraz to bardziej wymyślnych morderstw. Związek zabójcy z przyczyną swojej psychozy przypomina więź, która łączyła Normana Batesa z jego matką. Odwróceniu od elementarnych, rodzicielskich wartości w stronę bestialskiego szału towarzyszą schizofreniczne głosy w głowie szepczące na każdym kroku „Kill, kill, kill, mom, mom, mom” – przekłute później na główny motyw fonetyczny serii.

Cała ta psychologiczna nadbudówka sprawia, że postaci pojawiające się na ekranie nie są tylko stereotypowe. Trend ten będzie później coraz mocniej marginalizowany na rzecz łatwego w odbiorze eskapizmu. Stawiając Piątek trzynastego obok Halloween czy zapomnianego już Rituals (1977), można zauważyć zatem ciekawą paralelę pierwszych slasherów do hitchcockowskiej Psychozy (1960) oraz kina giallo.

Jednakże amerykańska publiczność oszalała na punkcie obrazu Cunninghama nie za sprawą dogłębnej analizy psychologicznej. Znany już wtedy z robiących wrażenie efektów specjalnych i charakteryzacji stworzonych na potrzeby filmów George’a RomeroMartin (1978) i Świt żywych trupów (1978) – Tom Savini okazał się czynnikiem kluczowym podczas tworzenia Piątku trzynastego. Kiedy postaci są zabijane, kamera skupia się bardziej na pokazaniu ostatecznego obrażenia ciała niż na samym akcie uśmiercania. Dla przykładu śmierć Marcie (Jeannine Taylor), jednej z obozowych animatorek, w której dziewczyna dostaje siekierą dosłownie między oczy, sfilmowana jest praktycznie dwoma, statycznymi ujęciami.

Nacisk kładziony na gore nie ustępuje budowaniu suspensu. Nie wszystkie zgony odbywają się przed kamerą, kilka z nich robi za emocjonalne wytrychy dla odnajdującej ciała głównej bohaterki imieniem Alice (Adrienne King). Czyżby kolejna korelacja do Laurie Strode (Jamie Lee Curtis) z Halloween? Scena, podczas której Alice ukrywa się w spiżarni, terroryzuje widza swym niezwykle intensywnym napięciem i przyprawiającą o poczucie dyskomfortu kakofonią. Pomimo dziesięcioleci rozwoju efektów cyfrowych, Piątek trzynastego wciąż niepodzielnie dzierży miano pioniera w ukazywaniu strachu poprzez granie na naszych pierwotnych instynktach.

Ciekawym jest fakt, że jednym aktorem, który osiągnął sukces po swoim występie w tym klasyku jest Kevin Bacon. I choć jego rola jest w zasadzie epizodyczna, śmierć poniesiona przez przebicie strzałą podczas palenia jointa zapisała się grubą czcionką na kartach kina grozy. Aktor, ku zaskoczeniu wielu, wrócił do roli Jacka Burrela w reklamie brytyjskiej sieci komórkowej EE.

Dziś nie sposób pominąć fakt, jak bardzo Cunningham ukształtował kino lat 80-tych. Gdy szefowie wielkich wytwórni zobaczyli jaki sukces odniósł jego obraz, szybko zrozumieli, że zalanie kin przez sequele i naśladowców jest nieuniknione. Dla wielu widzów klątwa znad Crystal Lake stała się realnym zagrożeniem ciągnącym kino grozy w stronę taniej, ogłupiającej rozrywki, za którą nie kryło się nic, prócz hektolitrów krwi i nagich piersi. Sam film doczekał się na dzisiaj aż dziewięciu oficjalnych sequeli oraz filmu krzyżującego franczyzę z uniwersum Koszmaru z ulicy Wiązów (1984).

Jeśli zignorujemy wszystko to, co przyszło później, oryginalny Piątek trzynastego to film wciąż intensywny i pełen zapadających w pamięć fragmentów. W przeciwieństwie do swoich następców dużo bardziej kameralny i dający to osobliwe uczucie realizmu. Dopiero kiedy na scenie pojawi się Jason, można z czystym sumieniem wyrzucić zdrowy rozsądek do jeziora.

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.