Patrick Still Lives (1980). Psychobójca

Patrick leżał przykuty do łóżka w szpitalu w Melbourne. Po tym jak zamordował swoich rodziców, zapadł w głęboką śpiączkę, co jednak nie było w stanie go powstrzymać przed czynieniem zła. Dzięki parapsychicznym zdolnościom mógł bowiem wpływać na swoje otoczenie oraz nieporadnie umizgiwać się do pewnej urodziwej pielęgniarki. Tak z grubsza prezentuje się zarys fabuły głośnego przedstawiciela ozploitation z 1978 roku w reżyserii Richarda Franklina (późniejszego autora m.in. Psychozy 2 [1983]).

Pomysł z psychopatą władającym psychokinezą musiał ewidentnie zafascynować Mario Landiego, gdyż reżyser zdecydował się nakręcić „ciąg dalszy” przygód dzieciaka śpiącego z permanentnym wytrzeszczem. Patrick Still Lives (a.k.a. Patrick Vive Ancora) zadebiutował na ekranach w dwa lata po premierze oryginału, a jego stworzeniu przyświecał jeden nadrzędny cel: zaspokoić gusta najniższe. Ciężko tu zresztą mówić o kontynuacji sensu stricte, bo zwyczajem Włochów zerżnięto jedynie fabularny koncept wyjściowy, cała reszta jest zaś swobodną wariacją na jego temat. Patrick w tej wersji jest więc synem naukowca. Stojąc przy ruchliwej drodze, chłopak zostaje trafiony wyrzuconym przez okno przejeżdżającego samochodu przedmiotem (!!!), co sprawia, że zapada w śpiączkę (tak właśnie!). Jak się okazuje, stan ten wyzwala w ofierze nieznane do tej pory moce. Jego ojciec postanawia zaprosić do rodzinnej posiadłości grupę ludzi (podejrzanych o spowodowanie wypadku) i wystawić ich na działanie telekinetycznych sił potomka…

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że cała ta historia nie ma najmniejszego sensu. Scenariusz Piero Regnoliego (tytuły pokroju Malabimby [1979], Nightmare City [1980] czy Demonia [1990] mówią same za siebie) jest dziurawy niczym moskitiera, a twórcy nawet nie starają się w żaden sposób owych luk łatać. Podczas gdy giną kolejne osoby, gospodarz domu wygłasza jakieś niestworzone farmazony, próbując „racjonalnie” wyjaśnić tragiczne wydarzenia. To w jaki sposób poszczególne ofiary zostały zwabione do willi na przedmieściach (tej samej, w której Andrea Bianchi kręcił później swoje kultowe w pewnych kręgach Burial Ground [1981]), pozostaje nie mniejszą zagadką, niż przyczyna stanu, w jakim znajduje się tytułowy bohater (ponoć trafiony został butelką, jednak na ekranie wygląda to zupełnie tak, jakby ktoś w gościa rzucił mokrą szmatą, a ten w efekcie zaczął przesuwać przedmioty siłą woli). Aktorstwo to w większości przypadków gra na najwyższym poziomie znanym z takich serii jak Naga broń (1988) czy Hot Shots! (1991), efekty skrzypią tandetą ile wlezie, ale nawet dla tych, którym brak poczucia humoru, zawsze istnieje stosowna pociecha. Taka pod wymowną etykietą „sex & przemoc”.

Landi, który rok wcześniej popełnił zwyrodniałe Giallo w Wenecji, niestrudzenie podąża tutaj ścieżką paskudnego eurosleazu, oferując masę golizny i porcję soczystego gore. Wszystko w najlepszej tradycji mizoginistycznej spaghetti-rozrywki, bo clou programu stanowią sceny zawierające nadziewanie kobiety przez waginę na rożen oraz rozszarpywania innej niewiasty żywcem (i nago!) przez sforę owczarków niemieckich. Brzmi zachęcająco? Patrick Still Lives bez dwóch zdań dostarczy dużo przyjemności maniakom niedwuznacznej zgnilizny, bo cała historia to tylko pretekst dla zaprezentowania serii mokrych fantazji lubieżnego tetryka (Landi niedługo potem przeszedł na emeryturę). Ekran zaludniają męskie świnie, impotenci, zgorzkniałe nimfomanki, masturbujące się dziewice i idioci pospolici, których sukcesywne likwidowanie przez upiornego blondasa na szpitalnym łóżku, wzbudzić musi radosny, bezrefleksyjny poklask u każdego konesera celuloidowego śmiecia. Jeśli kupujecie konwencję, w przypadku której wartościami nadrzędnymi będą orgia bezsensownych okaleczeń i parady nagich biustów, to z pewnością pokochacie ów dziwny twór. Tylko Włosi zdolni byli przetworzyć kameralny, nastawiony na powolnie dozowane napięcie thriller z dalekich Antypodów w obmierzłe soft-porno z rzeźnickimi zapędami. Głupie bezmiernie, nudne – nigdy!

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.