Noc komety (1984). Apokalipsa na luzie

Zbliża się druga połowa lat 80, a wraz z nimi tajemnicza kometa, na której punkcie fioła dostają praktycznie całe Stany Zjednoczone. Sklepy wypełnione są tandetnymi gadżetami, rodziny organizują grille, tłumy ludzi zbierają się na ulicach miast, by wspólnie uświadczyć tego niezwykle rzadkiego zjawiska. Na ich nieszczęście, kometa jest początkiem końca współczesnej cywilizacji. Większa część narodu obraca się w proch, część nieszczęśników zaś przeobraża się w radioaktywne, rozkładające się ghule. Została też garstka, która uchroniła się przed promieniowaniem komety i która musi poradzić sobie w nowym, wyjątkowo nieprzyjaznym świecie.

Wśród ocalałych znajdują się dwie siostry: Reggie i Sam Belmont. Dziewczyny nie najlepiej radzą sobie w szkole, muszą użerać się z wredną macochą, dorabiają sobie pracą w kinie i knajpce, by mieć na swoje potrzeby. Ot proza życia typowej (z pozoru) amerykańskiej Valley girl, która zostaje przerwana przez niespodziewaną apokalipsę. I co ciekawe, jedną z pierwszych rzeczy, którą dziewczyny robią by odreagować stratę bliskich i jakichkolwiek perspektyw na życie, jest wypad do opuszczonego centrum handlowego, by oddać się szałowi “zakupów” i tańczyć w rytm przeboju Cyndi Laupner Girls Just Want to Have Fun.

Zaskoczeni mogą się czuć widzowie, którzy za seans zabrali się na podstawie krótkiego opisu fabuły, czy okładki wydania Blu-ray od Arrow Films, z której straszy nas rozkładający się zombie policjant. Horrorem Noc komety nie jest, a jedynie bywa i to w bardzo niewielu, krótkich fragmentach. Thom Eberhardt, reżyser opisywanego tu obrazu, postanowił zabawić się estetykami postapo i zombie films, które kojarzą się (nie zawsze słusznie) z kinem brudnym, brutalnym, wypełnionym po brzegi poczuciem beznadziei i przerobić je na lekkostrawne kino skierowane głównie do młodzieży. 

Całość działa głównie ze względu na nieźle rozpisane główne bohaterki, które szybko przełamują stereotyp niezbyt ambitnej nastolatki i okazują się naprawdę charakternymi kobietami, które nie dają sobie w kaszę dmuchać i gdy trzeba, to bez problemu skopią dupsko każdemu patafianowi, który im się napatoczy, kładąc tym samym grunt pod późniejszą Buffy – postrach wampirów (1992, reż. Fran Rubel Kuzui). Oglądanie tych dziewczyn, zarówno w akcji, czy w trakcie poznawania ich wzajemnych relacji niezwykle uprzyjemnia seans i to one są najjaśniejszą stroną filmu.

Jednym z powodów, dlaczego postacie sióstr Belmont wypadły tak dobrze była wyjątkowa chemia między odgrywającymi główne role Catherine Mary Steward i Kelli Maroney. Panie bardzo szybko przypadły sobie do gustów i świetnie bawiły się podczas kręcenia filmu, podchodząc do całego przedsięwzięcia ze sporą dawką luzu. Maroney w jednym z nowszych wywiadów wspominała o przyjaznej atmosferze panującej na planie, która była przyjemną odmianą od tego, co znały wcześniej. Obie panie doświadczenie aktorskie zdobyły przede wszystkim w tanich telenowelach, kręconych taśmowo i w niezwykle nerwowej atmosferze. Zahartowane w ten sposób młode aktorki szybko doceniły środowisko pracy w którym nikt nie wyładowuje swojej złości na aktorach, a fakt, że można było w ogóle kręcić duble, uznawały za wielki luksus.

Sporym wabikiem jest też wizualny aspekt produkcji: Niebo nad Los Angeles spowite czerwonym, radioaktywnym pyłem. Wnętrza wypełnione wszelką maścią jaskrawymi neonami. Kolorowe stroje i burze natapirowanych włosów na głowach. Oto estetyka drugiej połowy lat 80 zamknięta w niewielkiej, niskobudżetowej pigułce, która jest świetnym suplementem diety dla widzów zakochanych w tej dekadzie i to oni będą się przy Nocy komety bawić najbardziej.

To luźna, niezobowiązująca zabawa, będącą świetną odskocznią od bardziej wymagającego kina. Pozycja nadająca się zarówno do seansów w samotności, jak i w towarzystwie. Na kaca i przed kacem. I chyba jedyne co może przeszkodzić w czerpaniu radości z Nocy komety to próba oceniania filmu przez pryzmat kina grozy, które jest tutaj tylko jednym z wielu elementów składowych. To już jednak byłoby robienie sobie przez widza krzywdy na własne życzenie, a w żadnym stopniu przywara filmu.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.