Nobilitacja gatunków. Rozmowa z Grzegorzem Fortuną

Trzecia edycja Octopus Film Festival jest już blisko. W dniach od 4 do 9 sierpnia odbędzie się polskie święto dla fanów kina gatunkowego, które to zresztą objęliśmy skromnym, acz entuzjastycznym patronatem. Z tej okazji postanowiłem przeprowadzić rozmowę z Grzegorzem Fortuną, dyrektorem programowym festiwalu, a także członkiem honorowym Kinomisji. Rozmawialiśmy między innymi o miłości do włoskiej pulpy, feministycznym zacięciu współczesnego kina gatunków oraz tegoż kina obecnej kondycji w polskim światku filmowym. Zapraszam do lektury.

PS. Reklamujący poniższy wywiad kadr pochodzi oczywiście z oryginalnej Suspirii (1977), o której sam Grzegorz Fortuna mówi, że jest jego ukochanym filmem.

Tegoroczna edycja Octopusa jest organizowana w bardzo nieprzychylnych, bo i pandemicznych warunkach. Czy widmo koronawirusa w jakikolwiek sposób wpłynęło na program imprezy?

Niestety wpłynęło dosyć mocno. Ze względu na utrudnienia w podróżach nie mogliśmy zaprosić żadnych zagranicznych gości – dlatego też Octopusowe spotkania w tym roku odbędą się w formule online’owej (nie licząc spotkania z naszymi polskimi gośćmi – Piotrem Cyrwusem i Bartoszem M. Kowalskim). Musieliśmy także zrezygnować z naszego flagowego produktu, Seansu Ukrytego, bo nie było szans zorganizować go z zachowaniem rygoru sanitarnego. Dodatkowo wytyczne zmieniały się z tygodnia na tydzień, co powodowało, że festiwal trzeba było ciągle dostosowywać do nowych wymogów. Jesteśmy jednak dobrej myśli. Ustaliliśmy zasady, które pozwolą zapewnić widzom bezpieczeństwo na seansach. Udało nam się także zorganizować Konkurs Główny z nagrodą publiczności. W jego ramach zaprezentujemy dziewięć filmów, z których aż osiem pokażemy jako pierwsi w Polsce.

Konkurs jest zresztą jedną z najważniejszych atrakcji tegorocznego festiwalu, co tylko pokazuje, jak dużo obecnie powstaje ciekawych obrazów, zarówno stricte gatunkowych, jak i takim kinem inspirowanych. Nie ukrywam jednak, że w przypadku poprzednich edycji jednym z głównych wabików były dla mnie seanse kina włoskiego. W zeszłych latach mogliśmy obejrzeć choćby Milano Calibro 9 (1972), Nowojorskiego rozpruwacza (1982), a nawet spotkać się z Sergio Martino, którego przeprowadziliście retrospektywę. Nie ulega wątpliwości, że zrobiliście dużo dobrego dla promocji włoskiej pulpy w Polsce. Jak oceniasz dotychczasowy odbiór włoszczyzny przez Octopusową widownie? W tym roku jest jej mniej, ale czy możemy liczyć, że jeszcze wróci w większej dawce?

Wielkie dzięki za miłe słowa! Nie ukrywamy, że włoszczyzna jest niezwykle bliska naszym sercom, więc staramy się zawsze zawrzeć coś włoskiego w programie – w tym roku będzie to klasyczna Suspiria i nowy włoski horror gotycki Gniazdo. Pozytywny odbiór włoskich cykli na poprzednich edycjach bardzo nas zaskoczył, widzowie oglądali te filmy z zaciekawieniem, a sale były wypełnione, mimo że nie były to tytuły powszechnie rozpoznawalne. Zdecydowanie planujemy dalej promować włoszczyznę na kolejnych edycjach – chcemy jednak połączyć seanse ze spotkaniami z gośćmi. W zeszłym roku fantastycznie wyszły spotkania z Sergiem Martinem, więc chcieliśmy to powtórzyć, ale musieliśmy niestety przełożyć te plany na przyszły rok ze względów epidemiologicznych.

Gniazdo

Suspiria była moim pierwszym kontaktem z włoskim horrorem i tak na dobrą sprawę myślę, że jej seans jest idealnym sposobem na wejście w świat włoskiej pulpy. Dla nas to już pozycja oczywista i niezaprzeczalny klasyk, którego nie trzeba przedstawiać. Nadal jednak nie brakuje osób, które z takim kinem nigdy nie miały kontaktu. Jak więc zareklamowałbyś włoskie kino gatunków właśnie tym widzom?

Dla mnie Suspiria też była pierwszym kontaktem z włoskim kinem gatunkowym i do dzisiaj pozostaje moim absolutnie ukochanym filmem, który powtarzam sobie przynajmniej raz w roku. Również uważam, że to idealny film na rozpoczęcie przygody z tą niezwykłą kinematografią. Myślę, że zareklamowałbym włoskie kino gatunkowe w taki mniej więcej sposób – włoskie kino gatunkowe jest bardziej: jest bardziej szalone, bardziej oniryczne, bardziej odważne. Włosi brali na warsztat zagraniczne koncepcje gatunkowe i przerabiali je na swoją modłę, za nic mając wytyczne i zasady. Dzięki temu powstała kinematografia nie tylko bardzo silna ekonomicznie (bo te filmy doskonale się przecież sprzedawały), ale też dająca twórcom artystyczną wolność. Przekłada się to na filmy bardzo odmienne od ich amerykańskich czy brytyjskich prekursorów. Najzwyczajniej w świecie trzeba je poznać, bo bez tego pomija się niezwykle ważny fragment historii kina.

Wspomniałeś, że kolejne seanse włoskiego kina gatunkowego chcieliście połączyć ze spotkaniami z gośćmi. Czy jesteś w stanie zdradzić nam, kto jest brany pod uwagę?

Nie mogę zdradzić wszystkich nazwisk, bo chcemy zachować element zaskoczenia przy przyszłych edycjach, ale mogę powiedzieć, że naszym marzeniem jest wizyta Dario Argento. Mieliśmy okazję poznać go dzięki spotkaniom organizowanym przez Dianę Dąbrowską przed trzema laty, mam z nim dobry kontakt, ale jeszcze nie udało się niestety doprowadzić do jego wizyty w Gdańsku. Trzymaj proszę kciuki, żeby udało się w przyszłym roku lub za dwa lata!

Niedosyt

Kino gatunków/eksploatacji miewa niezbyt dobrą reputację i często oskarżane jest choćby o mizoginię. Tymczasem na Waszym festiwalu obrodziło w produkcje dotyczące kobiet. Jest cykl o czarownicach, czy chociażby Niedosyt w reżyserii Carlo Mirabelli-Davis. Czy kino gatunkowe to Twoim zdaniem dobra przestrzeń na dyskurs feministyczny?

To bardzo trudne pytanie, na które niełatwo jest jednoznacznie odpowiedzieć. Niewątpliwie kino gatunkowe bywało w minionych dekadach miejscem, w którym stereotypy płciowe i mizoginia miały się dobrze, ale z kolei oskarżenia wysnuwane pod adresem niektórych reżyserów bywały często zupełnie chybione. Dobrym przykładem będzie chociażby właśnie Argento, który jest oskarżany o mizoginię od kilkudziesięciu lat, mimo że w jego filmach ginie tyle samo mężczyzn co kobiet. No i jest coś niepokojącego w tym, że osoby, które oskarżały Argenta o mizoginię, to często te same, które wychwalają Bertolucciego – mimo że to ten drugi dopuścił się absolutnie ohydnego czynu na Marii Schneider.

Ale wracam już do tematu, bo nie jestem przecież adwokatem Argenta. Uważam, że współczesne kino gatunkowe – a już szczególnie horror i jego okolice – to idealne tworzywo dla kina emancypacyjnego. W programach poprzednich edycji staraliśmy się uwzględnić filmy gatunkowe, które wywracałyby stereotypy razem z całym stołem i oddawały głos silnym bohaterkom (dobrymi przykładami będą Revenge i Demony prerii), w tym roku mamy właśnie cykl o czarownicach i wspaniałe Swallow, które wprowadzamy zresztą do kin we wrześniu jako Niedosyt. To piękne, oryginalne, malarskie kino o potrzebie wyrażenia siebie i znalezienia własnego głosu – nawet jeśli proces ten będzie wymagał połykania ostrych przedmiotów.

W tym roku czekają na nas dwie retrospektywy: Richarda Stanleya oraz Fabrice Du Welza. I o ile ten pierwszy powoli zaczyna znajdować swoje miejsce w świadomości polskiej publiki (choćby poprzez jego niedawny powrót na reżyserski stołek na realizację Koloru z przestworzy), tak Du Welz zdaje się reżyserem nieszczególnie u nas znanym. Czemu, Twoim zdaniem, warto się jego twórczością zainteresować?

Du Welz jest dla mnie ciekawym przypadkiem. To reżyser, który od swojego debiutu prezentuje bardzo konsekwentną, mroczną, przytłaczającą wizję kina. Ma na koncie trzy filmy, które – przynajmniej moim zdaniem – są arcydziełami lub ocierają się o wybitność (Kalwaria, Vinyan i Alleluja). A mimo tego, jak sam mówisz, jest niezbyt znany i kompletnie niedoceniany – nie znajdziemy jego filmów w konkursach dużych festiwali, nie mają one u nas premier kinowych, wchodzą prosto na rynek VoD lub DVD bez jakiegokolwiek szumu. Zawsze mnie to jakoś frapowało, podobnie jak Krystiana Kujdę, więc postanowiliśmy przygotować retrospektywę, która pomoże choć w niewielkim stopni wypromować u nas filmy Du Welza. Moim zdaniem warto go znać, bo to twórca totalny – sprawujący pełną kontrolą nad tworzywem, nad którym pracuje, bardzo konsekwentny i odważny, a do tego potrafiący zbudować atmosferę, której nie znajdziemy u innych reżyserów. Właściwie wszystkie jego najlepsze filmy – nie zaliczam do tej grupy Colta 45 i Message from the King, bo oba zostały poturbowane przez producentów – są filmami o miłości, ale są przy tym pesymistyczne, pełne rozpaczy i zwątpienia. To niezwykłe połączenie, które przynosi na ekranie bardzo ciekawe efekty. No a w konkursie głównym pokazujemy najnowszy film Du Welza, Adorację, której polscy widzowie nie mieli jeszcze okazji oglądać.

Adoracja

Na Octopusie nie zabraknie także W lesie dziś nie zaśnie nikt, który zdążył już mocno podzielić rodzimą publikę. Jedni posądzają polski slasher o tandetę, drudzy zaś odpowiadają, że film świetnie wpisuje się w ramy obranego gatunku. Jedno jest pewne. O W lesie dziś nie zaśnie nikt było już naprawdę głośno i obserwując zażarte dyskusje w Internecie nietrudno było zauważyć, że niemal każdy zaangażowany entuzjasta horrorów ma już o nim wyrobioną opinię. Jak myślisz? Czy tak duży odzew może zwiastować nadejście kolejnych polskich horrorów? Czy Polska jest wystarczająco podatnym gruntem, by mogło rozwijać się u nas kino gatunkowe?

Moim zdaniem tak, jeśli polskie kino gatunkowe ma szansę się rozwinąć, to właśnie teraz. W Polsce nie ma tradycji kina gatunkowego, bo w PRL-u traktowano je jako coś niegodnego, prostackiego i niewartego uwagi. Większość twórców wychowywała się na DKF-ach i kinie artystycznym, mało kto porywał się na polski horror czy polskie Kino Nowej Przygody (jak to robił na przykład Marek Piestrak). Efekt jest taki, że polskie kino gatunkowe przez ostatnie dekady właściwie nie istniało albo było komicznym wypaczeniem zachodnich wzorców, robionym bez zrozumienia rządzących nimi zasad (czego przykładem może być Pora mroku albo filmy Mariusza Pujszo). Pokolenie twórców urodzonych w latach osiemdziesiątych jest inne. Ci reżyserzy i reżyserki wychowali się już nie tylko na DKF-ach, ale też na wypożyczalniach kaset wideo, gdzie mogli znaleźć klasykę kina gatunkowego i wiele więcej. Bartosz M. Kowalski jest ciekawym przykładem – to polski twórca, który przyznaje się, że jego ulubionym filmem jest Martwe zło 2 – ale do grupy twórców eksplorujących możliwości polskiego kina gatunkowego zaliczyłbym także między innymi Jagodę Szelc (Wieża. Jasny dzień i Monument), Agnieszkę Smoczyńską (Córki Dancingu i Fuga) czy tragicznie zmarłego Marcina Wronę (Demon). Jestem pewien, że w następnych latach twórców o podobnych zainteresowaniach będzie więcej. Musimy tylko dać im dobre warunki do rozwoju. A na Octopusie chcemy konsekwentnie prezentować ich kolejne filmy.

Wydaje mi się, że podejście do kina gatunkowego z czasów PRL wciąż jednak pokutuje. Owszem, wspomniane przez Ciebie nowe pokolenie reżyserów tworzy obecnie fantastyczne filmy, jednak postrzegam je jako, przede wszystkim, kino autorskie, które z gatunkowością po prostu romansuje, nieco się nią bawi i pożycza niektóre elementy. Tym samym ma większą szansę na akceptację, zwłaszcza wśród krytyki. Dużo gorzej jest jednak w przypadku starych, gatunkowych klasyków, których na Waszym festiwalu nigdy przecież nie brakowało. Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi wciąż nie wie, jak takie kino ugryźć. Po trochu na pewno ich fascynuje, ale i traktują je ze sporą dozą asekuracji, jakby bojąc się, że ktoś posądzi ich o fatalny gust filmowy. Z tego powodu wciąż pojawiają się opinie sugerujące np. że Ennio Morricone mógł wstydzić się soundtracków do spaghetti westernów. Nie brakuje również osób, które twierdzą, że lubią stare horrory przede wszystkim ironicznie. Trochę szkoda też czytać (a zdarza się!), że Octopus Film Festiwal jest gratką dla koneserów “złych filmów”. A może jednak nieco tragizuję i faktycznie powoli zmierzamy w dobrym kierunku, jeżeli chodzi o uznanie kina gatunkowego jako równie wartościowego?

Tu bym się nie do końca zgodził, bo wydaje mi się, że tendencja do wykorzystywania gatunku jako pewnego rodzaju wehikułu pozwalającego przeprowadzić autorski projekt jest ponadnarodowa. Zauważ, że Nicolas Winding Refn, Robert Eggers czy wspomniany Fabrice Du Welz też nie robią filmów czystych gatunkowo. To zresztą naturalne, bo gatunki muszą ewoluować, żeby przetrwać – gdyby było inaczej, współczesne westerny nadal opowiadałyby o dzielnych rewolwerowcach, damach w opałach i złych Indianach. Wydaje mi się, że to, co określa się niezbyt wygodnym terminem „elevated genre” – czyli właśnie autorskie kino gatunkowe – to właśnie jest ten trend, który obecnie zyskuje popularność i w Europie, i w Stanach.

Zgodzę się natomiast w pełni, jeśli chodzi o postrzeganie kina gatunków przez część widowni. Często spotykam się niestety z osobami, które oglądają albo tylko filmy szeroko reklamowane, albo tylko te, które wygrały Cannes/Wenecję/Berlin. Zwykle te same osoby podchodzą do starych filmów gatunkowych z nastawieniem na to, że będą „tak złe, że aż dobre”. Jeśli ktoś ma takie podejście, to po prostu dużo traci.

Jeśli chodzi o postrzeganie Octopusa jako festiwalu „złych filmów”, to walczymy z tym, jak możemy, ale masz rację, że ciągle pojawiają się takie głosy. Staramy się natomiast tak układać program, żeby proporcje wartościowego i ciekawego kina do tego „złego” byłby mniej więcej 4:1 – nie zamierzamy przecież rezygnować z VHS Hell czy Malinobrania, zresztą nie ma nic nieodpowiedniego w ironicznych seansach. Staramy się jednak pokazać widzom, że Octopus to przede wszystkim festiwal kina gatunkowego i święto kina rozumianego jako pewnego rodzaju wspólne przeżycie – dlatego też tak programowaliśmy nasz konkurs główny, żeby zawrzeć w nim filmy dobre, nowatorskie i odważne. Mam nadzieję, że się to udało.

Grzegorz Fortuna w obiektywie Krystiana Kujdy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.