Nightmare City (1980). Gore, cycki i nonsens

Share

Włoskie kino gatunków swoje najlepsze lata przeżywało w szóstej i siódmej dekadzie XX wieku. Choć rozmaite zacne pulpy zdarzało się płodzić makaroniarzom jeszcze do początku lat 90., faktem jest, że lata 80. to dla ich kinematografii równia pochyła. Giallo powoli dogorywało, na inne gatunki, w których byli najlepsi (spaghetti western, horror gotycki, poliziottesco) nie było już miejsca, a w tych nowszych (jak kino postapokaliptyczne, heroic fantasy czy macaroni combat) nigdy nie radzili sobie tak zacnie. Chyba jedynym rodzajem filmu, o którym można ogólnikowo powiedzieć, że się u nich ciągle dobrze trzymał, był szeroko pojmowany horror współczesny. Aczkolwiek różnice jakościowe pomiędzy kolejnymi znanymi tytułami są gigantyczne. I tak gdzieś między najwybitniejszymi obrazami tego okresu, jak Cannibal Holocaust (1980) i Kościół (1989), a tymi reprezentującymi kino z okrutnie dolnej półki, jak Człowiek-Szczur (1988) czy kultowy gdzieniegdzie Troll 2 (1990), umiejscowić można przesympatyczne dziełko Umberto Lenziego Incubo sulla citta contaminata (1980), poza Włochami znane jako City of the Walking Dead, Invasion by the Atomic Zombies czy wreszcie Nightmare City. Film, na którego temat Quentin Tarantino miał kiedyś powiedzieć piękne zdanie, jakie winno znajdować się na okładkach każdego jego wydania na DVD/Blu-ray: „Kurwa, człowieku, nie ma nic zabawnego w byciu ściganym przez zombie, które biega tak samo szybko jak ty!”

Jednak truposze – pojawiające się pod wodzą pewnego naukowca (speca od zagrożeń nuklearnych) w jakiejś anonimowej europejskiej metropolii – nie tylko zasuwają tu jak szalone. Jak na istoty teoretycznie bezmózgie, wykazują się zaskakująco sprawnym intelektem: skradają się, przeprowadzają zasadzki, odcinają kable telefoniczne, strzelają z karabinów maszynowych (ogólnie często posługują się bronią), prowadzą samochody, a nawet pilotują samoloty. Przy okazji lubią też zdzierać z pięknych kobiet ubrania, co by w obiektywie kamery obok flaków i krwi znalazła się też odpowiednia liczba jędrnych piersi. Równowaga musi być. Zresztą niemal każdy powód jest tutaj dobry, aby pokazać trochę golizny. I tak np. jeden z bohaterów opowieści – a dokładniej wojskowy, któremu przyjdzie niejako wypowiedzieć wojnę nieumarłym – otrzymuje ekspozycję, w której niespiesznie rozbiera i obmacuje swoją partnerkę, i dopiero, kiedy possie tuż przed kamerą jej sutka, będzie gotów wypowiedzieć swoją pierwszą kwestię.

Najciekawsze pozostaje tutaj to, czy truposze można w ogóle nazwać zombiakami. Sam reżyser podkreśla, że nie, swoje dzieło szufladkując jako radiation sickness movie. Owszem, twarze zdechlaków są zwykle w jakimś stopniu nadgniłe (co czasem prezentuje się odpychająco przekonująco, a czasem – gdyż kilka razy zabrakło pieniędzy dla charakteryzatorów – aktorzy wyglądają tak, jakby obsmarowano ich błotem), jednak choć żaden z nich nie wypowiada tu choćby słowa, a niektóre z nich poruszają się jak standardowe zombie, ich mimika nieustannie wskazuje na ekstatyczną fascynację przemocą. Przypominają raczej armię tyleż wkurwionych, co podnieconych psychopatycznych sadystów. Wiecznie uśmiechniętych pierdolców, których jedynym celem jest mord (urozmaicany różnorakim masakrowaniem ofiar). Poza tym nie interesuje ich żarcie ludzkiego mięsa czy mózgów, lecz wysysanie z ludzi krwi, co często czynią po poderżnięciu swoim ofiarom gardeł. No, w wypadku kobiet niejednokrotnie mowa o wysysaniu krwi z okolic nagiego już biustu, choć niekoniecznie kompletnego (vide naprawdę obrzydliwy fragment, w którym truposz najpierw odcina niewieście jedną z piersi – Lucio Fulci bije brawo).

Warto zaznaczyć, że samo pojawienie się umarlaków na początku filmu to przewrotna parafraza Nosferatu – symfonii grozy (1922). Tam, gdzie w słynnym ekspresjonistycznym arcydziele mieliśmy bezzałogowy statek pełen trumien i szczurów, które przyniosły niemieckiemu miastu Wismar plagę dziesiątkującą mieszkańców, tam w filmie Lenziego mamy nieoznakowany i na pozór bezzałogowy militarny samolot, który po awaryjnym lądowaniu przynosi plagę „trupiej wściekłości”. Zwykle subtelne, ale też regularne sugestie, że oto mamy do czynienia z jakąś dziwną odmianą wampirów zostają fajnie skontrowane gdzieś w ostatnim akcie opowieści, kiedy szukająca schronienia para natyka się na niby opuszczony kościół. Bohaterka mówi wówczas do swojego męża: „Pamiętasz słowa tej średniowiecznej legendy? Jeśli naprawdę są wampirami, nie wejdą za nami do Domu Bożego”, po czym wchodzi wraz z nim do kościoła, aby tam natknąć się na księdza-truposza czytającego Biblię (!!!). Martwy duchowny po chwili okładać będzie głowę mężczyzny gigantyczną świecą liturgiczną, lecz ten nie pozostanie dłużny i chwilę później rozłupie mu czaszkę świecznikiem.

Nightmare City – swoją drogą będące bardzo wyraźną inspiracją dla Roberta Rodrigueza przy tworzeniu Planet Terror (2007) – to pulpa śmieciowa, ale, wierzcie lub nie, całkowicie świadoma swojej nonsensowności. Dowodem tego finał, opierający się na rozwiązaniu, które samo w sobie jest niby tanie i banalne, jednak w kontekście tej szalonej hybrydy horroru i kina akcji sprawia, że nie pozostaje nic innego, jak (po raz kolejny) uśmiechnąć się i powiedzieć: „Lenzi, ty rzeźniku, miałeś jaja większe niż to się zwykło o tobie mówić”. Co prawda, nie widać tutaj tego tak bardzo, jak choćby w Almost Human (1974), jednym z najwybitniejszych obrazów poliziottesco i być może najlepszym dokonaniu tego często niedocenianego reżysera, jednak bardzo wymownym zdaje się być fakt, że właśnie powstaje remake Nightmare City. A odpowiedzialny za niego będzie tak Lenzi, jak i Tom Savini. Kibicuję.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

1 Trackback / Pingback

  1. Quentin Tarantino o włoskim kinie gatunków | Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.