Night Train to Terror (1985). Ejtisowy trash

Share

Kończy się październik, lada moment przyjdzie Halloween, a wraz z nim okazja do zrobienia sobie maratonu horrorów z przyjaciółmi i postraszenia się nawzajem. Nic nie pasuje do straszno-luźnej atmosfery lepiej niż nowele filmowe – czy to klasyczne Czarne święto (1963) Mario Bavy, czy też kompilacje od wytwórni Amicus. Ja jednak wyjdę z propozycją o wiele mniej oczywistą, a która – taką mam przynajmniej nadzieję – przypadnie do gustu wszystkim rozkochanym w szalonym kiczu lat 80.

Night Train to Terror to niezależny horror klasy B. Punktem wyjściowym dla jego trzech segmentów jest pędzący ku swojej nieuchronnej zgubie pociąg, którego pasażerami są śpiewający niezwykle chwytliwą piosenkę muzycy oraz Bóg i Szatan (Ferdy Mayne i Tony Giorgio) dokonujący sądu nad trzema ludzkimi duszami. Przerywniki z ich udziałem zostały wyreżyserowane przez Jaya Schlossberg-Cohena i trudno jest oprzeć się ich urokowi. Gwarantuję, że śpiewany przez muzyków utwór zagnieździ się w Waszych głowach niczym trudny do usunięcia pasożyt. Z kolei dialogi między Bogiem a Diabłem podbijają serce widza nie tylko pocieszną naiwnością, ale także charyzmą wcielających się w nich aktorów. Pod względem scenografii fragmenty te prezentują się prosto, wręcz „teatralnie”, a wrażenia taniości dopełniają stock footage wymieszane z oczywistą miniaturą pociągu. Nie jest to jednak w żadnym wypadku zarzutem – wszystko to tworzy klamrę wprowadzającą nas w klimat nie tylko grozy, ale i zabawy. W końcu bez takiego przymrużenia oka żadne dobre nowele filmowe się nie obejdą.

Nowele zawarte w Night Train to Terror pierwotnie były (lub miały być) osobnymi filmami. Przemontowano je jednak, dodano dodatkową narrację w niektórych miejscach oraz muzykę skomponowaną przez Eddy’ego Lawrence’a Mansona. Wszystkie trzy filmy (podobnie jak segmenty z Bogiem i Diabłem) zostały napisane przez Philipa Yordana – zwycięzcę Oscara w 1955 roku za film Broken Lance (1954).

The Case of Harry Billings

Pierwszy segment pochodzi z wówczas niedokończonego filmu (wydanego dopiero w 1991 roku) zatytułowanego Marylin Alive and Behind the Bars (AKA Scream Your Head Off) w reżyserii Johna Carra.

W głównego bohatera wciela się John Phillip Law, czyli Diabolik (1968) we własnej osobie. Harry Billings przeżywa wypadek samochodowy i trafia pod opiekę Dr. Brewera (Arthur M. Braham) i Dr. Fargo (Sharon Ratcliff). Lekarze prowadzą przerażającą praktykę – mordują młode kobiety i sprzedają ich części ciała. Za pomocą hipnozy zmuszają Harry’ego do przyprowadzania im nowych ofiar…

The Case of Harry Billings posiada surową i zimną atmosferę, niejednokrotnie ocierającą się o kino exploitation. Scenografie zdominowane są przez zimne kolory i kontrastujące z nim czerwone oświetlenie. Reżyser segmentu nie szczędził także nagości i brutalności (pojawia się nawet scena gwałtu), chociaż to drugie odbywa się najczęściej poza kadrem, prawdopodobnie z powodów budżetowych i cenzuralnych. Nie oznacza to jednak, że nie uświadczymy na ekranie w ogóle krwi – uświadczymy i to dużo. Planowany czy nie, minimalizm jest sprawdzonym sposobem oddziaływania na wyobraźnię widza i tutaj jest równie skuteczny. Na koniec zostaje grupa antypatycznych i obleśnych postaci, nie licząc głównego bohatera oczywiście.

Historia opowiedziana w The Case of Harry Billings jest stosownie niepokojąca, niestety segment ucierpiał z powodu ewidentnych cięć. Fabuła posuwa się do przodu bardzo szybko, przypominając wręcz szaloną przejażdżkę, co z jednej strony potęguje uczucie szoku, ale przy okazji sprawia, że wszelkie relacje między postaciami, ich motywacje i inne istotne elementy fabuły zdają się wyskakiwać jak Filip z konopi.

The Case of Gretta Connors

Gretta Connors (Merideth Haze) zaczynała jako pracownica w wesołym miasteczku. Gdy zauważył ją niejaki George Youngmeyer (J. Martin Sellers), ta stała się aktorką filmów erotycznych. W ten sposób dowiedział się o niej Glenn Marshall (Rick Barnes) i od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. Obsesja doprowadza młodzieńca do Gretty i między dwójką faktycznie rozkwita romans. Taki obrót spraw nie podoba się Youngmeyerowi, który chcąc zemścić się na kochankach wprowadza ich do Klubu Śmierci – stowarzyszenia grywającego w przeróżne groteskowe wariacje Rosyjskiej Ruletki…

Ta nowela jest z kolei krótszą wersją filmu The Dark Side of Love (AKA The Death Wish Club [1984]), również w reżyserii Johna Carra. Już samo streszczenie fabuły powinno dać każdemu do zrozumienia z jakiego rodzaju filmem będziemy mieć do czynienia – groteskowym i absurdalnym komedio-horrorem bez krzty realizmu.

Choć tempo pozostaje nadal szybkie, historia zostaje opowiedziana o wiele płynniej niż w przypadku poprzedniego segmentu, w dużej mierze dzięki dodanej narracji, która dopowiada poszczególne rzeczy i spaja kolejne sceny ze sobą. Jak już zasugerowałem, film odrzuca realizm i pozwala sobie na mocne przerysowanie, m.in. w sferze gry aktorskiej. Fakt, że The Case of Gretta Connors nie traktuje siebie poważnie nie czyni go jednak zabawnym, a wręcz sprawia, że jest jeszcze bardziej niepokojący. Ponownie wszystko zostaje oblane surowym klimatem, nagością i brutalnością, jednak tym razem u podstaw jest groteskowy oniryzm.

Nowela ma w zanadrzu animowanego poklatkowo wielkiego owada, którego użądlenie sprawia, że twarz zranionego delikwenta wybucha, komputer operujący elektrowstrząsami i brzmiący przy tym jak kiczowate ustrojstwo wyrwane z science-fiction z lat 50. i w końcu śmierć przez zmiażdżenie kulą do wyburzania budynków. Wszystko to jest zarówno kiczowate, jak i brutalne, w dodatku doprawione solidną dawką maniakalnych śmiechów. Trudno jest nie poczuć ciarek na plecach.

The Case of Claire Hansen

Najdłuższa z trzech nowel wykorzystuje materiały z filmu Cataclysm (AKA Nightmare Never Ends [1980]) w reżyserii aż trzech osób – Phillipa Marshaka, Toma McGowana i Gregga Tallasa.

Claire Hansen (Faith Clift) jest chirurgiem i gorliwą chrześcijanką. Jej mąż (Richard Moll) jest z kolei ateistą i właśnie skończył pracę nad książką zatytułowaną God is Dead. Wydanie książki zbiega się z dręczącymi kobietę koszmarami i wizjami. Wkrótce dowie się – dokładnie podczas spowiedzi od jednego z księży – że została wybrana do unicestwienia jednego z wysłanników Szatana. Powierzona jej zostanie skrzynka wykonana z drewna z Krzyża Pańskiego, w której ma umieścić serce demona.

Owym diabelskim poplecznikiem jest niejaki Olivier (Robert Bristol) – playboy, w którym żydowski łowca nazistów, Abraham Weiss (Marc Lawrence), rozpoznaje jednego z hitlerowców. Podczas próby dokonania samosądu na swoim oprawcy sprzed lat Weiss zostaje zabity przez tajemniczą siłę. Sprawę jego śmierci zaczyna badać jego przyjaciel, detektyw Sterne (Cameron Mitchell).

The Case of Claire Hansen jest najsłabszą pod względem fabularnym nowelą tego zestawienia, ale najlepszą jeśli chodzi o stronę wizualną. Twórcy, dbając o kolorowe oświetlenie i scenografie, bardzo mocno zbliżyli się do tradycji włoskiego horroru onirycznego. Przemawia za tym także fabuła – bogata w postacie, jednak przypominająca ciąg naprędce połączonych ze sobą groteskowych czy krwawych scen. Nie zabrakło obleśnie wyglądających charakteryzacji, pomysłowych, animowanych poklatkowo stworów, niepokojących wizji w postaci chociażby biesiady hitlerowców, diabła z kopytami zamiast nóg oraz wybuchowego, nawet zaskakującego finału.

Problem z The Case of Claire Hansen jest jednak taki, że prezentuje historię wpadającą niejednokrotnie w komiczność – a to przez aktorstwo, a to przez dubbing, albo w końcu przez toporne linie dialogowe. Cięcia względem oryginalnego materiału są widoczne jak na dłoni, a całości ponownie narzucono szybkie tempo, przez co miejscami brakuje dramaturgii i emocji. Wiele scen nie może wybrzmieć jak należy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że coś między nimi było, co nadawało postaciom charakteru, a historii odrobinę więcej sensu.

* * *

Night Train to Terror to w gruncie rzeczy wszystko to, co kocham w trashowym horrorze klasy B z lat 80. Nierówne, czasami przerysowane aktorstwo, szalone, absurdalne fabuły będące tylko pretekstem do szokowania widza, plejada klasycznych efektów specjalnych – kiczowatych, może nawet tandetnych, ale wciąż cieszących oko, a w ramach wisienki na torcie równie kiczowata, ale jakże chwytliwa muzyka. Film posiada dzisiaj status dzieła kultowego, o czym niech świadczy wydanie go na blu-ray w 2013 roku.

Nic tutaj tak naprawdę nie ma sensu… ale co z tego? Można się w trakcie tych trzech nowel bawić przednio, oczywiście jeśli podejdzie się do nich ze stosownym dystansem i przymrużeniem oka (nie wiem co prawda, czy do tego typu kina można podejść inaczej). Miłośnicy kiczu będą zachwyceni.

Michał Mazgaj
Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.