Nieśmiertelny (1986). „Może być tylko jeden!”

Omawiany przeze mnie w poniższym tekście film zapewne u niejednego wzbudzi ambiwalentne uczucia. Z jednej strony Nieśmiertelny to dziś absolutnie kultowy reprezentant kina fantasy, mający stale powiększające się grono kochających fanów. Z drugiej natomiast film dał początek jednej z najgorszych, najbardziej niewdzięcznych serii w historii kinematografii. Mało tego, to dzieło jednocześnie ponadczasowe i archaiczne. Początkowo klapa, a za chwilę wielki sukces.

Droga Nieśmiertelnego do uzyskania obecnego statusu była kręta i wyboista, bowiem gdy trafił do kin, zarobił zaledwie 5 900 000 $ przy budżecie ok. 16 000 000 $. Nie zebrał także pozytywnych recenzji – krytycy docenili co prawda pomysł wyjściowy, ale nazwali jego realizację głupawą i nudną. Choć film Russela Mulcahy nie podbił kin, udało mu się wkrótce zawojować rynek VHS. Ostatecznie Nieśmiertelny nie tylko zwrócił się twórcom, ale i zarobił na siebie wystarczająco dużo, by na początku lat 90-tych otrzymać sequel…

Głównym bohaterem Nieśmiertelnego jest Connor McLeod (Christopher Lambert), szkocki góral urodzony w 1518 roku. Podczas bitwy z wrogim klanem zostaje śmiertelnie raniony przez mrocznego rycerza imieniem Kurgan (Clancy Brown). Rana, która powinna go zabić, znika jednak po jednym dniu, co przeraża pobratymców Connora. Zostaje on oskarżony o konszachty z Diabłem i wypędzony z rodzinnej wioski. Wtedy to spotyka na swojej drodze ekscentrycznego Juana Ramireza (Sean Connery), który wprowadza go w nowy, pełen niebezpieczeństw świat.

McLeod okazuje się być jednym z Nieśmiertelnych. O ile jego głowa nie zostanie ścięta, to nie postarzeje się ani o dzień, a wszelka rana na jego ciele zaleczy się w ciągu kilku chwil. Przeznaczeniem Nieśmiertelnych jest walczyć ze sobą przez stulecia, aż pozostanie tylko jeden z nich. Ów jeden ma otrzymać tajemniczą Nagrodę.

Historia opowiedziana jest nam w całkiem nietypowy sposób. Śledzimy bowiem poczynania Connora w czasach współczesnych (dokładnie w roku 1985), kiedy to będzie walczyć z  ostatnimi Nieśmiertelnymi o tytuł Jedynego, z kolei jego przeszłość, odkrycie swojej nieśmiertelności i szereg późniejszych epizodów (np. z II Wojny Światowej), ukazana zostanie nam w szeregu retrospekcji.

Nieśmiertelny był czwartym pełnometrażowym filmem w karierze Russela Mulcahy’ego. Większość jego dorobku stanowią teledyski, nakręcone m.in. dla zespołów Duran Duran czy Spandau Ballet, czego wpływ niejednokrotnie objawia się zarówno w montażu, jak i w szeregu nastrojowych ujęć. Choć krytycy swego czasu niezbyt przychylnie podchodzili do zastosowanych przez Mulcahy’ego rozwiązań, tak trzeba przyznać, że zdołał „ubrać” swój film w specyficzny, ociekający latami 80-tymi, klimat. Wielokrotnie korzysta on z obiektywów szerokokątnych, szkockie plenery filmuje z pokładu helikoptera, a przy okazji kreowania posępnego klimatu Nowego Jorku zdaje się sięgać nawet po grę świateł i cieni rodem z kina noir. Odważnie sięga po kicz dziesięciolecia (znaleźć go można czy to w postaci bardzo przerysowanego głównego złoczyńcy, w parze komicznie nierozgarniętych policjantów, czy nawet w użyciu piosenek Queen), nie przyćmiewając jednak epickości i romantyczności opowiadanej historii. Pierwsza scena filmu idealnie ustala ton całej produkcji – widzimy bowiem tajemniczego Connora oglądającego walczących ze sobą wrestlerów i jakby kompletnie nie pasującego do otaczającej go gawiedzi, a całość przeplatana jest fragmentami retrospekcji toczonej przed wiekami w Szkocji bitwy. Romantyczny świat przeszłości zestawiony zostaje z surową teraźniejszością.

Fabuła Nieśmiertelnego opiera się o pomysł prosty, a przy tym niezwykle oryginalny i, wbrew dawnym opiniom krytyków, realizuje go bardzo dobrze. Działa ona przede wszystkim dzięki bohaterom. Wcielający się w protagonistę Christopher Lambert, rodowity Francuz, nie wystąpił wcześniej w anglojęzycznym filmie (z wyjątkiem Greystoke: The Legend of Tarzan [1984], w którym wypowiedział po angielsku zaledwie kilka słów), więc miał nie lada zadanie – nie tylko nauczyć się języka angielskiego, ale także wypracować sobie szkocki akcent.

Podczas scen dziejących się we współczesności, kiedy Connor ma już za sobą lata wędrówek, posługiwania się różnymi językami i mówi z akcentem przypominającym swoisty miszmasz, wcielający się w niego Lambert wypada bardzo przekonująco. Już od pierwszej sceny od Connora McLeoda bije melancholia – wszak żył on już od ponad czterech wieków, widział jak jego żona Heather (Beatie Edney) starzeje się i następnie umiera w jego ramionach, w dodatku był zmuszony do walki na śmierć i życie z ludźmi, których zapewne niejednokrotnie w ogóle nie znał. Tej części jego kreacji – zmęczonego swoim długim żywotem, wycofanego herosa – nic nie można zarzucić. Problemem jest niestety ta druga część. Muszę przyznać, że we wszystkich retrospekcjach mających miejsce w XVI wieku z Lamberta żaden Szkot. Co więcej, jego gra aktorska ulega miejscami dziwnej infantylizacji.

Przeciwnikiem Connora jest nieśmiertelny Kurgan, grany przez niezastąpionego Clancy’ego Browna. Kurgan jest złoczyńcą o tyle interesującym, że zaczyna jako, można by pomyśleć, postać zimnokrwista i stonowana, by z każdym swoim kolejnym występem przed kamerą stawać się coraz bardziej szalonym, przerysowanym i po prostu kiczowatym. Nie ma w tym jednak nic złego – trudno mi jest bowiem wskazać sceny z jego udziałem, które nie byłyby ikoniczne i kultowe. Czy to scena, w której Kurgan spotyka Connora w kościele (po nakręceniu której Brown osobiście przepraszał księży za wypowiedziane przez jego postać słowa), czy ta, w której porywa Brendę, nową ukochaną Connora, na iście szaloną przejażdżkę. Kurgan jest zły do szpiku kości i sprawia mu to bezgraniczną przyjemność, a przesycona czystą frajdą kreacja Browna jeszcze bardziej to wrażenie potęguje.

W Juana Ramireza, mentora McLeoda, wcielił się Sean Connery. Ironicznie, rodowitemu Szkotowi (w końcu samemu Jamesowi Bondowi!) dane zostało wcielić się w rolę ponad tysiącletniego Egipcjanina udającego Hiszpana, co na tle tego, co właśnie napisałem o Christopherze Lambercie, może się jawić jako kiepska decyzja castingowa. Nic bardziej mylnego, ponieważ ten wesołkowaty ekscentryk zdaje się być napisanym idealnie pod Connery’ego. Jego pojawienie się jest dla filmu momentem przełomowym – z jednej strony wprowadza on szczyptę radosnego, przygodowego ducha, a z drugiej inicjuje moment, w którym całość nabiera epickich walorów.

Roxanne Hart wcieliła się w Brendę Wyatt – policjantkę zainteresowaną historią wyrobu mieczy. Z nią właśnie związany jest główny wątek miłosny filmu i mój drobny zarzut pod jego adresem. Sama postać jest zarówno dobrze zagrana, jak i napisana – jest charakterna, zaradna i silna, choć ostatecznie kończy jako klasyczna dama w opałach. Po śmierci swojej żony Heather, Connor przez lata nie wiązał się z nikim, nie chcąc kolejny raz cierpień z powodu straty i wokół tego krąży wątek Brendy. I to wszystko jest jak najbardziej akceptowalne, jednakże w tym miejscu można było poświęcić czas czemuś innemu i, moim zdaniem, o wiele ciekawszemu. Dla przykładu w jednej z retrospekcji (swego czasu wyciętej w niektórych krajach) widzimy jak Connor podczas II Wojny Światowej ratuje małą sierotę – Rachel Ellenstein (Sheila Gish). Wychowuje ją jak własną córkę, prowadzi ona jego sklep z antykami, a w czasie głównej akcji filmu wygląda już na starszą od Connora. Niestety ta niecodzienna relacja na linii ojciec-córka stanowi ledwie tło opowieści.

Scenariusz Nieśmiertelnego autorstwa Gregory’ego Widena mocno różnił się od tego, co finalnie znalazło się w filmie. Całość była o wiele poważniejsza i mroczniejsza, charaktery lub pochodzenie bohaterów były ciut inne (Ramirez faktycznie był Hiszpanem, a nie starożytnym Egipcjaninem), inne postacie – jak Heather – w ogóle w nim nie występowały. Kurgan nazywany był po prostu Rycerzem (The Knight) i faktycznie bliżej mu było do zimnego okrutnika, aniżeli przejaskrawionego szaleńca. A to tylko niektóre z nich. Za przepisanie scenariusza odpowiadali Peter Bellwood i Larry Ferguson.

Zbrodnią byłoby mówić o Nieśmiertelnym i nie wspomnieć o piosenkach skomponowanych przez zespół Queen – czegoś, bez czego dzieło Russela Mulcahy nie osiągnęłoby aż takiego kultu. Współpraca mająca skończyć się na jednym utworze skończyła się napisaniem do filmu aż trzech – Princes of the Universe, Who Wants to Live Forever i A Kind of Magic. Nie należy jednak przy tym umniejszać soundtrackowi Michaela Kamena składającego się z nastrojowej, niejednokrotnie wyniosłej i epickiej, muzyki perfekcyjnie pasującej do przygodowego, romantycznego i delikatnie melancholijnego klimatu całości.

Niestety od strony technicznej Nieśmiertelny zestarzał się dość mocno i brzydko. Pierwszy pojedynek na miecze jest w kilku momentach źle zmontowany – Fasil (Peter Diamond), napotkany przez Connora na początku filmu Nieśmiertelny, na jednych ujęciach wykonuje swoje niesławne fikołki, by na drugich po prostu biec. Podczas jednej z ostatnich scen widać dokładnie linki unoszące McLeoda, mimo iż twórcy starali się je zakryć animacjami błyskawic. Film cierpi także z powodu niezbyt przekonującej choreografii pojedynków. Po części wynika to z tego, że Christopher Lambert miał poważne problemy ze wzrokiem – był praktycznie ślepy bez okularów, z kolei na szkła kontaktowe był uczulony. Finałowa walka jednak wciąż się broni i wypada najlepiej ze wszystkich.

Nieśmiertelny to film pełen sprzeczności. Fabularnie jest ponadczasowy – to epickie fantasy z pamiętnymi bohaterami, okraszone piękną muzyką i unikalnym klimatem. Technicznie natomiast jest przestarzały i kiczowaty, a tym samym wymaga od widza pewnego przymrużenia oka.

Niestety, Russell Mulcahy nie zrobił wielkiej kariery jako reżyser filmowy. Dał nam jednak jeden szczególny film o niezwykłym duchu. Otworzył drzwi na fascynujące, pobudzające wyobraźnię uniwersum, przedstawił niezapomnianych bohaterów i złoczyńcę, którego kocha się nienawidzić (lub po prostu się go uwielbia). Jego kult wciąż się poszerza i to pomimo szeregu tak dewastujących markę kontynuacji. Sam Nieśmiertelny II (1991) o mało co jej nie pogrzebał, a Nieśmiertelny III (1994) był tylko tanią podróbką pierwszego filmu. Od 2008 wytwórnia Lionsgate nosi się z zamiarem nakręcenia pełnoprawnego rebootu. Na chwilę obecną wiadomo tylko tyle, że wreszcie (a kiedy to piszę, jest rok 2018!) powstał satysfakcjonujący producentów scenariusz, a reżyserem ma być Chad Stahelski. Z jednej strony to bardzo dobra wiadomość, wszak Nieśmiertelnemu przyda się odświeżenie jak mało któremu filmowi. Z drugiej strony seria zdaje się być naznaczona klątwą złych sequeli i spin-offów, więc trudno jest nie podchodzić do tego projektu z pewną rezerwą.

Oryginał jest wart zapoznania się z nim, a jeśli już go widzieliście, to wart odświeżenia. Zapomnijcie o sequelach – „Może być tylko jeden!”

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

1 Komentarz

  1. no nie wiem dwójka wyglądała nawet nie najgorzej trójka też oglądalna za to pozostałe to rzeczywiście wyglądały jak robione po to by praw do marki nie stracić ;-))

1 Trackback / Pingback

  1. Armia Boga (1995). Tam, gdzie spadają anioły – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.