Neo-Noir Double Feature: Roger vs. Wspaniały świat

Czasem odnoszę wrażenie, że zasługi Roberta Zemeckisa na polu kina rozrywkowego nie są należycie doceniane. To znaczy, oczywiście, każdy zna i lubi (prawda?) cykl Powrót do przyszłości (1985-1990), do tego niejeden widz z rozrzewnieniem wspomina przygody Michaela Douglasa z Miłości, szmaragdu i krokodyla (1984), a wielu wzrusza się losami Forresta Gumpa. Jednak rzadko kiedy nazwisko reżysera wymieniane jest w jednym rzędzie z takimi kolosami, jak Steven Spielberg czy George Lucas. Tymczasem Zemeckis ma przynajmniej kilka powodów do wyjątkowej chluby. Pomijam czasy „nowożytne”, bo w ostatnich latach kręci niemal same knoty (vide: chybiony Beowulf (2007), zbędne Ekspres polarny (2004) i Opowieść wigilijna (2009)). Weźmy jednak wspomniany już Powrót: cóż za prosty, a zarazem nieskończenie genialny koncept! Zjawiskowe, jak na swoje czasy (i nie tylko!), efekty w Ze śmiercią jej do twarzy (1992) były z kolei oprawą dla pierwszorzędnej czarnej komedii. Albo takie Kto wrobił Królika Rogera (1988), mój personalny faworyt w filmografii rzeczonego pana…

Film ten widział zapewne każdy, mimo to zacznijmy od krótkiego przypomnienia fabuły. Eddie Valiant (Bo Hoskins) jest prywatnym detektywem. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie śledzenia żony gwiazdora studia filmowego. Eddie przyłapuje mężatkę in flagranti z hollywoodzką szychą, co udokumentowuje na zdjęciach, które następnie przekazuje zleceniodawcy – producentowi popularnych komedii. Ten od razu konfrontuje z materiałem swego podopiecznego, ulubieńca publiczności. Zdradzony facet, naturalnie, załamuje się. Ciąg dalszy jest jeszcze bardziej niewesoły: lowelas uwieczniony na fotografiach zostaje zamordowany, a głównym podejrzanym staje się aktor-rogacz.

Brzmi znajomo, prawda? Ileż to było już podobnych historii, do tego osadzonych na tle barwnego życia Fabryki Snów. Z tą różnicą, że u Zemeckisa klientem detektywa nie jest jakiś tam Clark Gable, Rudolf Valentino czy inny Jimmy Stewart, a… królik. Założenie jest bowiem następujące: ludzie i kochane przez widzów na całym świecie animki, żyją obok siebie w zadziwiającej na pierwszy rzut oka koegzystencji. Pomysł wywiedziony został z powieści Who Censored Roger Rabbit? (1981) autorstwa Gary’ego K. Wolfa, do perfekcji doprowadzono go jednak dopiero na dużym ekranie. Zemeckis i jego współpracownicy odmalowują skrzącą się dowcipem, pełną  smakowitych nawiązań wizję świata alternatywnego. Obraz w pierwszej kolejności jest więc wybornym pastiszem kina noir, a dopiero potem – filmem familijnym. Zresztą co do przydatności tej pozycji jako rozrywki dla całej rodziny spierać się mogliby obrońcy moralności, gdyż rzecz naszpikowana jest – delikatnymi wprawdzie, ale trudnymi do przeoczenia (o czym zaraz…) – podtekstami seksualnymi. Nie brak też przemocy, choć w wersji przerysowanej (sic!), „komiksowej” raczej.

Scenariusz w inteligentny sposób przekształca wzorce znane z klasycznych czarnych kryminałów. Mamy więc Bogartowskiego detektywa w znoszonym prochowcu, który nie stroni od kieliszka. W jednej ze scen dawny znajomy policjant kpi z Valianta słowami: „Czy zmieniłeś już nazwisko na Jack Daniels?”. Znajdujemy się więc w okrutnym, samczym świecie, gdzie królują wóda, dym z cygar i stracone złudzenia. Ale Eddie to tak naprawdę wrażliwy typ, który po prostu nie może się uporać z tragedią sprzed lat. Jego brat został mianowicie zamordowany przez szalonego animka. Od tamtej pory zapity i ledwo wiążący koniec z końcem prywaciarz ani razu nie postawił stopy w graniczącym z Hollywood Animkowie. Dopiero sprawa Rogera Rabbita, etatowego błazna o szczerozłotym, animowanym sercu, niesłusznie oskarżonego o brutalne zabójstwo, przyniesie bohaterowi szansę rehabilitacji w oczach otoczenia, a przede wszystkim – w swoich własnych.

Eddie to Eddie, najprawdziwszą frajdę stanowi wszak drugi plan. Bo przecież mamy też panią Rabbitową: Jessica to ucieleśnienie terminu „seksbomba”, wycyzelowany w detalach, biuściasty i długonogi, obdarzony burzą krwistoczerwonych włosów, mokry sen Walta Disneya. Obowiązkowa w takich okolicznościach przyrody femme fatale, chociaż ta akurat nie jest specjalnie wyrachowana i raczej ma dobre intencje. Jest też ekranowy partner Rogera, bobas poklepujący swe asystentki po tyłku (jak sam twierdzi: „ma chuć pięćdziesięciolatka i siusiak trzylatka”, co jest jego największym problemem). Nie mogło zabraknąć szwarchcarakteru, a jest nim najczarniejszy z czarnych, posługujący się wymownym nazwiskiem Sędzia Doom (kapitalny jak zawsze, Christopher Lloyd). Sędzia szczerze nienawidzi animków i szykuje im wszystkim prawdziwy holokaust. Wspomaga go ferajna oddanych łasic, którym wiecznie grozi… śmierć ze śmiechu. Dodajmy dla pełnej ścisłości, że twórcy mieli zagwarantowane prawa do wielu „autentycznych”, animkowych „gwiazd”, dzięki czemu w tle regularnie przewijają się takie postaci jak Kaczor Donald, Kaczor Duffy (tych dwóch daje zresztą popis w trakcie pojedynku „fortepianowego”), Myszka Mickey, Goofy, Królik Bugs, Tweety, świnka Porky, Woody Woodpecker, kot Sylwester, a nawet… słoń Dumbo oraz Pinokio.

Kto wrobił Królika Rogera to niekwestionowany klasyk, czego dowodem choćby fakt, że w 2016 roku film został wybrany, by dołączyć do szeregu innych wybitnych dokonań w National Film Registry przy Bibliotece Kongresu. Kto wie, czy to nie najambitniejsze dokonanie w całej karierze Zemeckisa, które zaowocowało zresztą masą naśladownictw. Pod względem samej techniki było to przedsięwzięcie rewolucyjne, a jego wykonanie broni się dzielnie do dziś. Nic dziwnego, że w latach 90. bardzo chętnie łączono film aktorski z animowanym, czego przykładami choćby Kosmiczny mecz (1996) z Michaelem Jordanem i ferajną z Looney Tunes czy Rocky i Łoś Superktoś (2000) z dziadziejącym w tzw. tempie geometrycznym De Niro. Innym sukcesorem spuścizny omawianego dzieła jest, dziś już zapomniany, Cool World (aka Wspaniały świat, 1992).

Dla reżyserującego go Ralpha Bakshiego ów projekt był powrotem na kinowe salony po dziewięciu latach telewizyjnej „zsyłki”. Bakshi zaczynał z łatką kontrkulturowego obrazoburcy i kontestatora, która przylgnęła doń za sprawą takich tytułów jak Kot Fritz (1972), Coonskin (1973) czy Heavy Traffic (1975), od czego gładko przeszedł do animacji spod znaku fantasy. Po wprawce, jaką było The Wizards (1977), porwał się na Tolkiena i… poległ z kretesem. Jego ekranizacja Władcy pierścieni (1978) poniosła klęskę w box office i na długo pogrzebała plany adaptowania słynnej trylogii na duży ekran. Wspaniały świat był dla pochodzącego z Palestyny twórcy kolejną próbą wejścia do mainstreamu. Zrealizowany pod auspicjami Paramount Pitures obraz, pierwotnie planowany był jako horror o rysowniku komiksów, który – niczym w Frankensteinie Mary Shelley – prześladowany jest przez swój twór. Po wielu przeróbkach, wymowa historii uległa zmiękczeniu i zniekształceniu.

Z oryginalnego konceptu ostał się w filmie artysta, który trafia do wykreowanego przez siebie (jak sam przynajmniej sądzi) świata i zakochuje w miejscowej piękności. Dziewczyna nakłania rysownika, aby pomógł jej w „przeprowadzce” do realnego wymiaru. Zakłócenie równowagi między nieprzystającymi do siebie podwórkami owocuje zgoła niespodziewanymi konsekwencjami. Anihilacji światów pragnie zapobiec policjant z rysunkowej krainy…  Przedsięwzięcie, które na wzór hitu kasowego Zemeckisa sprzed czterech lat łączyło animację z filmem aktorskim, wsparte zostało pokaźną kampanią reklamową (jednym z chwytów była zamiana jednej z liter w słynnym napisie Hollywood na wzgórzach na ogromnych rozmiarów figurę bohaterki obrazu, noszącej notabene znamienne nazwisko Holly Would). Do kluczowej roli seksbomby z „wspaniałego świata” zatrudniono Kim Basinger, gwiazdę 9 i pół tygodnia (1986) oraz Batmana (1989), samozwańczym demiurgiem został Irlandczyk Gabriel Byrne, a w równorzędną postać stróża prawa wcielił się Brad Pitt, wówczas „młody obiecujący”, którego rok wcześniej dostrzeżono w Thelmie i Louise.

Podobnie więc jak w Króliku, mamy pomieszanie dwóch rzeczywistości oraz noirowy kostium. Miasto animków to mroczna speluna pełna rozpusty i rozbojów, gdzie porządku pilnuje detektyw, przybysz „z tamtej strony”. Największym zagrożeniem dla stabilnej egzystencji wszechświata jest rozbuchane ego i niepohamowany apetyt zepsutej femme fatale. Z czasem rzecz skręca  jednak w stronę rozlazłej baśni, z wyeksponowanym wątkiem Kopciuszka. Największy mankament całości stanowi wybrakowany, chaotyczny scenariusz. Mnóstwo tu niezrozumiałych, z punktu widzenia narracyjnego, scen i pomysłów. Rysownika poznajemy na ten przykład w więzieniu, gdzie trafił za morderstwo. Każdy logicznie rozumujący widz oczekiwać będzie rozwinięcia tej kwestii, ale… wątek zostaje po prostu ucięty. Tego, w jaki sposób ludzie przenoszą się do równoległej społeczności narysowanych bohaterów, możemy się jedynie domyślać. Miejscami akcja jest tak bełkotliwa, że pozostaje jedynie wyłączyć myślenie i podziwiać sugestywną wizję upiornego metropolis wyjętego jakby z surrealistycznej wersji Łowcy androidów.

Ten rozdygotany, deliryczny sposób opowiadania sprawdzał się we wczesnych dokonaniach Bakshiego, gdy toczył on zapasy z kontrkulturą, wstrząsającymi amerykańskim społeczeństwem niepokojami i rewolucją obyczajową. Tutaj pasuje jak pięść do animkowego nosa, tym bardziej, że wciąż nierozstrzygnięte pozostaje pytanie, do kogo w zasadzie ów film ma być skierowany. Ze względu na wyraźnie zaakcentowane wątki seksualne, nie nadaje się zbytnio dla młodszego pokolenia, starsi widzowie uznają go zapewne za zbytnio infantylny. Co z pewnością trzeba oddać, to że warstwa plastyczno-wizualna prezentuje się imponująco, ale to akurat nie dziwi w kontekście wcześniejszych animacji reżysera. Połączenie prawdziwych aktorów ze zrodzonymi z tuszu postaciami wypada już z kolei mało przekonująco i w dobie – tu znów przytoczyć muszę Zemeckisa i spółkę – niezwykłych osiągnięć na tym polu wygląda po prostu archaicznie. Miejscami można wręcz odnieść wrażenie, że to niskobudżetowa produkcja skierowana na rynek video, a nie sygnowane przez wielkie studio widowisko na miarę ostatniej dekady XX wieku. Najlepszy w tym wszystkim pozostaje numer tytułowy w wykonaniu Davida Bowie, podkręcony lekko siermiężną elektroniką w tle, ale wpadający w ucho i… zwyczajnie przyjemny.

Kiedyś lubiłem sobie wyobrażać, że Wspaniały świat to taki Roger „na kwasie”, może i niedoskonały, ale chwytliwy za sprawą swego obskurantyzmu i podbudowania erotyką. Z perspektywy lat, łatwo jednak dojść do wniosku, że to po prostu sztandarowy przykład niechlujstwa charakterystycznego dla lat 90., kiedy to producenci zawierzali w pierwszej kolejności tematyce i nazwiskom w obsadzie, nie zwracając uwagi na to, że scenariusz nijak nie powinien zostać skierowany do realizacji bez gruntownych przeróbek. Podczas, gdy Zemeckis nakręcił dzieło ponadczasowe, bliskie perfekcji, takie, które cytować będą kolejne pokolenia, Bakshi wysmarzył naprędce zakalec, który te same pokolenia traktować będą mogły jako dziwaczną, wulgarną ciekawostkę. Pod warunkiem, że w ogóle będzie im dane doń dotrzeć.

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.