Na celowniku: George A. Romero

Share

A więc nastał wreszcie październik, który na Kinomisji, już tradycyjnie, jest miesiącem halloweenowym. Rozpoczynamy go od drugiego odcinka Na celowniku, tym razem poświęconego niedawno zmarłemu mistrzowi kina grozy George’owi A. Romero. W zabawie mającej na celu złożenie mu i jego dziełom hołdu wzięło udział jedenaście osób, w tym pięciu gości: Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Patryk Karwowski (Po napisach), Piotr Pluciński (Pop Glitch), Kamil Rogiński (Drugged By Movies) i Simply (The Blog That Screamed). Każdy wybrał po jednym filmie do opisania (prawie każdy zarazem do polecenia), a tym samym przerobiliśmy większość jego kinowej twórczości. Zapraszamy do lektury, zachęcamy do seansów!


1968 – Noc żywych trupówPiotr Pluciński

Gdy George Romero kręcił Noc żywych trupów, fabularny koncept zombi – istoty nieumarłej – istniał już od co najmniej stu pięćdziesięciu lat (by wymienić tylko Frankensteina Mary Shelley czy wybrane utwory H.P. Lovecrafta), a najczęściej, zwłaszcza w XX wieku, utożsamiano go z haitańskimi obrzędami voodoo i ideą przejmowania ciał. Romero miał na nieumarłych inny, bardziej przyziemny pomysł: co, jeśli wstawaliby z grobu masowo, w wyniku bliżej nieokreślonej pandemii? Co, jeśli byliby wśród nich twoi bliscy? Co, jeśli chcieliby cię pożreć? Lub zamienić w siebie – bezrozumne, pozbawione emocji, groteskowe monstra? Uaktualniając folklor, Romero dał filmowej grozie nowy punkt zaczepienia: oto źródłem niebezpieczeństwa nie musi być wymyślna kreatura, a ożywione ludzkie truchło, przypominające nam nas samych, ale nami dawno już niebędące. Wampir lub wilkołak mogą zabić, mogą „zarazić” swoją chorobą. Ale przynajmniej coś dają. Zombie tylko odbiera. Koncept ów tak mocno podziałał na masową wyobraźnię, że dziś, pół wieku później, pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych sił napędowych popkultury. Rzadko bywa modyfikowany – Noc to w zasadzie produkt skończony, gotowa gatunkowa matryca, oferująca zestaw nośnych, łatwych do zaadaptowania zagadnień (od polityki, po socjopsychologię). Sam Romero posłużył się nimi do opowiedzenia o nadciągającej wielkimi krokami Ameryce Nixona – obłudnej, brutalnej i skłóconej. I choć lubi powtarzać, że nie nakręcił filmu politycznego, kończący Noc pokaz surowych, paradokumentalnych slajdów, z niewinnym czarnoskórym bezmyślnie zabitym przez białych stróżów porządku (film kręcono latem 1967, w czasie największych w dziejach ówczesnej Ameryki zamieszek na tle rasowym), wyraźnie temu przeczy.


1972 – Hungry Wives a.k.a. Season of the WitchMarcin Zembrzuski

Co z perspektywy dnia dzisiejszego zaskakujące, po premierze swojego kultowego debiutu Romero bał się zaszufladkowania jako twórca kina grozy. Dlatego na swoje drugie dokonanie wybrał komediodramat o mocnym tle społeczno-obyczajowym, anarchicznej konstrukcji i dosyć nowofalowej formie. Skądinąd całkiem udane There’s Always Vanilla (1971) posiada jednak pewną mroczną sekwencję, w której autor nie tylko dowodził tego, jak dobre miał rzemiosło (wszakże mowa o niby niepasującej, a jednak bardzo zgrabnej zmianie tonacji), ale też jakby niechcący pokazywał, że tęsknił za horrorem. Stąd też może tak hybrydowy charakter jego kolejnego obrazu. Hungry Wives, tak jak Vanilla, w swoich najbardziej realistycznych fragmentach przywodzić może na myśl dokonania Johna Cassavetesa. Natomiast w tych co bardziej odjechanych Romana Polańskiego spod znaku Wstrętu (1965) czy Luisa Bunuela spod znaku Piękności dnia (1967). Tak, tak, mowa o filmie, którego jednym z głównych składników jest oniryzm, jednymi z tematów seks, jałowość codzienności i psychoanaliza, a główną bohaterką kobieta prawdziwie zagubiona. Joan, bo o niej mowa, to ok. 40-letnia kura domowa. Znudzona życiem, dręczona paranoidalnymi koszmarami, niepotrafiąca dogadać się z najbliższymi. Z czasem, kiedy niemal przypadkiem poznaje kobietę podającą się za wiedźmę, zaczyna interesować się magią. Nie, żeby Hungry Wives miało się wówczas zamienić w horror. Elementy gatunku używane są do metaforyzowania rzeczywistości i uczynienia fabuły niejednoznaczną. Dość powiedzieć, że po otwierającej film, trwającej bite siedem minut i wspaniale gęstej sekwencji koszmaru sennego otrzymujemy ponad pół godziny surowego dramatu obyczajowego, gdzie owszem, pojawiają się tematy voodoo czy telepatii, lecz tylko w luźnych rozmowach podczas kameralnej domowej imprezki. Dywagacje o wierze i potędze wyobraźni są jednak kluczowe dla odczytania drugiej, już trochę mocniejszej połowy filmu, kiedy to bohaterka, po pewnym punkcie zwrotnym, pęka i atakują ją brutalne koszmary o zamaskowanym napastniku. Wtedy bowiem magia jawi się jej jako jedyny sposób na odzyskanie kontroli nad coraz bardziej walącym się życiem. Tylko czy magia w ogóle istnieje? Cóż, dla Romero najważniejsze jest to, czy wierzy w nią Joan. A tym samym film to zarówno pewna zapowiedź jego Martina (1977), jak i swoisty pomost między… naszą rzeczywistością a kinem grozy. Przez nieregularne zmiany nastroju trochę niezgrabny, lecz cały czas intrygujący, zaś w swoich najlepszych fragmentach – a zwłaszcza przewrotnym finale – będący prawdziwym popisem Romerowskiej wyobraźni.


1973 – SzaleńcyOskar Dziki

Dzisiaj już zapomniany i będący w cieniu kolejnych produkcji o żywych trupach, drugi anty-militarystyczny film Romero jest dużo bardziej przyziemnym spojrzeniem na panikę wywołaną nieuzasadnionymi aktami przemocy, jakie nagle dziesiątkują społeczeństwo, aniżeli kroczące w naszą stronę wskrzeszone zwłoki. Reżyser gra na znanych nutach zatruwając prowincjonalne miasteczko gdzieś w Pensylwanii wirusem Trixie – wyhodowanym w wojskowych laboratoriach patogenem, który w głowie swego nosiciela odpala morderczy, niepowstrzymany szał. To właśnie podświadomy strach przed chaosem, utratą kontroli oraz śmiertelnym ciosem mogącym nadejść z każdej, nawet najbliższej nam, strony tak dobrze gra u Romero. Co potwierdza tylko, że do straszenia nie potrzeba wyświechtanych jump-scare’ów czy przesadnego gore. Wojsko, które ciężkim sprzętem, ogniem i badaniami prowadzonymi w szkole przemianowanej na prowizoryczne laboratorium stara się zapanować nad ogarniającą Evans City apokalipsą również staje się śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkich tych, którzy pozostali przy zmysłach. Autor nie raz udowodnił, że potrafi uchwycić na taśmie ponurą dystopię, w której groza jest na porządku dziennym, a w Szaleńcach pokazuje nam jej genezę – od pacjenta zero aż do zasugerowanej globalnej pandemii. W przedsionku piekła każdy mierzy się z załamaniem własnej infrastruktury moralnej – od trepa, który odbiera rozkaz rozstrzelania pozornie zainfekowanych cywilów, po faceta zmuszonego do samobójczej eskapady w celu ratowania swojej rodziny. Przerażająca jest również prozaiczność mordu, jaką zaszczepia w umyśle Trixie, czego potwierdzeniem jest scena z babcią, która przerywa szydełkowanie, aby spenetrować drutami ciało jednego z żołnierzy, po czym wraca do swojego ukochanego zajęcia. Szaleńcy powstali jeszcze przed pierwszym sukcesem finansowym, jakim był dla Romero Świt Żywych Trupów (1978), a kosztowali go 275 tyś. dolarów. Budżetu zabrakło na pewno na zdjęcia, których autorem był debiutujący wówczas za kamerą S. William Hinzman, znany z roli…. zombie uganiającego się po cmentarzu za Judith O’Dea w Nocy Żywych Trupów! Prowincjonalna młodzież staje naprzeciw wymierzonych w nią rządowych luf niczym studenci na uniwersytecie w Kent 4 maja 1970 roku, a pastor w akcie sprzeciwu na zgromadzenie się ludzi w świątyni dokonuje aktu samospalenia – te obrazy utwierdzają widza w przekonaniu, że to, co na świecie najgorsze, jest niewątpliwie dziełem człowieka.


1977 – MartinMichela Ferraro

Martin jest młodym, nieśmiałym chłopaczkiem bojącym się zagadywać do dziewczyn. Chwilowo zadowala się skromnym pokoikiem w domu ciotecznego dziadka (czy innej piątej wody po kisielu) i pracą jako dostawca w sklepie prowadzonym przez tegoż krewnego. Martin jest też wampirem… ale nie takim zwykłym, barbarzyńskim, a na tyle miłym, że posokę wysysa tylko po podaniu ofierze narkozy. Nieśmiertelny krwiopijca – właściwie niedaleki kuzyn współcześnie rozumianego zombie – w wydaniu Romerowskim jest równie innowacyjny, co żywe trupy, z których zasłynął amerykański twórca. Niestraszne mu bowiem promienie słoneczne, czosnek, wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa czy brak zaproszenia w czyjeś skromne progi – w sumie niewiele się różni od przeciętnego człowieka, którym zresztą może nawet jest. Już jedna z początkowych scen filmu, przejmująco realistycznie przedstawiająca napaść antybohatera na kobietę w nocnym pociągu, wymownie charakteryzuje go jako osobnika pozornie szarego, trochę nieudacznego, o niepodważalnie mrocznym wnętrzu, lub innymi słowy: jako „upiora”, którego można spotkać w realnym życiu. Klasyczną symbolikę wampiryczną, dziś znaną nie tyle dzięki powieści Drakula Brama Stokera, co jej licznym pochodnym (literackim, jak również filmowym), Romero zachował, ale pozbawił poetyki, upodlił tak, by – poprzez zestawienie erotyki z surową makabrą – spijanie czerwonych strug płynących z otwartej rany na kobiecym przedramieniu wzbudzało nie tylko dyskomfort, lecz także potężny wstręt. Nie każda sekwencja jest tutaj utrzymana w przyziemnym tonie (vide absurdalna i zdecydowanie komiczna gonitwa, jaka odbywa się w posiadłości jednego z „posiłków” protagonisty), w żadnym stopniu nie umniejsza to jednak autentyczności obrazu. Motywem przewodnim wciąż są wypowiedziane nie bez nuty rozpaczy słowa Martina vel „Nosferatu”: „Prawdziwej magii nie ma”.


1978 – Świt żywych trupówKuba Haczek

Ta kontynuacja Nocy Żywych Trupów to idealnie wyważona między grozą a groteską gorzka refleksja nad ludzką kondycją. Obraz, który ostatecznie osadził Romero na tronie króla zombie-horroru, z którego nie zszedł do końca swojego życia. Jeden z najbardziej wpływowych horrorów XX wieku – gdyby nie on, nie powstałaby choćby słynna trylogia zombie Lucia Fulciego z przełomu lat 70/80, a i cały boom na ten typ kina grozy wyglądałby zupełnie inaczej. Fabularny pomysł jest prosty i zwięzły. Po nocy żywych trupów nadszedł ich poranek – zmarli ożywający po śmierci opanowują coraz większe przestrzenie, do walki z nimi stają wszyscy, od prostych rednecków po jednostki specjalne SWAT. Bohaterami obrazu jest para pracowników telewizji Stephen i Francine oraz dwaj funkcjonariusze wspomnianej sekcji – Roger oraz Peter. Po porwaniu należącego do telewizji helikoptera docierają do centrum handlowego, gdzie mają zamiar przetrwać apokalipsę. Napisany we współpracy z Dario Argento (który wraz z zespołem Goblin jest także twórcą ścieżki dźwiękowej), Świt Żywych Trupów okazał się wielkim sukcesem kasowym i artystycznym, zarówno w Ameryce, jak i na międzynarodowym rynku. Chwalono bezkompromisowość twórczą, krytyczne tony wobec konsumenckiego społeczeństwa oraz świetnie wplecione akcenty komediowe, tak rzadkie w horrorze. Romero osiągnął to wszystko dzięki starannej reżyserii oraz doskonale budowanemu, wręcz apokaliptycznemu klimatowi osaczenia, zbudowanym m.in. dzięki snującej się ospale muzyce włoskich mistrzów. I choć do charakteryzacji zombie można się przyczepić (niezbyt wysoki budżet nie pozwolił Saviniemu na pełen zakres usług), zaś burząca atmosferę całości scena najazdu motocyklistów na centrum handlowe wydaje się umieszczona tutaj nieco na siłę, obraz nie zestarzał się ani trochę, nadal pozostając wciągającym widowiskiem.


1981 – Rycerze na motorachPatryk Karwowski

Najbardziej zaskakujący tytuł wśród tych wyreżyserowanych przez Romero. Na pierwszy rzut oka bardzo osobliwy, niesłusznie uważany za kuriozalny. Tematycznie seans uderza w alegoryczny dramat o cyrkowej trupie objeżdżającej Stany Zjednoczone, która to daje rycerski show w małych mieścinkach. Wypadło to znakomicie, bo obyczajowość jawi się tu w nostalgicznej barwie, tęsknocie twórców (przyjaciół) za wolnością i założeniami kontrkultury. Ale Knightriders jest przede wszystkim szczególnym spotkaniem. To moment, gdy na planie przybili sobie piątkę Romero, specjalista od efektów specjalnych Tom Savini (tutaj jako jeden z głównych bohaterów), Ed Harris (w swojej pierwszej dużej roli), spory trzon ekipy aktorskiej ze Świtu żywych trupów oraz osoby związane w jakiś sposób z debiutem Romero (na przykład kaskaderzy). Nawet miejsce dla Stephena Kinga z żoną się znalazło (jako widzowie rycerskiego show, a pisarz w dodatkowej, irytującej odsłonie „kibica”). Sam film jest zdecydowanie czymś więcej niż tylko rzetelną rozrywką opływającą w sceny spod znaku „fuck yeaah” (kaskaderskie popisy na motorach rządzą!). To również, a może i głównie, gorzkie przesłanie filmu (wciąż prawdziwe i aktualne) o tym, jak niezwykle trudno oddać się ideałom, iść pod prąd, wieść życie odrzucając codzienną pogoń za karierą i pieniędzmi. Ostatecznie zawsze przychodzi pokusa od strony spraw najbardziej przyziemnych. Romero oddał hołd etosowi przyjaźni, napomknął, że pewne czasy już nigdy nie wrócą i nawet jeżeli jesteś w sercu hipisem, to w końcu wydoroślałeś (co nie przeszkadza żyć w zgodzie ze swoimi marzeniami). Knightriders jest wyjątkowy, oryginalny i bardzo czuły. Skierowany głównie do marzycieli, którzy chętnie oddadzą się melancholii. Być może nie jest to seans dla wszystkich. To taka zamknięta impreza, na którą trudno się dostać, a jak już wejdziesz na salę, to ciężko będzie ci się odnaleźć. Jest to jednocześnie wyjątkowo długa impreza, bo trwa ponad dwie i pół godziny. Ale ja to rozumiem, bo spotkanie z przyjaciółmi ciężko szybko skończyć. A finał? Bardo wzruszający, jak długie pożegnanie, przy którym ciężko odwrócić wzrok jako pierwszemu. Niezwykły film.


1982 – Koszmarne opowieściMarta Płaza

Mało jest równie udanych filmowych, a zwłaszcza horrorowych, antologii. Ba! Mało jest filmowych antologii, które na jednym planie zgromadziły tak znakomitą ekipę aktorów i twórców. A to wszystko dzięki dwom wielkim miłośnikom horroru, którzy wychowani na groszowych pulpowych magazynach i tandetnych komiksach grozy, postanowili złożyć hołd tej wyjątkowej estetyce. Tak w dużym skrócie można podsumować genezę powstania Koszmarnych opowieści, filmowej zabawy George’a Romero, który do współpracy zaprosił Stephena Kinga, debiutującego tu w roli scenarzysty, a przy okazji będącego też aktorem. Oprócz niego w poszczególnych historiach  znajdziemy również takie gwiazdy, jak Hala Hoolbroka czy Leslie Nielsena (już wtedy uznanego aktora komediowego), który na przekór swojemu emploi tym razem zagrał czarny charakter. Co ciekawe, Koszmarne opowieści powstały przez zupełny przypadek. W 1979 roku, panowie spotkali się w posiadłości Kinga, aby przedyskutować ekranizację Bastionu – historii, którą sam autor nazywał swoim opus magnum. Biorąc pod uwagę skalę powieści, szybko doszli do wniosku, że aby zdobyć budżet na tak dużą produkcję, muszą nakręcić najpierw film mniejszy i skromniejszy, który mógłby zarobić dla nich pieniądze potrzebne do pracy nad Bastionem. Tym filmem okazały się właśnie Koszmarne opowieści – zbiór pięciu horrorowych nowelek, które beztrosko łączyły klimat grozy z czasami wyjątkowo czarnym humorem. Dwie z nich oparte były na istniejących już wcześniej opowiadaniach Kinga, pozostałe trzy zostały przezeń napisane specjalnie na potrzeby filmu. Mimo że pod względem technicznym Opowieści już nieco się zestarzały, to jednak wciąż ujmują bezpretensjonalnym klimatem i lekkością, z jaką podchodzą do horrorowej materii. Czasami straszą, częściej jednak bawią, a przede wszystkim zaskakują tym, jakie trupy mogą wypaść z szafy na amerykańskiej prowincji.


1985 – Dzień żywych trupówSimply

„To będzie Przeminęło z Wiatrem kina zombie” – tak jeszcze na etapie pisania scenariusza obwieścił Romero narodziny trzeciej odsłony trupiej trylogii. Dla ambitnego projektu reżyser wyliczył budżet wysokości 7 milionów. Zażądał też, by obraz wszedł na ekrany w wersji unrated, bez najdrobniejszych ingerencji cenzury. Niestety, przewalczenie tego drugiego uwarunkowane zostało daleko idącymi kompromisami względem pierwszego. Producent nie chcąc przeinwestować produkcji z mocno uszczuplającą zyski kategorią R, ustalił koszt na 3,5 miliona i ani centa więcej. Tak też Romero zmuszony został do skrócenia 200-stronicowego skryptu o ponad połowę (a film zarobił 34 miliony). Niektóre pomysły z oryginalnej wersji scenariusza zostały później wykorzystane w Ziemi Żywych Trupów (2005), jak np. inteligentny zombie-przywódca umarlaków, którym pierwotnie miał ponoć być… czarnoskóry bohater Nocy żywych trupów. Mimo wspomnianych ograniczeń, powstało dzieło uderzająco spójne i dramatyczne, trzymające widza za gardło od pierwszej do ostatniej sceny. Akcja rozgrywa się w katakumbach podziemnej bazy wojskowej (na powierzchnię to już w ogóle nie ma po co wychodzić), gdzie na schwytanych okazach zombie prowadzone są badania naukowe. Program nadzoruje wojsko. Romero integralnie połączył tu atmosferę tajnych laboratoriów z ich makabrycznymi eksperymentami niczym w horrorze sf z lat 50-tych, ze swoim indywidualnym modus operandi: hybrydyzacją kina grozy i narracyjnej struktury kina wojennego, silnie zaznaczoną już w Świcie. Zaś absolutnym novum Dnia Żywych Trupów okaże się zombie „z ludzką twarzą” – pełen sękatego uroku delikwent imieniem Bub (Sherman Howard). Łagodnie traktowany przez pracującego nad nim profesora zacznie ujawniać zaczątki inteligencji (rozkoszuje się Dziewiątą Symfonią Beethovena i czyta Miasteczko Salem Kinga), jak i wyraźny zanik agresji. Bub-hodowlaczek to ważna część reżyserskiej tezy, wcześniej tylko sugerowanej, teraz wyłożonej z niepodważalną pewnością: ludzkie zło jest immanentne, a nasza nienawiść i resentymenty bywają daleko silniejsze niż wola przetrwania. Zombie wcale nie stanowią najpoważniejszego z zagrożeń. Zaogniony na początku konflikt między naukowcami a żołnierzami, dowodzonymi przez pozującego na Rambo faszystowskiego watażkę (Joseph Pilato), narasta z każdą chwilą, by skończyć się totalną masakrą. Romero tak konsekwentnie przeprowadził swój wywód, że ostateczny szturm truposzy na bazę  odbieramy niczym odsiecz kawalerii w klasycznym westernie, a w finałowym pojedynku człowieka z zombie całym sercem sekundujemy temu drugiemu. Ale prawdziwym bohaterem obrazu jest Tom Savini, który robiąc w lateksie, silikonie, wosku i świńskich flakach i krwi (część się zepsuła, ale i tak jej użyto), wykreował prawdziwy poemat gore. To jedne z najlepszych tego typu efektów w historii X Muzy.


1993 – Mroczna połowaMariusz Czernic

Do miłośników twórczości Romero zalicza się Stephen King. Noc żywych trupów z pewnością przyczyniła się do fascynacji pisarza gatunkiem horroru. Kiedy w 1979 obaj się spotkali pod pretekstem zekranizowania Bastionu, pisarz był podekscytowany i szybko odnalazł wspólny język z reżyserem. Niestety, Romero nie nakręcił Bastionu, ale dwukrotnie pracował z Kingiem. Najpierw przy nowelowych Koszmarnych opowieściach, potem przy Mrocznej połowie, ekranizacji książki, którą mistrz horroru pisał będąc już silnie uzależnionym. To w dużej mierze autobiograficzna powieść. King bowiem miał swoje alter ego – pseudonim, pod którym przez jakiś czas się ukrywał. Gdy wyszło na jaw, że jest on Richardem Bachmanem, ten drugi musiał umrzeć. Opisana w Mrocznej połowie historia nie jest szczególnie oryginalna, wygląda jak uwspółcześniona wersja Dr Jekylla i Mr Hyde’a. To wariacja na temat rozdwojenia jaźni. W wersji filmowej stanowi dogłębne studium człowieka walczącego z samym sobą. Romero przeniósł powieść na ekran zachowując wierność oryginałowi. Nie skupił się na efektach specjalnych ani sztuczkach typu gore, prowadząc fabułę bez pośpiechu, wnikliwie. Jedynie w sekwencji finałowej pozwolił sobie na uwolnienie całego szaleństwa, jakie było podskórnie wyczuwalne niemal od początku. Celnym strzałem okazało się obsadzenie w głównej roli Timothy’ego Huttona, który mimo iż zdobył Oscara za swój kinowy debiut (Zwykli ludzie, 1980) stanowił dla reżyserów pewien problem – filmowcy nie bardzo wiedzieli jak wykorzystać jego talent. Co ciekawe, Mroczna połowa była gotowa do dystrybucji już w 1991, ale wytwórnia Orion Pictures, zajęta promowaniem Milczenia owiec, zignorowała film Romero, po czym zbankrutowała. Utwór trafił do kin dwa lata później, ale nie zostało to nagłośnione – w takiej sytuacji klęska finansowa nie jest zaskoczeniem. Najistotniejsze jest jednak to, że pod względem artystycznym film trzyma wysoki poziom i nie należy go ignorować.


2000 – Diabelska maskaKamil Rogiński

Główny bohater Diabelskiej Maski Henry Creedlow (Jason Flemyng), niegdyś dobrze prosperujący biznesmen, każdego dnia musi spierać się z szeregiem tych samych udręk i poniżeń. Z trudem opędza się od wizji, w których zabija każdego, kto nadepnie mu na odcisk. Bądź samego siebie. Wszystko ulega zmianie, gdy pewnego ranka budzi się z bezosobową, białą maską przytwierdzoną do twarzy. Pozbawiony dotychczasowego życia, Henry zaczyna pisać nowe. A dokonuje tego poprzez mordowanie po kolei wszystkich, którzy zmienili jego egzystencję w piekło. Romero, po Mrocznej Połowie, dokonuje dalszej eksploracji w tematyce tożsamości. W Diabelskiej Masce zadaje widzowi pytanie: Czy warto dążyć do odsłonięcia swojego “ja”, nawet gdy będzie się to wiązało z popełnieniem karygodnych czynów? Po czym odpowiada nam: Tak! Reżyser zawiesza swoją opowieść pomiędzy powagą a absurdem. Zaczyna od człowieka zmęczonego wyścigiem szczurów, a kończy na zamaskowanym mścicielu w pelerynie, który na kiczowato-upiornej potańcówce zabija swoją ofiarę przy pomocy lasera. Miłośników horroru ucieszy obecność weterana Toma Atkinsa oraz koncert zespołu Misfits, ubarwiający ostatnie minuty filmu. Upiorna Maska nie jest majstersztykiem na żadnym polu. Nie zobaczycie w nim wyszukanych zdjęć, ani efektów specjalnych. Dostaniecie natomiast solidne półtorej godziny, które pokazuje, że na początku tego wieku Romero nadal coś znaczył. Podczas gdy wielu reżyserów starej szkoły w tym okresie kompletnie straciło impet, mistrz pokazał, że nadal ma pazur.


2005 – Ziemia żywych trupówPiotr Kuszyński

Musiało minąć niemalże dwadzieścia lat, by George Romero wrócił do marki, która zrobiła z niego ikonę kina grozy. W Ziemii żywych trupów mistrz kroczy tą samą, wytyczoną przed wielu laty, ścieżką. Nadal jest to bezkompromisowe w wizualnym aspekcie kino, które jednak, pod stosem zbudowanym z ochłapów zgniłego mięsa i wyszarpanych z ciała wnętrzności, skrywa przede wszystkim komentarz społeczny. Reżyser nie ustrzegł się w tej kwestii banału, serwując nam dość mocno zużytą kliszę, w której to bogacze są pasożytami żyjącymi w utopii zbudowanej dzięki potowi i krwi biednego społeczeństwa. Dużo ciekawiej od żyjących bohaterów i ich intryg prezentują się za to truposze. Romero rozwija tu elementy, które pojawiły się pierwotnie w Dniu żywych trupów, a głównie próbę ucywilizowania zombie, które zaczynają przypominać sobie skrawki dawnego życia. Początkowo wygląda to jak pamięć mięśniowa: zmarli bezsensownie wykonują czynności znane im za dawnych czasów. I tak, jeśli ktoś należał do orkiestry dętej, to będzie dalej godzinami dmuchał w ustnik, a pracownik stacji benzynowej będzie ochoczo wychodził ze swojej kanciapy, by zatankować auto, nawet jeśli nikt akurat nie podjechał. Później jednak okazuje się, że truposze potrafią odczuwać empatię w stosunku do swoich pobratymców i są w stanie ze sobą współpracować, tworząc tym samym zalążki społeczeństwa. To właśnie „zdechlaki”, a nie ocalali ludzie, są ludem wybranym, zdolnym obalić niesprawiedliwość społeczną, której reprezentantem jest zakłamany Kaufmann,  grany tutaj przez Dennisa Hoppera. Niestety, pomimo pewnej świeżości w tematyce,  bardzo wątpię, by Ziemia była w stanie kiedykolwiek osiągnąć status choć w połowie tak kultowy, jak jej starsze rodzeństwo. Odnoszę wrażenie, że na tym etapie kariery Romero iskra, która się w nim tliła, już dawno została zgaszona i to, co widzimy na ekranie, jest  najwyżej poprawne. Ziemia żywych trupów nie jest w stanie wzbudzić większych emocji i kończy jako filmidło, które ogląda się przy okazji, z nadmiaru wolnego czasu. Sprawia wrażenie zrobionego przez zwykłego rzemieślnika, a nie wizjonera, którym kiedyś był George Romero. Nie jestem jednak totalnie bez sympatii dla tej produkcji.  Ostatecznie robi mi się ciepło na sercu widząc film z XXI wieku, który jest tak staroszkolny i przy tym wolny od komputerowych efektów specjalnych.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.