Mięso (2016). Fusion Horror

Share

1.Odwołania kulinarne to chyba największa zaraza współczesnej krytyki filmowej, ale Mięso samo się o nie prosi. To w końcu wykorzystująca jedzenie jako metaforę koprodukcja francusko-belgijsko-włoska, która z kina grozy każdego z wymienionych krajów bierze to, co najlepsze – mamy więc do czynienia z francuską ekstremą podlaną belgijską perwersją (nie bez powodu jedną z kluczowych ról odgrywa tu Laurent Lucas, ale o tym za chwilę) i doprawioną włoskim podejściem do filmowego gatunku (traktowanego jako tworzywo, które pozwala na nieograniczone eksperymenty). Jakby tego było mało, reżyserka Julia Ducournau posiekała Davida Cronenberga i wrzuciła do gara kawałki jego mózgu. Mięso reprezentuje więc kuchnię fusion w pełnym tego słowa znaczeniu.

Ducournau opowiada historię nastoletniej wegetarianki o imieniu Justine, która trafia na wydział weterynarii, gdzie studiuje już jej starsza siostra i gdzie wcześniej uczyli się (i poznali) jej rodzice. Dziewczyna jest nieco zahukaną kujonką, więc już rytuały inicjacyjne sprawiają jej niemały problem. W sumie trudno się jej dziwić, przygotowana przez starszyznę seria wyzwań wygląda bowiem jak połączenie dziwacznej imprezy z torturami podpatrzonymi w raportach z Guantanamo – pokoje adeptów zostają rozniesione w drobny mak, ich rzeczy wywalone przez okno, a sami studenci postawieni po ścianą i oblani litrami krwi. Dla Justine najgorsze jest jednak ostatnie zadanie, czyli zjedzenie surowej króliczej wątróbki. Po skosztowaniu mięsa dziewczyna nabiera ochoty na jeszcze większą ilość surowizny – w dodatku niekoniecznie zwierzęcej.

2. Nie trzeba mieć doktoratu z metaforyki, żeby odkryć, że apetyt na ludzkie mięso to w tym wypadku przenośnia rodzącej się seksualności, a film jest opowieścią o dojrzewaniu podlotka, który nie czuje się na ten proces do końca gotowy. Było? Ależ było, i to wielokrotnie. Przebieranie opowieści inicjacyjnej w horrorowy płaszczyk to ostatnio jedna z ulubionych strategii twórców starających się odświeżyć nieco gatunek kina grozy. Rok temu Nicolas Winding Refn zabierał nas w Neonowym demonie na wycieczkę po pulpowych tropach, na przewodniczkę wybierając dojrzewającą piękność, a dwa lata temu David Robert Mitchell wykorzystywał horror stylizowany na lata osiemdziesiąte, by opowiedzieć o melancholii dorastania (i stworzył przy okazji jeden z najwybitniejszych filmów dekady). Można by więc zarzucić Ducournau, że buduje metaforę oczywistą i wtórną. Tylko że ona doskonale o tym wie.

Weźmy jedną z najlepszych scen filmu – kilkuminutowy mastershot przedstawiający dziką imprezę, do udziału w której zmuszona zostaje Justine. Kamera Rubena Impensa z lubością pokazuje kolejne pokoje, w których przyszli weterynarze strzelają wódką z pistoletów na wodę, biorą jakieś specyfiki, rozpylają dym, tańczą nago i skaczą ze schodów prosto w szalejący tłum, by całe ujęcie zakończyć na powieszonym na kablu pluszaku. Śmierć dzieciństwa? No jasne! Albo sekwencję, w której piękny, dziki koń cwałuje po bieżni spętany weterynaryjną aparaturą. Seksualność ograniczona przez kulturę i technologię? Oczywiście, że tak!

Ducournau może i nie stara się powiedzieć o dojrzewaniu niczego nowego, ale mówi w sposób tak oryginalny i ciekawy, że grzechem byłoby jej nie słuchać. A ponadto w rękawach skrywa kilka asów. Choć pełnokrwisty horror zaczyna się w Mięsie dopiero po jakimś czasie, atmosfera dziwności jest odczuwalna jeszcze zanim na ekranie zobaczymy pierwszą krew. Wydział weterynarii uniwersytetu medycznego, wypełniony zwierzętami zaprzęgniętymi w służbę nauki i edukacji, wygląda jak połączenie rzeźni z jakąś eksperymentalną galerią, a zabiegi przeprowadzane przez adeptów mają w sobie coś z pradawnych rytuałów. Ducournau ma ponadto nieziemski słuch, a kompozycje Jima Williamsa – które w ciągu ułamka sekundy potrafią zmienić się z sielankowych w upiorne– wzbogaca o zestaw perfekcyjnie wyselekcjonowanych utworów. Dość powiedzieć, że wspomniana wyżej scena imprezy okraszona jest tu kawałkiem Despair, Hangover & Ecstasy francusko-fińskiego zespołu The Dø, utworem jednocześnie skocznym i melancholijnym, który mógłby być prawdziwym hymnem zagubienia młodości.

Do pomocy, obok Impensa i Williamsa, reżyserka ma też wcielającą się w rolę Justine Garance Marillier, genialną nastolatkę o przerażająco plastycznej fizjonomii, która, w zależności od miny, makijażu i oświetlenia, może być zarówno twarzą aniołka, jak i kanibala na głodzie – i ma przy tym w sobie coś groźnego, gdy należy do aniołka, a coś niewinnego, gdy jest twarzą kanibalki. Partneruje jej wyzywająca Ella Rumpf jako siostra i wspomniany Laurent Lucas odgrywający ojca obu dziewczyn. Ten ostatni jest poniekąd łącznikiem między Mięsem a kinem Fabrize’a Du Welza, którym Ducournau wyraźnie się inspiruje.

3. Gdyby chcieć wymienić wszystkie cechy filmów belgijskiego reżysera, które odróżniają je od standardowych horrorów, nie starczyłoby miejsca w Internecie, ograniczmy się więc do tej najważniejszej – wszystkie opowiadają o miłości. W dwóch z nich ważną rolę odgrywa natomiast właśnie Laurent Lucas. W Kalwarii najpierw wykorzystuje swoją atrakcyjność, by zarabiać na życie, śpiewając rzewne pieśni w domach starców pełnych ponurych wdów, a później zostaje zmuszony do odgrywania byłej żony oszalałego z samotności właściciela obskurnego hotelu. W Alleluia uwodzi kobiety, by czyścić ich konta bankowe, a potem ulega urokowi samotnej matki, która jest od niego silniejsza i zdecydowanie bardziej szalona. W obu przypadkach jest jednocześnie oszustem, który bawi się cudzymi namiętnościami, i ofiarą, która najchętniej uciekłaby z podkulonym ogonem, gdy te uczucia obracają się przeciwko niej.

Jego obecność w Mięsie nie jest pustym cytatem – postać ojca Justine mimochodem i z zaskoczenia (bo Ducournau jeńców nie bierze) wprowadza nowy wątek, zbudowany zresztą jeszcze ciekawiej od wątku inicjacyjnego. Mięso traktuje bowiem nie tylko o dorastaniu, ale też o podążającej za dojrzewaniem potrzebie bycia razem – potrzebie pierwotnej, drapieżnej i żarłocznej; niemożliwej do zagłuszenia, wymagającej masy poświęceń, pozbawionej hamulców, wreszcie… zwierzęcej.

4. Dla takich horrorów jak Mięso krytycy ciągle szukają odpowiedniego określenia – powstaje ich wszak coraz więcej, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych; łączy je odważne podejście do gatunkowych zasad, miksowanie odległych inspiracji i chęć podejmowania niełatwych tematów. Amerykanie mają The VVitch, Coś za mną chodzi, Zło we mnie i Uciekaj!, Francuzi swoją ekstremę, Belgowie wspomnianego Du Welza, Brytyjczycy między innymi Bena Wheatleya i Petera Stricklanda, Szwedzi Pozwól mi wejść itd. A jeśli myślicie, że Polska jest smutną pustynią na tym oceanie nowoczesnej grozy, najwyraźniej nie widzieliście Córek Dancingu, Demona i wyświetlanej na ostatnim festiwalu w Gdyni Wieży. Jasny dzień. Steve Rose z Guardiana proponuje, żeby nazywać te filmy post-horrorami, ale tego typu etykietka sugerowałaby, po pierwsze, że stoją one w opozycji do starszych horrorów, co jest kompletną bzdurą, i, po drugie, że ambitne horrory wcześniej nie powstawały, co jest bzdurą jeszcze większą. Czasami tu i ówdzie pojawia się określenie slow horror, pożyczone od slow cinema, czyli ambitnych festiwalowych snujów stawiających bardziej na atmosferę i portretowanie stanu ducha bohaterów niż przedstawianie konkretnych wydarzeń. Problem w tym, że opisać takie Mięso przymiotnikiem „slow” to trochę tak, jakby muzykę Roba Zombiego określić mianem „ambientowej” albo stwierdzić, że chili con carne z habanero „delikatnie muska podniebienie”.

Nieśmiało proponuję więc, żeby zrobić wreszcie jakiś użytek z tych okropnych porównań kulinarnych i zacząć nazywać narastającą falę nowej, ambitnej grozy fusion horrorem. Jeśli bowiem w kuchni fusion chodzi o takie łączenie tradycyjnych przepisów z różnych zakątków świata, by powstawały nowe, zupełnie odmienne potrawy, to celem omawianego nurtu jest dokładnie to samo – tylko że na gruncie kina grozy. Jego twórcy traktują tradycję gatunku jak szwedzki stół, łączą, mieszają, dodają niespodziewane składniki, za nic mają żelazne zasady i ograniczenia. I coraz częściej powstają dzięki temu horrory, które – tak jak Mięso – są po prostu obrzydliwie smaczne.

fan poster
Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.