Messiah of Evil (1973). Co się wydarzyło w Point Dune

Kiedy George A. Romero kręcił swój debiutancki obraz, słynną Noc żywych trupów, z pewnością nie podejrzewał nawet, że jego przedsięwzięcie otworzy wrota do kariery rzeszy niezależnych filmowców, dysponujących z reguły nikłym budżetem i na własną rękę poszukujących dystrybutorów, ale za to pełnych pasji i nieskażonych branżowymi nawykami. Ale rok 1968 to także początek prawdziwego boomu na filmy o zombie. Pięć lat później, do tematyki nawiąże inny nieznany do tej pory, początkujący twórca. Willard Huyck, bo o nim mowa, wespół ze swoją żoną, Glorią Katz, stworzyli niepokojący horror Messiah of Evil, w którym małe, senne miasteczko pada ofiarą plagi, zamieniającej mieszkańców w żądne mięsa ghoule.

Areną wydarzeń jest położona gdzieś w Kalifornii mieścina o nazwie Point Dune. Arletta (Marianna Hill) przybywa tu z zamiarem odnalezienia swego ojca, malarza. W jego domu, dziewczyna znajduje jedynie pamiętnik, w którym ojciec pisze o wrogiej mocy, powoli przemieniającej miasto. Idąc tropem zawartych w dzienniku wskazówek, kobieta przybywa do motelu, w którym poznaje europejskiego arystokratę Thoma (Michael Greer) oraz jego dwie towarzyszki. Arletta dołącza do tria hedonistów, jednocześnie wciąż kontynuując poszukiwania. Tymczasem, atmosfera szaleństwa w Point Dune narasta, kolejni tubylcy tracą rozum, dołączając do tajemniczego kultu. Żywią się surowym mięsem, noce spędzają na plaży przy ogniu, oczekując przyjścia „mesjasza zła”…

Huyck i Katz najbardziej znani są jako współautorzy scenariuszy do takich tytułów, jak Amerykańskie grafiti (1973) oraz Indiana Jones i świątynia zagłady (1984) oraz tandem odpowiedzialny za realizację niesławnego Kaczora Howarda (1986). Ich wczesne przedsięwzięcie, omawiany przeze mnie Messiah, to obraz obecnie w dużej mierze zapomniany, choć posiadający grono oddanych wyznawców. Wypada przy tym zaznaczyć, że nie mamy tutaj do czynienia z bezrefleksyjnym kopiowaniem Romerowskich patentów, rzecz skupia się bowiem głównie na tytułowej, mrocznej postaci, a hordy żywych trupów to jedynie jedna z okoliczności towarzyszących jego ponownemu nadejściu. Inna sprawa, że ani razu nawet nie wspomina się tutaj o zombie. Ba! Mesjasz zła to w ogóle bardzo zagadkowy film, z tych, co to pozostawiają wiele pytań i dręczących wątpliwości.

Niektórzy spośród historyków X muzy dopatrywać się chcieli w dziele Huycka ukrytej krytyki konsumpcjonizmu (podobnie jak to było w przypadku późniejszego o pięć lat Świtu żywych trupów), podstawowa prawda jednak jest taka, że w pierwszej kolejności mamy do czynienia z nastrojowym, inteligentnie pogrywającym z oczekiwaniami widza, kinem grozy. Przesiąkniętym oniryczną aurą, pełnym surrealistycznych tropów, miejscami nieco leniwym pod względem narracji, ale i tak zdolnym budzić dreszcze. Szczególnie zapadają w pamięć dwie sekwencje: jedna rozgrywająca się w supermarkecie, druga – na sali kinowej. Kapitalne w kwestii budowania napięcia, efektownie zrealizowane. Najważniejszą przyprawą zdaje się być z kolei wątek okultystyczny, w którym pojawiają się przesłanki o nadciągającej zagładzie ludzkości, zmianie dotychczasowego porządku. Twórcy wplatają szereg retrospekcji, sięgających XIX wieku, ale nawet one nie klarują ogólnego obrazu wydarzeń, zgodnie z zasadą, że najbardziej przeraża to, co nieznane.

Nie będę twierdził, że Messiah of Evil się nie zestarzał, że nie trąca miejscami myszką. Szczególnie fragmenty, gdy akcji towarzyszy narracja z offu w wykonaniu głównej bohaterki wydają się być reliktem zupełnie innej ery, choć przecież również ten zabieg wprowadza wiele do niezwykłego klimatu opowieści. Miejscami można wręcz odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z przeniesionym na celuloidową taśmę koszmarnym snem, gdzie nierzadko zawieszone zostają prawa logiki, ale strach i przeczucie irracjonalnej, nieczystej siły są tym bardziej namacalne. Lovecraftowski w duchu, intuicyjny i wciągający jak smoła psychodeliczny klasyk, który w zupełności zasługuje na odrestaurowanie i przybliżenie większym masom.

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.