Martwe zło. Ash kontra kino

Share

Świat popkultury potrzebuje bohaterów, którzy pociągną za sobą zmieniające się pokolenia, a z filmowego uniwersum uczynią żyłę złota. W ostatnim czasie, za sprawą telewizji, do gry w wielkim stylu powrócił utaplany we krwi heros wszystkich maniaków wychowanych na kinie lat 80. – Ash Williams.

Martwe zło (1981) było jednym z pierwszych filmów zainspirowanych slasherami, które łącząc skrajną brutalność z humorem czy wręcz autoironią odchodziły od bezkompromisowych dokonań poprzedników na rzecz postmodernistycznej wizji grozy. Mistrzem ceremonii okazał się nieznany szerzej i debiutujący na dużym ekranie Sam Raimi, mający na swoim koncie wówczas dopiero trzy filmy krótkometrażowe. Jednym z nich był zapowiadający Martwe zło 30-minutowy Within the Woods (1978), w którym zagrał zresztą młodziutki Bruce Campbell – późniejsza wielka gwiazda omawianej serii.

Na poziomie czysto fabularnym Martwe zło wydaje się być jedynie głupawym filmem opartym na schemacie znanym z klasycznych slasherów oraz opowiadaniach H.P. Lovecrafta, z których wzięto chociażby wątek Necronomiconu, czyli Księgi Umarłych, którą odnajdują bohaterowie. Tak jak w wielu slasherach, mamy grupkę znajomych, która wyrusza na wycieczkę. Tym razem celem podróży jest malowniczy i przytulny domek, stojący samotnie gdzieś w głębinach lasów Tennesse. Na miejscu młodzi ludzie znajdują tajemniczą, oprawioną w ludzką skórę księgę oraz taśmę magnetofonową z nagraniem uczonego, który przestrzega przed otwarciem owego manuskryptu. Nie jest to bowiem  przypadkowy utwór, ale spis, zawierający zaklęcia mogące obudzić pradawne Zło uśpione w okolicznych lasach. Młodzi za nic mają ostrzeżenia i robią dokładnie to, czego nie powinni. Wkrótce jedna z dziewcząt zostanie podczas przechadzki zgwałcona przez… drzewa. Jak się niedługo okaże, będzie to jedynie początkiem prawdziwej masakry. Bohaterka, nieoczekiwanie przemieniona w okrutne monstrum, zaatakuje pozostałych uczestników wycieczki. Wkrótce już niemal wszyscy przejdą na stronę Demona. Wyjątkiem będzie Ash, który podejmie ciężką walkę z Siłami Ciemności, tracąc przy tym dłoń, w miejscu której będzie odtąd miał… piłę mechaniczną.

Będący jedną z najbardziej szalonych produkcji swoich czasów film młodego reżysera stał się najlepszym dowodem na to, że wyobraźnia i talent są ważniejsze od wielkich pieniędzy i wsparcia produkcyjnych gigantów. Raimi, który do pomocy zamiast profesjonalnej ekipy miał kumpli z liceum i kilka kamer, za śmieszne pieniądze nakręcił historię, która już w momencie premiery przeszła do historii kina grozy, z miejsca zyskując status dzieła kultowego, którym zresztą cieszy się po dziś dzień. Znakomity czarny humor, pomysłowa realizacja, a przede wszystkim mocne osadzenie w historii gatunku, przyczyniły się do sukcesu filmu, który wychowuje kolejne pokolenia fanów grozy. O tym, że historia Asha nie zestarzała się ani o jotę może świadczyć chociażby świetne przyjęcie wspomnianego na początku tekstu serialu, w którym Raimi, głównie jako producent, powraca na stare śmieci.

Martwe zło w niczym nie przypomina amatorskiego filmu. Duża w tym zasługa technicznej sprawności młodego twórcy, który znakomicie napisał, wyreżyserował, ale i nakręcił swoje dzieło. Praca kamery to obok efektów specjalnych jeden z najmocniejszych punktów  pełnometrażowego debiutu Raimiego. W Martwym źle kamera zachowuje się niczym żywy organizm. Zatacza kręgi wokół bohaterów, gwałtownie przyspiesza, aby potem nagle zwolnić, czy spojrzeć na miejsce wydarzeń pod nietypowym kątem. W subiektywnych ujęciach, które zdają się prezentować punkt widzenia pędzącego Zła, pobrzmiewają echa Szczęk (1975) – klasyki ze stajni Spielberga, w której w podobny sposób filmowano atakującego rekina.

Martwe zło to jednak nie tylko precyzyjna realizacja i dynamiczna akcja, ale i prawdziwa kinofilska gratka dla każdego miłośnika kina grozy. Raimi jest nie tylko sprawnym rzemieślnikiem, ale i umiejętnym opowiadaczem, dla którego ważna jest zarówno strona formalna, jak i oniryczny klimat, w którym zawieszona jest akcja. Na kilka lat przed premierą Koszmaru z Ulicy Wiązów (1984), w niezwykle sugestywny sposób wykorzystuje poetykę snu, który z czasem staje się najgorszym koszmarem. Reżyser czerpie pełnymi garściami także z iście freudowskiej symboliki, odwołując się do najbardziej podstawowych znaczeń i interpretacji, jakie psychoanalitycy przypisywali horrorowi. Falliczny las napastujący jedną z bohaterek, pędzące do tyłu wskazówki zegara, czy też lustro zamieniające się po dotknięciu w taflę wody. „Metafizyczny” klimat, w połączeniu z bardzo wyraźnymi inspiracjami kinem gore, dał w efekcie film, którego fani horroru z początku lat 80. nie mogli się spodziewać. Z jednej strony trzymający się jeszcze mocno klimatu kontrowersyjnych horrorów z poprzedniej dekady, z drugiej zaś będący już najlepszym dowodem na coraz śmielsze próby sprzedania brutalnego kina grozy kulturze głównego nurtu.

Mimo wszystko Raimi nie chciał odcinać się od klasyki, na której ukształtował swoją artystyczną wrażliwość. Proponował nową jakość, ale w oparciu o najlepsze wzorce. Korzystając ze slasherowych schematów często nawiązuje do klasycznych przedstawicieli gatunku z lat 70. Wszystkie cytaty z kultowych tytułów pojawiają się jednak gdzieś między wierszami, będąc przede wszystkim uśmiechem w stronę widza znającego historię gatunku. Uważne oko dostrzeże więc postrzępiony plakat Wzgórz mających oczy (1977) i zrozumie, że pojawienie się piły mechanicznej nie jest tak całkowicie bezsensowne, a mocna charakteryzacja demonów zaskakująco przypomina wygląd Lindy Blair z Egzorcysty (1973) pomieszany z zombiakami z obrazów George’a Romero. Ponadto, Raimi chętnie nawiązywał w swojej pracy do dokonań komicznego tria The Three Stooges, które zyskało sławę dzięki swoim krótkim filmom, w którym humor mieszany był z przemocą. Raimi od początku wiedział, że podążanie tym tropem i mieszanie ze sobą różnych estetyk może okazać się strzałem w dziesiątkę. Dlatego też Martwe zło to zarówno smoliście czarny humor, jak i kawał porządnego straszenia.

Jako że film okazał się wielkim sukcesem komercyjnym, nakręcenie drugiej części stało się tylko kwestią czasu. Co ciekawe, powstanie kontynuacji Martwego zła było możliwe w dużej mierze dzięki pomocy samego Stephena Kinga. Słynny pisarz, będąc wielkim fanem oryginału, namówił włoskiego producenta Dino De Laurentiisa (który wówczas produkował jego film Maksymalne przyspieszenie z 1986), aby ten pomógł Raimiemu sfinansować kolejny film.

Więcej czarnego humoru, więcej gore, więcej dopracowanych efektów specjalnych – tak w skrócie można podsumować drugą odsłonę znanej i lubianej historii. Tym razem Raimi dysponował bez mała dziesięć razy większym budżetem niż przy produkcji jedynki. Względy komercyjne (film miał trafić do szerszej  widowni) sprawiły, że Martwe zło II (1987) szybko znalazło się na celowniku cenzorów, którzy maczali palce przy produkcji w najbardziej absurdalny sposób z możliwych. Przykładowo więc mimo że klimat wesołej makabry był tu stale obecny, to jednak „zabroniono” bohaterom broczyć naturalnie wyglądającą krwią. Dlatego widzimy ją najczęściej w kolorze zielonym, pomarańczowym lub w najlepszym wypadku czarnym. Ponadto mimo zawarcia w filmie wielu brutalnych fragmentów, Raimi musiał wyciąć z ostatecznej wersji absurdalną scenę, w której opętany Ash pożera wiewiórkę. Ostatecznie doszło do tego, że w wielu krajach film pokazywano jedynie w mocno okrojonych wersjach. Mimo licznych kontrowersji, nie podzielił jednak losu „jedynki”, która znalazła się na osławionej brytyjskiej liście Video Nasties, grupującej najbardziej obrazoburcze i wulgarne filmy wydane na nośniku VHS.

Gdy w 1992 roku odbyła się premiera trzeciej części serii, Armii Ciemności, jasne było, jak daleką drogę przebył Sam Raimi od premiery swojego wybuchowego debiutu.  Dysponując budżetem, o którym kilka lat wcześniej mógł jedynie pomarzyć, nakręcił efektowne i zaskakująco lekkie widowisko, w którym kontrowersyjne poczucie humoru i krwiste sceny przemocy tym razem świetnie współgrały z klimatem średniowiecznej Anglii. Ostatnia część przygód Asha najbardziej odchodziła od mrocznego klimatu jedynki na rzecz jeszcze grubszymi nićmi szytej parodii, ale mimo wszystko stanowiła zgrabne zamknięcie historii.

Armia ciemności mogła być niemałym zaskoczeniem dla fanów poprzednich części. Tym razem, dostali historię, której bliżej było do szalonego pastiszu romansu rycerskiego i Kina Nowej Przygody, niż kina gore sensu stricte. Ash walczący z Demonami w czasach średniowiecznej Anglii bardziej przypominał szalonych członków Monty Pythona w latach ich najlepszych skeczów, niż siebie samego z poprzednich części. Mocno kpiarski ton obrazu pozwolił wykazać się aktorsko Bruce’owi Campbellowi. Człowiekowi obdarzonemu wielkim talentem komediowym, który w poprzednich częściach dopiero nieznacznie sugerowany, tutaj wybrzmiał w pełnej krasie. Sypie dowcipami jak z rękawa, będąc prawdziwym wodzirejem na tej imprezie. Wisienką na torcie staje się samo zakończenie filmu, będące swoistą parodią hollywoodzkich happy endów. Oto Ash powraca do XX wieku i zatrudnia się w przeciętnym supermarkecie. Średniowieczny bohater uciskanego ludu, ostatecznie powraca do statusu zwyczajnego przedstawiciela klasy średniej, który jednak wciąż musi być w pełnej gotowości, bo Zło przecież nie śpi…

Po latach od premiery ostatniej części, Martwe zło wciąż uznaje się za kwintesencję kina grozy lat 80., zaraz obok chociażby Reanimatora (1985) czy Koszmaru z Ulicy Wiązów. Mimo nierównego poziomu, wszystkie trzy części cieszą się niesłabnącą popularnością, na różnego rodzaju projekcjach filmów klasy B, czy halloweenowych imprezach.

Martwe zło to dziś niemalże filmowa marka, otoczona aurą mitycznego kultu, którą poszczycić się może jedynie elitarne filmowe grono. Dlatego, gdy na fali prawdziwej tęsknoty za latami 80., która ogarnęła telewizję w ostatnim czasie, postanowiono o przerobieniu historii Asha na serial, mało kto był w pełni zadowolony. Mimo że nad produkcją miał czuwać mistrz, czyli Sam Raimi, a w roli głównej mieliśmy znowu zobaczyć Bruce’a Campbella.

Serialowemu Martwemu złu szlaki przetarły dwa inne, dobrze przyjęte, seriale grozy, które zapoczątkowały prawdziwy wysyp kolejnych tytułów utrzymanych w podobnej stylistyce. Pierwszym z nich był zrealizowany przez stację MTV Krzyk (2015) – rozszerzający uniwersum Wesa Cravena. Autotematyczny, wychodzący naprzeciw slasherowym konwencjom, oferował zupełnie nową horrorową jakość. Już na początku pierwszego sezonu z ust jednego z bohaterów dowiadujemy się, że z racji na charakter gatunku to właściwie nie da się zrobić ze slashera serialu. A jednak! Twórcy postanowili obrać zupełnie inną strategię, dostosowując slasher do wymagań współczesnego widza, który coraz częściej serialowe widowisko przekłada nad to kinowe. Z Krzyku uczynili więc wciągający kryminał z elementami grozy, który napięcie stopniuje z odcinka na odcinek. Z kolei w Scream Queens (2015), czyli jednej wielkiej serialowej zgrywie, zdecydowali się na prześmiewcze rozsadzenie od wewnątrz slasherowej konwencji, nie zostawiając na niej suchej nitki.

Serialowe Martwe zło (2015-) wystartowało niedługo po Scream Queens, wpasowując się poniekąd w tą samą ironiczną konwencję. Od pierwszego odcinka serial serwuje mnóstwo one-linerów, świetnej muzyki, energetycznego montażu i przede wszystkim perfekcyjnie dopracowanych efektów specjalnych. Raimiemu  w znakomitym stylu udało się przywrócić do życia swojego najlepszego bohatera. Duża była w tym zasługa samego Bruce’a Campbella, który „poczuł klimat” od samego początku. Kultowy aktor najzwyczajniej w świecie postanowił po prostu zajebiście się bawić, dzięki czemu Ash powraca niezmanierowany. Jest tak samo pyskaty, wulgarny oraz niesamowicie zabawny i uroczy. Uwodzi panienki, bajeruje koleżanki i rozwala łby kolejnym demonom z onieśmielającą łatwością. Dla Campbella powrót na stare śmieci nie był wyrachowaną próbą ożywienia swojej kariery, a jedynie szansą na świetną zabawę, w gronie dobrych znajomych. W gruncie rzeczy to właśnie na jego beztroskim podejściu do tematu opiera się sukces serialu, który jest niczym sentymentalny powrót do czasów, kiedy kultowe filmy oglądane po raz pierwszy w życiu smakowały najlepiej.

Miłośnicy krwawych scen zostaną zaspokojeni olbrzymią ilością posoki, flaków i odpadających kończyn. Piła Asha, wciąż gotowa do działania, jest idealnie naoliwiona! Fani poczucia humoru Sama Raimiego też nie mają powodu do narzekania. Dużo tu też bezwstydnych żartów, trafnie komentujących czy to aktualne wydarzenia (wygląd plakatu drugiego sezonu, utrzymany w patriotycznym klimacie w związku z listopadowymi wyborami), czy też klasyczne utwory popkultury, żeby wspomnieć chociażby świetną grę słowną w jednym z odcinków drugiego sezonu, biorącą na celownik klasyczny utwór Johna Lennona Give Peace a Chance. W kontekście humoru ważna jest też sama kreacja scen przemocy, które wciąż znakomicie łączą kampowe przerysowanie i czarny humor z bezkompromisowością kina gore. Świetnie wykreowane demony potrafią nieźle nastraszyć. Gdy jednak robi się zbyt poważnie, do akcji wkracza Ash, przypominający nam zaraz, że przecież to wszystko to tak naprawdę dobry żart. Przy czym twórcy starają się nie przekraczać granicy dobrego smaku, stale balansując niebezpiecznie na jego granicy. Dlatego też czasami kicz sprawdza się znakomicie, a czasami kloaczne żarciki trafiają jak kulą w płot. Na szczęście jednak każdą podbramkową sytuację ratuje swoją charyzmą Bruce Cambell, dzięki któremu nawet humor niskich lotów może bawić, czy chcielibyśmy tego czy nie.

Możemy odetchnąć z ulgą. Serialowe Martwe zło z próby zmierzenia się z kultowym filmem grozy wychodzi zwycięsko, przywracając ducha lat 80. w ich najlepszym wydaniu. Rubaszny humor, rockowa muzyka, oldskulowe samochody i mnóstwo wulgarności towarzyszą nam w każdym odcinku. Nie bez znaczenia pozostaje i to, że twórcy z niebywałą przyjemnością wypinają się na cenzurę, wrzucając do kolejnych odcinków sceny, które chyba tylko cudem przeszły w telewizji o godzinie 21. Bądźcie gotowi na to, że tutaj wydarzyć może się wszystko, a bluzgać można jeszcze gorzej!

PS. Fede Alvarez, który nie tak dawno sprawił nam dużo radochy swoim filmem Nie oddychaj (2016), na dużym ekranie zadebiutował nieźle przyjętym i bardzo krwawym remakiem Martwego zła (2013), ale o tym – zaskakująco osobnym tworze – nie dzisiaj i nie w tym miejscu.

Marta Płaza
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

2 Comments on Martwe zło. Ash kontra kino

  1. Do tytułów „przecierających szlaki” można też chyba zaliczyć „My name is Bruce” (2007), które AvED momentami przypomina.

  2. „W subiektywnych ujęciach, które zdają się prezentować punkt widzenia pędzącego Zła, pobrzmiewają echa Szczęk (1975)…” – ten patent pochodzi raczej z „5 tombe per un medium” Massimo Pupillo. Że Raimi to widział da się wyczuć, bo jest tam więcej podobieństw (np. mocno zbliżona scena z zegarami).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.