Małpi biznes, czyli retrospektywa serii Planeta małp

Share

„Strzeżcie się człowieka, albowiem jest pionkiem Diabła. Samotnie pośród Boskich stworzeń zabija dla sportu, z żądzy lub chciwości. Zamorduje swojego brata, by posiąść jego ziemię. Nie pozwólcie mu mnożyć się w wielkich ilościach, bowiem zamieni w pustkowie swój dom i wasz. Unikajcie go, wypędźcie z powrotem do jego gniazda w dziczy, albowiem jest on zwiastunem śmierci”

Planeta małp trafiła do kin w kwietniu 1968 roku. Wyprodukowana za ok. $5 800 000 była wówczas jednym z najdroższych filmów, a po zgarnięciu w samych Stanach Zjednoczonych $26 000 000, kiedy zapadła decyzja o jej kontynuowaniu, stała się hollywoodzką maszyną do zarabiania pieniędzy. Oprócz sequeli, film doczekał się też serii zabawek, figurek, książek, komiksów, kart do gry oraz całej masy innych materiałów promocyjnych, które choć w dobie współczesnego merchandisingu są już normą, wtedy były czymś nowym.

Fabuła pierwszego filmu luźno bazuje na powieści Pierre’a Boulle o tym samym tytule. Grupa astronautów pod dowództwem George’a Taylora (Charlton Heston) podróżuje statkiem kosmicznym z prędkością światła – podczas gdy dla nich wyprawa trwa zaledwie pół roku, na Ziemi minęło już prawie dwa tysiące lat. Zostaje ona jednak przerwana przez rozbicie się statku na tajemniczej pustynnej planecie. Pasażerowie szybko odkrywają, że owym światem rządzą rozumne małpy, a ludzie są tam jedynie prymitywną zwierzyną łowną.

Wytwórnia 20th Century Fox zaangażowała do projektu swoich najlepszych ludzi jakich miała pod ręką, w tym 80. charakteryzatorów, przez co produkcja ich innych filmów została mocno opóźniona. Do obsady próbowano zaciągnąć takie osobistości, jak Marlene Dietrich (która odrzucenia udziału w tym filmie bardzo później żałowała), Laurence Olivier, Edward G. Robinson, Orson Welles (!) czy Alec Guinness. Na reżysera upatrywano Blake’a Edwardsa, ostatecznie za namową grającego główną rolę Charltona Hestona funkcję tę powierzono Franklinowi J. Schaffnerowi. Wynikało to z tego, że obaj panowie już mieli przyjemność pracować ze sobą przy okazji The War Lord (1965).

Za scenariusz odpowiedzialny był Rod Serling, którego fani kina grozy mogą kojarzyć z serialu The Twilight Zone (1959-1964) oraz Michael Wilson. Aby przekształcić fabułę powieści i dostosować ją do medium filmowego, Serling potrzebował ok. 30-40 roboczych szkiców. Małpia społeczność w książce Boulle była bardzo zaawansowana technologicznie, co z powodu ograniczeń budżetowych musiało zostać zmienione. W efekcie filmowe małpy są bardziej zacofane (ale nie przeszkadza im to w posiadaniu staroświeckich aparatów czy broni palnej), a ich społeczeństwo przechodzi przez kryzys związany z napięciami na płaszczyźnie postęp-religia.

Jak każde wiekopomne dzieło, Planeta małp powstawała w bólach. Podczas kręcenia scen na pustyni upał dawał się ekipie tak bardzo we znaki, że poszczególni jej członkowie regularnie mdleli. Charlton Heston podczas grania w filmie był chory na grypę i to właśnie jego przypadłości zawdzięczamy ochrypnięty głos jego postaci. Z kolei aktorzy wcielający się w małpy musieli nosić swoje charakteryzacje nawet w przerwach między scenami, ponieważ ponowne „założenie” ich zajmowało zbyt wiele czasu, a samo prawidłowe zdjęcie/zmycie ich trwało ok. półtorej godziny. Odpowiedzialny za małpi make-up John Chambers otrzymał później honorowego Oscara za swoją pracę przy czym warto nadmienić, że wtedy jeszcze kategoria najlepszej charakteryzacji nie istniała.

Planeta małp jest najznamienitszym przedstawicielem zimnowojennego kina science-fiction uderzającego w lęk przed zagładą atomową. Nie uderza jednak zbyt bezpośrednio w problem, stawiając na uniwersalność, przez co nawet teraz jego przesłanie wydaje się aktualne i przerażające. Fani The Twilight Zone na pewno poczują się jak w domu i z miejsca wychwycą znajome tropy ze sławnym zakończeniem na czele (które zawdzięczamy samemu Hestonowi, bo było ono jego ulubionym spośród tych proponowanych przez producentów). Całość rozpoczyna się tajemniczo, ale z chwilą, gdy bohaterowie trafiają w sidła inteligentnych człekokształtnych, czujemy jakbyśmy wpadli w brutalny senny koszmar. Wrażenie to wzmacnia balansująca na granicy przerysowania gra Hestona, a także, miejscami, bardzo oniryczna i nastrojowa muzyka Jerry’ego Goldsmitha, który komponował ją z założoną na twarz maską goryla, żeby lepiej wczuć się w klimat produkcji. A ponieważ, jak już wspomniałem, małpia cywilizacja w filmie jest bardziej prymitywna, momentami Planetę małp ogląda się jak rasowe peplum.

Najbardziej oczywistym założeniem filmu było pokazanie ludzkości w krzywym zwierciadle. Podczas gdy małpia cywilizacja uważa ludzkość za gatunek niższy i gorszy i stara się od niego całkowicie odróżnić, my, jako widzowie, cały czas odczuwamy ironię sytuacji. Małpy bowiem nie są wcale tak odmienne od ludzi, a ich cywilizacja przechodzi przez dokładnie te same problemy, co niegdyś nasza. Film nie posiada także postaci złoczyńcy sensu stricte. Dr. Zaius (grany przez Maurice’a Evansa), orangutan przeciwny postępowym teoriom i uważający je za herezje, ma bardzo dobry powód, żeby zachowywać się negatywnie wobec ludzkich postaci. Postęp sprawił, że ludzie stali się destruktywni i zniszczyli planetę, a teraz istnieje obawa, że rozwój technologiczny mógłby również małpy doprowadzić do zagłady. Nie ma tu rzeczy jednoznacznych i dwuwymiarowych, a ilość metafor jest ogromna. Dzięki temu Planeta małp pozostaje po dziś dzień filmem świeżym i dumnie znoszącym próbę czasu.

Film z miejsca stał się olbrzymim hitem, a 20th Century Fox natychmiast zaczęło snuć plany kontynuacji, wskutek czego film Schaffnera przekształcił się w jedną z najciekawszych serii w historii Hollywood. Nie będę oczywiście udawać, że którakolwiek z późniejszych odsłon choć w połowie dorównała oryginałowi, niemniej na uznanie zasługuje fakt, że nie były to sequele w jakimkolwiek stopniu generyczne, tylko takie, które podchodziły do tematu zupełnie inaczej i robiły z nim coś zupełnie innego.

W podziemiach planety małp trafiło do kin pod koniec maja 1970 roku. Film nie zebrał pochlebnych recenzji od krytyków, ale stał się ulubieńcem publiczności zarabiając w samych Stanach Zjednoczonych $18 999 718 przy niewielkim budżecie $3 000 000. Dziś przez wielu fanów uznawany jest za „czarną owcę” cyklu.

Plany kontynuacji Planety małp snute były już od 1968 roku. Wpierw Rod Serling sporządził scenariusz zatytułowany The Dark Side of Earth, a jakiś czas później autor oryginalnej powieści, Pierre Boulle, napisał scenariusz do Planety ludzi. Akcja owego skryptu miała mieć miejsce kilkanaście lat po wydarzeniach z części pierwszej i przedstawić Taylora jako mesjanistyczną figurę prowadzącą ludzi do buntu przeciwko małpom. Obydwa zostały jednak odrzucone przez wytwórnię.

Trzeciej próbie napisania sensownej kontynuacji podjął się Paul Dehn (Goldfinger [1964]), a reżyserem początkowo miał być Don Medford, jednak ten zrezygnował, kiedy 20th Century Fox obcięło budżet produkcji o połowę. Decyzję tę spowodowały ówczesne wysokobudżetowe klapy finansowe, które pchnęły wytwórnię na skraj bankructwa. Ostatecznie film postanowiono powierzyć Tedowi Postowi, twórcy przyzwyczajonemu do pracy przy niewielkich nakładach pieniężnych.

Budżet nie był jednak jedyną przeszkodą jaką produkcja napotkała na swojej drodze. Charlton Heston, zadowolony z sukcesu pierwszego filmu o małpach, nie chciał wracać w kontynuacji. Wytwórnia proponowała mu jednak coraz to większą i większą gażę za występ, aż ten w końcu zgodził się na powrót, choć pod dwoma warunkami. Po pierwsze, jego postać pojawi się tylko na początku i końcu filmu, a po drugie – w ostatniej scenie zginie wysadzając w powietrze całą planetę. Wszystko to po to, by nie powstała żadna kolejna kontynuacja, w której musiałby wystąpić. Tym sposobem gwiazdor nie tylko zgarnął większość pieniędzy z i tak niewielkiego budżetu (które później i tak oddał w całości na cele charytatywne), ale i wymusił liczne zmiany w scenariuszu.

Fabuła W podziemiach planety małp rozpoczyna się retrospekcją zakończenia poprzednika, a zaraz potem odkrywamy, że kolejny statek z kolejnym astronautą rozbił się właśnie na planecie. Owym astronautą jest niejaki Brent (James Franciscus), którego misją jest odszukanie zaginionego w akcji Taylora i jego załogi. Podobnie jak jego poprzednik, Brent trafia do niewoli w mieście małp, skąd uciec pomaga mu znana z pierwszej części dr. Zira (Kim Hunter). Oswobodzony mężczyzna rusza w ślad za Taylorem do miejsca zwanego Zakazaną Strefą i trafia do podziemnych ruin zamieszkanych przez… ludzkich mutantów o telepatycznych zdolnościach modlących się do bomby atomowej. W międzyczasie generał Ursus (James Gregory) przygotowuje armię goryli do podboju Zakazanej Strefy.

Historia napisana przez Paula Dehna jest co najmniej ekstrawagancka i postarzała się o wiele gorzej niż ta z poprzedniej części. Zarówno pojawienie się Brenta, jak jego misja, nie mają żadnego sensu, a wątek ten służył jedynie zastąpieniu Hestona innym aktorem. Modląca się do bomby atomowej sekta mutantów na pewno była czymś szokującym w czasach Zimnej Wojny, lecz dzisiaj jest rzeczą dziwną i trudną do brania na poważnie. Pojawiło się także kilka drobnych błędów w ciągłości fabularnej, z czego niektóre wracać za nami będą do samego końca serii. Przykładowo, gdy pierwszy film ma miejsce w 3978 roku, tutaj Brent odczytuje w swoim statku datę 3955. Te dziwne, lub całkiem chybione pomysły nie oznaczają, że W podziemiach planety małp nie ma nic do zaoferowania. Przeciwnie, mamy okazję przyjrzeć się bliżej wojsku goryli i napięciom między nim – pałającym żądzą podboju – a pokojowo nastawionymi szympansami. Film wykorzystuje to, aby bardzo bezpośrednio nawiązać do wojny w Wietnamie i związanych z nią protestów.

Oniryczny klimat poprzednika zrobił miejsce dla wartkiego kina przygodowego mającego w zanadrzu pościgi, strzelaniny i pojedynek na dachu pędzącego wozu. Stosownie do tej zmiany, Leonard Rosenman skomponował całkiem nowy, ale zbliżony duchem do kompozycji Goldsmitha, soundtrack. Warto zaznaczyć, że jest to pierwszy film w serii, w którym wystąpiła Natalie Trundy – żona producenta Arthura P. Jacobsa, która będzie odgrywać w późniejszych odsłonach różnorakie postacie, zarówno ludzkie, jak i małpie.

Niewielki budżet odbił się zarówno na charakteryzacjach, jak i planach zdjęciowych. Statyści nosili maski zamiast pełnego make-upu, część scenografii zapożyczono z poprzednika, natomiast ruiny Nowego Jorku to przemalowane styropianowe pozostałości po Hello, Dolly (1969). Charakteryzację mutantów opracował ponownie John Chambers i jego projekty były podobno bardzo odrażające. Reżyser postanowił jednak wybrać przeciętnie wyglądający, „żylasty” design.

Pierwotnie seria miała zatrzymać się właśnie tutaj, w końcu zakończenie nie zostawiało żadnej furtki dla bezpośredniej kontynuacji, ale po zarobieniu prawie $19 000 000 liżące wciąż rany 20th Century Fox zwróciło się raz jeszcze do Paula Dehna, by ten napisał kolejny sequel. Będąc dokładniejszym, producent Arthur P. Jacobs wysłał do niego telegram o treści: „Apes exist. Sequel requied.”

Ucieczka z planety małp swoją premierę miała w lipcu 1971 roku i kontynuowała tradycję serii bycia numerem jeden w box office, zarabiając $12 300 000. Budżet przeznaczony na tę produkcję był jeszcze mniejszy niż poprzednio – wynosił zaledwie $2 500 000. Pisząc scenariusz do Ucieczki Paul Dehn dokonał niemożliwego i, chwytając się wszystkich pozostawionych przez poprzednie filmy furtek, kontynuował małpi cykl przenosząc akcję do czasów współczesnych, a dokładniej – do roku 1973.

Film wysuwa na pierwszy plan znane z pierwszych dwóch odsłon szympansie małżeństwo – Corneliusa i Zirę. Z pomocą innego naukowca, doktora Milo (Sal Mineo), jakimś cudem udaje im się wydobyć spod wody wrak statku Taylora, naprawić go i z jego pomocą opuścić planetę przed jej zniszczeniem. Wpadają oni na anomalię w kosmosie i trafiają na Ziemię XX wieku. Początkowo ludzkość podchodzi do przybyszów z konsternacją, jednak małpy szybko zdobywają serca wszystkich i kosztują życia celebrytów. Tylko jedna osoba jest wobec inteligentnych szympansów podejrzliwa – dr. Hasslein (postać wspominana w dwóch poprzednich częściach). Na drodze agresywnych przesłuchań wyciąga on od Ziry i Corneliusa informacje o tym, że w przyszłości ludzkość zostanie zdominowana przez małpy i zdegradowana do roli zwierzyny łownej. Przekonany, że przybycie małp z przyszłości może ten proces przyśpieszyć podejmuje wszelkie możliwe kroki, aby je zabić. Nie pomaga w tym wszystkim fakt, że Zira spodziewa się dziecka…

Za reżyserię Ucieczki odpowiedzialny był Don Taylor, który siedem lat później nakręcił (a właściwie przejął po Mike’u Hodgesie) film Damien, Omen II. Jerry Goldsmith powraca do serii, tym razem z funkowym soundtrackiem, co podyktowane było, oczywiście, zmianą miejsca akcji oraz tonu.

Największym problemem Ucieczki z planety małp jest fakt, że opiera się ona na błędach w ciągłości i dziurach fabularnych. Trudno jest zawierzyć, że szympansy w trakcie trwania W podziemiach zdołały wydobyć z głębi morza statek Taylora, naprawić go i odlecieć nim akurat w momencie, gdy planeta eksplodowała. Co więcej, nie mieli po co tego robić. Nie mogli wiedzieć o mutantach w podziemiach, ani o ich zamiarze zdetonowania bomby atomowej. Z kolei w późniejszych partiach filmu, w trakcie jednego z przesłuchań, Cornelius opowiada doktorowi Hassleinowi o zarazie, która zabiła wszystkie psy i koty na Ziemi, co poskutkowało tym, że ludzie zaczęli przygarniać małpy jako swoich pupili. Te z czasem stawały się coraz mądrzejsze i w ciągu kilku wieków zaczęły usługiwać swoim właścicielom, co szybko przerodziło się w niewolnictwo. Zniewolone małpy wszczęły bunt i w historycznym dniu pojawia się pierwsza mówiąca małpa. Cornelius tłumaczy, że dzień ten jest udokumentowany w świętych zwojach, tylko że, z tego co już nam wiadomo, nie jest to możliwe. W końcu doktor Zaius w pierwszej Planecie małp robił co mógł, by prawda o ludzkiej cywilizacji nigdy nie wyszła na jaw.

Zaskakująco, mimo tych wszystkich wad, Ucieczka z planety małp jest najlepszym spośród czterech sequeli. Wykorzystuje bowiem schemat pierwszego filmu i odwraca role. Cornelius i Zira, będąc na miejscu Taylora, spotykają swoje ludzkie odpowiedniki w postaci dra Lewisa Dixona (Bradford Dillman) i dr. Stephanie Branton (Natalie Trundy), a przeciwko nim staje odpowiednik doktora Zaiusa, czyli dr. Hasslein. Znane nam już i lubiane małżeństwo szympansów zostaje wypchnięte na pierwszy plan i rozkochuje w sobie widza jeszcze bardziej. Cały ładunek emocjonalny filmu zawdzięczamy pisarstwu Paula Dehna oraz aktorom – Kim Hunter i Roddy’emu McDowallowi. To dzięki ich charyzmie i chemii między nimi humorystyczna pierwsza połowa filmu, jak i druga depresyjna, działają tak dobrze. Na marginesie warto zaznaczyć, że przejście między lekkim a ciężkim tonem produkcji jest bardzo płynne. W postać doktora Milo wcielił się Sal Mineo. Ponieważ aktor źle czuł się w swojej charakteryzacji, jego postać ginie niemalże na samym początku filmu. Eric Braeden gra doktora Hassleina i o ile jego rola w filmie jest niemal identyczna co doktora Zaiusa, tak na poziomie charakteru są oni niemal całkowicie swoimi przeciwieństwami. Obaj kierują się dobrem swojego rodzaju, jednak Hasslein jest w swoich działaniach zimny i okrutny, a co za tym idzie trudno jest choć w najmniejszym stopniu z nim sympatyzować, zwłaszcza, że wiemy, że nie ma on racji.

Seans Ucieczki z planety małp nasuwał mi skojarzenia z czwartą odsłoną Star Treka (1986). Przeniesienie akcji do XX wieku na pewno pomogło twórcom zamaskować niewielki budżet, ale jednocześnie spowodowało bardzo mocną zmianę klimatu względem dwóch poprzednich części, co może odstraszyć fanów tychże filmów. Ja sam początkowo dość sceptycznie podchodziłem do komediowego tonu tej produkcji. Nie pomagają też wszelkie dziury i błędy, na których de facto cała fabuła się opiera. Jednak w ogólnym rozrachunku Ucieczka to solidny sequel i udana wariacja na temat pierwszej cześci – i wywołująca masę uśmiechów, i wyciskająca masę łez.

Ucieczka była jedynym filmem w serii, który zostawiał furtkę na kolejny sequel. Na tym etapie producent Arthur P. Jacobs miał już w planach serial telewizyjny, który koniec końców wyszedł w 1974 roku i trwał 14 odcinków. Paul Dehn ponownie otrzymał zlecenie na napisanie sequela, a 20th Century Fox postanowiło wydać na niego jeszcze mniej pieniędzy…

Telewizyjna Planeta małp

Podbój planety małp trafił do kin w czerwcu 1972 roku zarabiając w USA $9 000 000, co na tle poprzednich odsłon jest olbrzymim spadkiem. Jego budżet wyniósł zaledwie $1 700 000, co czyni go najtańszym filmem w serii. Paul Dehn ponownie odpowiada za scenariusz, z kolei reżyseria przypadła J. Lee Thompsonowi – twórcy, który chciał cztery lata wcześniej pracować nad pierwszą Planetą, ale z powodu ówczesnych zobowiązań nie był w stanie.

Akcja filmu ma miejsce w niedalekiej przyszłości, w 1991 roku. Pojawienie się Corneliusa i Ziry w XX wieku wytworzyło zupełnie nową linię czasową – plaga, która zabiła psy i koty pojawiła się znacznie wcześniej i zebrała swoje żniwo w ciągu kilku miesięcy, a co za tym idzie rozwój małpiego niewolnictwa zaczął się wcześniej i zajął o wiele mniej czasu, bo tylko osiem lat. Ceasar, potomek inteligentnych szympansów znajduje schronienie u cyrkowca Armanda (Ricardo Montalban,  Star Trek II – Wrath of Khan [1982]) i ukrywa swoją umiejętność mówienia. Jednak podczas roznoszenia ulotek reklamujących cyrk, widząc jak traktowani są jego pobratymcy, nie wytrzymuje i krzyczy w stronę funkcjonariuszy policji. Winę za incydent bierze na siebie Armando, co kończy się dla niego aresztowaniem. Inteligentny szympans ukrywa się między swoimi, by trafić na licytację i ostatecznie do służby u Gubernatora Brecka (Don Murray). Dowiedziawszy się, że jego poprzedni właściciel został zabity podczas przesłuchania, Ceasar traci resztki sympatii do ludzi i planuje powstanie mające na celu wyzwolenie jego rodzaju…

Podbój planety małp (i tytuł nijak nie pasuje do jego treści) posiada opinię najmroczniejszej i najbrutalniejszej odsłony. I całkowicie należycie. Twórcy odchodzą tu od kina przygodowego i inspirując się ówczesnym Ruchem Praw Obywatelskich wpisują się w popularne wtedy kino mocnych wrażeń. Wszak małpia rewolta nawet dzisiaj jest imponującą eskalacją przemocy, niestety w czasach swojego powstawania miała niełatwą przeprawę przez cenzurę. Wszystkie sceny gore i bardziej brutalne ujęcia musiały zostać wycięte, a po testowych seansach doklejono wymuszony happy end – Ceasar wygłasza bowiem pod koniec dwie niemal całkowicie sprzeczne ze sobą przemowy. Na szczęście Unrated Cut został wydany na blu-ray i przywraca wszystkie wycięte „ostrzejsze kawałki” oraz oryginalne zakończenie. Zarówno nawiązanie do ruchu Martina Luthera Kinga, jak i fakt, że film wyszedł w czasie gdy do Hollywood powoli przedostawało się kino blaxploitation sprawiły, że Podbój zyskał sobie dużą popularność wśród afroamerykańskiej widowni.

Niewielki budżet jest odczuwalny w stronie realizacyjnej, niemniej jednak film radzi sobie z zamaskowaniem go o wiele lepiej niż W podziemiach, zwłaszcza jeżeli mowa o małpich charakteryzacjach. Za ulice Nowego Jorku posłużyły okolice Uniwersytetu California oraz Campusu Irvine, które charakteryzowała futurystyczna architektura autorstwa Williama L. Pereira. Film kręcono także w pobliżu, wtedy jeszcze powstającego, Social Science Complex. Ponieważ twórcy dysponowali stosunkowo niewielkim terenem do kręcenia, małpia rewolucja może wydawać się mieć mniejszą skalę niż powinna. J. Lee Thompsonowi jednak udało się sprawić, że garstka małp wyglądała jak prawdziwa armia.

Roddy McDowall, który grał Corneliusa w poprzednich odsłonach (za wyjątkiem W podziemiach, gdzie zastąpił go David Watson) tym razem wciela się w syna – Ceasara. Jest on postacią zupełnie różną od swojego łagodnego ojca, przez co sam aktor ma większą szansę na wykazanie się. Don Murray gra gubernatora Brecka i dostarcza przerysowany, ale efektywny czarny charakter. Severn Darden gra pomniejszego złoczyńcę – inspektora Kolpa, który choć tutaj ma tylko epizodyczną rolę, to powróci w sequelu. Muzykę z kolei skomponował Tom Scott i jest on jedynym z trzech zaangażowanych w serię artystów muzycznych, który pracował tylko nad jednym jej filmem.

Jak na planowany sequel, Podbój posiada wiele błędów w ciągłości z Ucieczką, co zawsze było dla mnie zastanawiające. Wszystkie dotychczasowe kontynuacje powstawały rok po roku, w dodatku wszystkie pisane były przez tę samą osobę. Zdaję sobie sprawę z tego, że do lat 60. twórcy nie przejmowali się ciągłością fabularną, ale w latach 70., w czasach, gdy filmy regularnie były sprzedawane do telewizji i każdy mógł je przy odrobinie szczęścia nadrobić, Planeta małp nie ma już żadnej wymówki. Dotyczy to między innymi imienia głównego bohatera oraz przebiegu małpiego niewolnictwa. W końcu alternatywna linia czasowa niekoniecznie jest wytłumaczeniem dlaczego coś, co pierwotnie zajęło kilkaset lat, teraz potrzebowało tylko ośmiu. Może związek z tym ma świadomość, że małpy kiedyś mogą zdominować ludzkość, ale do tego film w żaden sposób się nie ustosunkowuje. Scenariusz ma również tendencję do naginania logiki w celu posuwania fabuły do przodu. Problem niewolnictwa nie jest tu tematem jakiejś niebanalnej rozprawy, a zaledwie punktem wyjścia dla campowej, brutalnej rozrywki, gdzie granice między białym, a czarnym są mocno zarysowane, co widać chociażby po postaci gubernatora Brecka.

W ogólnym rozrachunku Podbój jest interesującym wydarzeniem w serii, ale jego realizacja i braki na pewnych płaszczyznach sprawiają, że trudno jest podchodzić do niego inaczej niż do guilty pleasure.

Bitwa o planetę małp zadebiutowała w kinach w czerwcu 1973 roku i reklamowana była jako ostatnia odsłona cyklu. Słaby wynik finansowy Podboju dał producentom jasno do zrozumienia, że formuła serii już się wyczerpuje, a zainteresowanie nią spada. Postanowiono więc, tym razem naprawdę, zamknąć cykl, a przy okazji wycisnąć z niego ostatnie soki (w końcu 20th Century Fox nadal zbierało się po serii porażek w box officie). Film zarobił $8 000 000 przy budżecie $1 800 000, czyli zaledwie o $100 000 większym niż jego poprzednik.

Paul Dehn sporządził scenariusz utrzymany w mrocznym tonie poprzedniej odsłony. Miał on opowiadać o konflikcie małpiej społeczności z ludźmi dysponującymi bombą atomową. Ceasar miał zostać zabity przez własnego generała, a władzę przejąć mieli małpi wojskowi. Pomysł ten nie spodobał się producentom, którzy życzyli sobie powrotu do lżejszego, przygodowego klimatu wcześniejszych części. Zatrudniono więc nowych scenarzystów – małżeństwo Johna i Joyce Corringtonów, którzy do tamtej pory nie widzieli nawet oryginalnej Planety małp.

Akcja filmu ma miejsce w roku 2070, jakiś czas po wojnie atomowej. Ceasar (ponownie Roddy McDowall) wraz z niedobitkami ludzi i małp zakłada niewielką społeczność, w której ludzie, choć są służącymi, żyją w harmonii z człekokształtnymi. Jedynym, co może zaburzyć międzygatunkowy pokój, wydaje się być nienawidzący ludzi goryli generał imieniem Aldo (Claude Akins). Nie wiedzący jak prowadzić swój lud Ceasar wyrusza do Zakazanego Miasta (dawnego Nowego Jorku), by odszukać nagrania swoich rodziców dotyczące przyszłości Ziemi. Na miejscu odkrywa, że miasto jest zamieszkane przez zmutowanych ludzi pod przewodnictwem inspektora Kolpa (Severn Darden), jednego ze złoczyńców z poprzedniego filmu. Kolp, będąc przekonanym, że małpy przybyły ich pozabijać, mobilizuje wszystkich do ataku na małpią wioskę.

Bitwa ma reputację najmniej ambitnego filmu w serii, a zarazem najgorszego – jeszcze gorszego od W podziemiach – z czym w pełni się zgadzam, niemniej jednak zrobiła ona kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze – historia niemal całkowicie zatoczyła koła. Podobnie jak W podziemiach, mamy nienawidzącego ludzi, pragnącego chwały na wojnie generała gorylów, żyjących w podziemiach mutantów, pojawia się nawet bomba alfa-omega. Nawiasem mówiąc, nietrudno przy okazji tych drugich o skojarzenia z Mad Maxem 2 (1981). Film także w prosty, ale i świetny sposób rozwiązuje problem równości między ludźmi i małpami, bowiem złamane zostaje najświętsze prawo tych drugich. Również zakończenie, choć banalne i kliszowe, wcale nie musi być odczytywane jako zwiastun świetlanej przyszłości.

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiły się żadne błędy. Pojawiły, owszem – kolejne błędy w ciągłości fabularnej. Nie jest nam wyjaśnione, dlaczego małpy noszą te same skórzane stroje, co w dwóch pierwszych filmach, w dodatku niektórzy bohaterowie nie zestarzeli się ani trochę, mimo iż między Podbojem a Bitwą minęło jakieś 79 lat.

Ponieważ ton produkcji uległ zmianie, charakter Ceasara również musiał zostać lekko przytemperowany. To wciąż ta sama postać, ale łagodniejsza i dojrzalsza, co stało się pod wpływem żony Lisy (Natalie Trundy) i syna, nazwanego na cześć dziadka Cornelius. Austin Stoker gra McDonalda, jednak nie jest to sama, grana przez Hariego Rhodesa, postać co w Podboju, lecz jego brat. Zmiana ta była podyktowana niechęcią aktora do powtórzenia swojej roli. Nie mógł powrócić także Don Murray, który miał ponownie pojawić się jako Gubernator Breck. Dostępny był za to Severn Darden. Powraca on jako Kolp, ale dostarcza najsłabszy czarny charakter w serii. Gdy zostaje pokazany po raz pierwszy, jest całkiem zabawny i rzuca dowcipami. Gdy jednak ujawnia swoją motywację, staje się pozbawioną wszelkiego uroku, nudną kopią Hassleina i Brecka. Obsadę nawiedził także piosenkarz Paul Williams (Upiór z Raju [1974]) w roli mądrego orangutana Virgila.

Największym problemem Bitwy nie jest jej scenariusz, ten bowiem jest mimo wszystko całkiem solidny, ale jej budżet. J. Lee Thompson nie był zadowolony z ograniczeń, jakie wytwórnia na niego nałożyła, a decyzję o nakręceniu filmu musiał podjąć jeszcze zanim dostał gotowy scenariusz. Rezultatem jest obraz o sporych brakach realizacyjnych. To, co tak dobrze udało się przy okazji Podboju, tutaj zupełnie nie wypaliło. Za ruiny Nowego Jorku posłużyło specjalnie przygotowane złomowisko, wodociągi miejskie oraz mało przekonujący matte painting. Najbardziej ucierpiały sceny akcji rozegrane zupełnie bez pomysłu, nużące i z bardzo skromną pirotechniką. To, co reklamowane było jako spektakularna finałowa bitwa, jest tak naprawdę skromną potyczką i bałaganem, który skutecznie niszczy tempo i napięcie produkcji.

Do skomponowania soundtracku ponownie zatrudniono Leonarda Rosenmana. Jego kompozycje noszą w sobie echa tych z drugiej odsłony serii, dobrze współgrają z tym, co widzimy na ekranie, a znający twórczość kompozytora wychwycą charakterystyczne dla niego dźwięki lub całe motywy.

Wersja kinowa Bitwy została mocno okrojona przez producentów. Usunięto wszystkie choć trochę brutalniejsze sceny oraz z jakiegoś powodu wycięto wszystkie fragmenty z udziałem France Nuyen. Do dziś jest to najmniej ceniona odsłona serii i z wielu dobrych powodów. To rozczarowujący finał i sequel, który choć dobrze napisany, został położony przez zbyt niski budżet.

* * *

W latach 1974-75 Planeta małp doczekała się serialu aktorskiego oraz animowanego Powrotu na planetę małp. Obie serie nie były jednak zbyt popularne i zostały anulowane po połowie sezonu. W 2001 roku Tim Burton nakręcił niesławny remake i cykl na długie lata zniknął ze świata popkultury. Powrócił dopiero za sprawą Genezy planety małp (2011), która teraz przerodziła się w trylogię wysoko cenionych filmów. Trzecia odsłona rebootu – Wojna o planetę małp, która niedawno miała premierę, już ma wśród niektórych reputację najlepszego filmu o małpach od czasu klasyku Franklina J. Schaffnera.

Michał Mazgaj
Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.