Malabimba – The Malicious Whore (1979). Egzorcyzmy małej Bimby

Lata 70. XX wieku to, za sprawą sukcesów takich tytułów, jak Dziecko Rosemary (1968), Egzorcysta (1973) czy Omen (1976), okres istnego wysypu filmów o tematyce okultystycznej. Czarna magia i demony na dobre rozgościły się nie tylko w kinie amerykańskim, ale także na Starym Kontynencie. W naśladownictwach i najzwyklejszych „zżynach” przodowali, rzecz jasna, Włosi. Takie Beyond the Door (1974) na ten przykład, było na tyle oczywistą kopią głośnego obrazu Williama Friedkina, że Warner Bros. zdecydowało się złożyć w tej sprawie pozew sądowy. Inne tytuły, pokroju All the Colors of the Dark (1972), Nude for Satan (1974) czy Schock (1977), w mniejszym lub większym stopniu nawiązywały do motywów podpatrzonych na hollywoodzkim podwórku. W modę wpisał się również Andrea Bianchi, twórca otoczonych kultem Strip Nude for Your Killer (1975) i Burial Ground (1981), kręcąc pod koniec wzmiankowanej dekady horror (sic!) Malabimba, spotykany też z wymownym podtytułem The Malicious Whore.

Wszystko zaczyna się od seansu spirytystycznego, jaki urządzają w swej posiadłości członkowie czcigodnego rodu Caroli. Omyłkowo przyzwany zostaje duch Lucrezii, zakały rodziny, która umarła otoczona hańbą. Przodkini wstępuje w ciało szesnastoletniej, niewinnej Bimby (Katell Laennec). Dziewczyna, oczko w głowie swego ojca, na przestrzeni następnych dni zmienia się nie do poznania, siejąc zgorszenie, uwodząc poszczególnych domowników i – w ostatecznym rozrachunku – dążąc do zguby szlachetnej familii…

Należy przestrzec już na wstępie, że dzieło Bianchiego to w pierwszej kolejności erotyk, nie horror. Nie znajdziemy tutaj bowiem zbyt wielu scen grozy, napięcie również jest znikome. Nie ma też miejsca na wątki satanistyczne sensu stricte, nie będzie żadnych egzorcyzmów (wbrew tytułowi recenzji – musicie wybaczyć tę zmyłę), zamiast tego mamy nawiedzoną nastolatkę, która ze słodkiego dziewczęcia przemienia się w spragnioną rozkoszy, wyuzdaną nimfomankę. Akcję do przodu popychają (sic!) rozliczne sceny erotyczne i pokaźna dawka golizny. W wersji oryginalnej obraz zawierał nawet ujęcia XXX, później często zeń wycinane, na potrzeby poszczególnych rynków. Warto w każdym razie odnotować, że pełna, nieocenzurowana edycja wyposażona jest w, pokazane bez osłonek, penetracje (dwie) oraz (jedno) fellatio. Zważywszy na sposób zmontowania scenek hardcore, należy przypuszczać, że genitaliów oraz ust użyczyli dublerzy, a nakręcone z nimi wstawki następnie wklejono do filmu.

Malabimba to w ogóle zgoła kuriozalny, choć przecież nieodosobniony w radosnej sferze eurotrashu, przypadek. Horror o opętaniu, w którym diabeł śpi, a wszystko kręci się wokół seksu. Przynajmniej kilka scen wywoła uśmiech na twarzy miłośnika eksploatacyjnej rozrywki, bo Bianchi ma wyjątkowe „ucho” do idiotycznych dialogów (kwestie spod znaku porno wygłaszane z egzaltacją godną wyższej sprawy). Zaznajomiony z włoszczyzną widz z miejsca rozpozna znajome twarze, w tym Mariangelę Giordano (m.in. Giallo in Venice (1979), Patrick Still Lives (1980)) i Patrizię Webley (Salon Kitty (1976), Play Motel (1979)). Jest rozpustnie, leniwie, nie do końca profesjonalnie, ale nigdy… nudno. Co trzeba oddać bowiem omawianej pozycji, to że te półtorej godziny z hakiem upływa w naprawdę przyjemnej, „rodzinnej” atmosferze. A dla tych, którym mało, zawsze zostają jeszcze doznania związane z nieoficjalnym remakiem pod tytułem Satan’s Baby Doll (1982), gdzie elementów pornograficznych jest nawet więcej niż w oryginale.

Caligula

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.