Ludzie-koty (1982). Fantazje erotyczne o lamparcie

Rok 1982 był w pewnym stopniu dobrym rokiem dla dwóch klasycznych horrorów wytwórni RKO: Istoty z innego świata (1951) i Ludzi-kotów (1942). W pewnym stopniu, ponieważ choć dostaliśmy ich dwa bez wątpienia udane remaki, historia ich recepcji jest dość burzliwa. Coś Johna Carpentera było gigantyczną klapą finansową i przez jakiś czas „najbardziej znienawidzonym filmem”, by dopiero po latach stać się jednym z najważniejszych horrorów science-fiction w historii. Ludzie-koty Paula Schradera spotkały się z o wiele cieplejszym przyjęciem (pozytywna ocena Gene’a Siskela i Rogera Eberta), jednak z czasem wylądowały w filmowym lamusie.

Oryginał w reżyserii Jacquesa Tourneura jest na pewno jedną z najciekawszych pozycji kina grozy lat 40-stych, mocno wyprzedzającą swoje czasu niektórymi rozwiązaniami. Opowiada on historię kobiety, która w obawie przed nałożoną na nią klątwą unika kontaktów z ludźmi; koniec końców zakochana nie może pozwolić swojemu wybrankowi się pocałować, ponieważ gdy to nastąpi, ulegnie ona przemianie w wielkiego czarnego kota i go zabije. Można się w filmie Tourneura doszukiwać lęków związanych z seksualnością, zostały one jednak misternie zakamuflowane, by widownia nie czuła się zniesmaczona. Schrader 40 lat później podejmuje motywy pierwowzoru i nie tylko rozwija je należycie, ale i przenosi w dość nieoczywiste rejony.

Po wielu latach rozłąki, Irena Gallier (Nastassja Kinski) zostaje odnaleziona przez brata Paula (Malcolm McDowell) i sprowadzona do Nowego Orleanu. Pojednanie rodzeństwa nie jest jednak zapowiedzią żadnej sielanki; Paul znika niedługo potem, a w jednym z hoteli odnaleziony zostaje wielki czarny lampart. W międzyczasie Irena podejmuje pracę w miejscowym zoo, gdzie poznaje Olivera Yayesa (John Heard) i zakochuje się.

Ludzie-koty, jak już wspomniałem, są filmem o kobiecej seksualności, w ramach którego reżyser porusza kilka związanych z tym kwestii. Przede wszystkim jest to kino inicjacyjne; Irena jest bowiem dziewicą, a co za tym idzie lampart staje się metaforą budzącej się fizycznych pragnień. Gdy oryginał traktował o pradawnej klątwie, u Schradera bohaterka należy do antycznej rasy i musi współżyć tylko z jej przedstawicielami, w przeciwnym razie ulegnie przemianie i nie odzyska ludzkiej postaci, dopóki kogoś nie zabije. Wchodzimy więc w rejony lęku przed swoją seksualnością – zwierzęcym, potencjalnie niszczycielskim pierwiastkiem. Schrader wywraca to wszystko do góry nogami dając bohaterce szansę na „bezpieczny seks”… w postaci kazirodztwa. Paul bowiem również jest człowiekiem-kotem, a Irenę odszukał, ponieważ nie mógł dłużej znieść ciągłego zabijania.

Wbrew temu, co można pomyśleć, biorąc pod uwagę tematykę, Ludzie-koty są bardzo delikatnym i subtelnym filmem. Ma w zanadrzu tylko jedną scenę gore i jedną efektowną scenę transformacji – całkiem niewiele i może to osoby nastawione na pełnokrwisty horror rozczarować. Jednak wybrzmiewają o tyle mocniej, że reszta jest właśnie tak stonowana. Schrader kreuje w swoim filmie świat z pogranicza jawy i snu – sceny rozgrywające się za dnia pozbawione są jakichkolwiek „upiększeń”, jednak gdy tylko na ekranie zapada zmrok, zdjęcia stają się bardziej kunsztowne, scenografie w rodzaju kamiennych lampartów zostają wyeksponowane, a różne cienie na ścianach poprzetykane są kolorowym oświetleniem. Sen nie jest tu też wcale bez znaczenia, to właśnie sekwencja snu będzie przełomowym momentem, w którym osobowość bohaterki ulegnie radykalnej zmianie, a instynkty wezmą nad nią górę.

Scenariusz Ludzi-kotów jest w gruncie rzeczy bez zarzutu, jest jednak pewien aspekt, przy którym sam podkłada sobie nogę, a mianowicie – w nawiązaniach do oryginału z 1942 roku. Są to dokładnie dwie sceny żywcem z niego wyjęte, które choć tam działały znakomicie, tutaj mocno gryzą się z ustanowionymi prawami świata przedstawionego i prowadzą nawet do dziur fabularnych. W pierwszej scenie nieznana kobieta zwraca się do Ireny w obcym języku i nazywa ją siostrą, po czym ucieka. W pierwowzorze scena ta miała być dla bohaterki swego rodzaju przypomnieniem o ciążącej na niej klątwie, czyniła też atmosferę paranoiczną. Tutaj pozostawia po sobie szereg pytań: Kim jest ta kobieta? Jedną z ludzi-kotów? Czy Paul wiedział o niej? Jak rozpoznała Irenę? I dlaczego Paul tak bardzo zabiegał o Irenę, kiedy potencjalną partnerkę miał tuż pod nosem?

Drugą taką jest scena na basenie. Alice (Annette O’Toole) – przyjaciółka Olivera, swoją drogą podkochująca się w nim – postanawia popływać, a kiedy wówczas nagle gasną światła, widzimy cień lamparta i słyszymy jego ryczenie, aż nagle pojawia się Irena. Jeśli chodzi o symboliczny aspekt tej sceny, do niczego nie można się przyczepić – samica próbuje pokazać swojej konkurentce, żeby z nią nie zadzierać – jednak stoi w dość mocnej sprzeczności z tym, co wiemy o ludziach-kotach. Nie mogą przemieniać się wedle woli, ani nie posiadają żadnych innych mocy nadprzyrodzonych.

Ludzi-kotów mogę bez problemu postawić na tej samej półce co Zagadkę nieśmiertelności (1983) Tony’ego Scotta – to tak samo poetycki, zmysłowy i pełen głębi film grozy, który hipnotyzuje swoim klimatem. Oba filmy zresztą łączy postać Davida Bowiego, który u Scotta wystąpił w jednej z głównych ról, a tutaj, u boku Giorgio Morodera, skomponował soundtrack, a mówiąc dokładniej piosenkę Putting Out Fire, wykorzystaną także przez Quentina Tarantino w Bękartach wony (2009).

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.