Live Like a Cop, Die Like a Man (1976). Ratunku, policja

Ruggero Deodato, który karierę filmowca zaczynał od asystowania m.in. Antonio Margheritiemu podczas pracy nad The Castle of Terror (1963) i Sergiowi Corbucciemu przy Django (1966), zapisał się w historii kina przede wszystkim jako autor osławionego horroru Cannibal Holocaust (1980), po premierze którego, aby uniknąć trafienia za kratki, musiał udowadniać w sądzie, że wcale nie wymordował swoich aktorów podczas realizacji. Jak na reżysera włoskiej pulpy przystało, na koncie ma obrazy bardzo różne gatunkowo, od peplum po giallo. A skoro tworzył też w latach 70., wśród swoich dokonań musiał również mieć przynajmniej jeden tytuł przynależny popularnemu wówczas poliziottesco. Kontrowersyjne Live Like a Cop, Die Like a Man – jedyny w jego dorobku film policyjny – to zapewne jeden z najbrutalniejszych reprezentantów całego nurtu, a zarazem wielki żart. Okrutny, seksistowski, niemoralny. Udany!

Za scenariusz odpowiedzialny był mniej pamiętany dziś, a równie istotny Fernando Di Leo, który w latach 60. przyczynił się do potęgi spaghetti westernu, będąc autorem lub współautorem scenariuszy do kilku spośród ważniejszych dla tegoż gatunku tytułów, takich jak Powrót Ringa (Duccio Tessari, 1965), Za kilka dolarów więcej (Sergio Leone, 1965), Czas masakry (Lucio Fulci, 1966) i Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966). Jako reżyser zadebiutował dramatem wojennym Red Roses for the Fuhrer (1968), lecz wiatru w żagle nabrał dopiero po swoim czwartym dziele, socjologicznym kryminale Naked Violence (1969). Film ten – choć nazbyt leniwy i przegadany, aby nazwać go w pełni udanym – wskazał mu jedyną dlań słuszną drogę: poliziottesco. W latach 1972-1973 spłodził bowiem zacną „trylogię mediolańską”, dzięki której teraz, jako jeden z mistrzów tego nurtu, spożywać może ambrozje na celuloidowym Olimpie.

Niestety ciągle nie znam jego późniejszych poliziotteschi, których w kolejnych trzech latach zrobił aż pięć, lecz niezwykła dzikość i przewrotność epizodycznie skonstruowanego Live like a Cop, Die Like a Man były dla mnie zaskoczeniem. OK, już kolejne części wspomnianej wyżej trylogii znacznie się od siebie różnią – Milano Calibro 9 to surowe neo-noir śmierdzące wpływami Jean-Pierre’a Melville’a, The Italian Connection to na poły Kafkowski dramat osaczenia i kino zemsty w jednym, a Boss to kino mafijne – jednak w żadnym z nich nie znalazło się miejsce na prawdziwie szatańską pulpę i robienie sobie jaj. Może w którymś z późniejszych tytułów Di Leo zaczął zmierzać w te rejony, może chciał sobie nagle jakoś urozmaicić zabawę w scenariopisarstwo, a może był to pomysł pana Deodato, który lubił czasem porządnie wzburzyć publiczność. Nie wiem. Wiem, że Live Like a Cop, Die Like a Man (tytuł nie ma sensu szczególnie wtedy, jeśli próbować go dopasować do treści filmu) to prawdziwie szatańska pulpa i robienie sobie jaj. Niekoniecznie zdrowych, za to całkiem przyjemnych.

Jak wiadomo (lub nie), jednym z filmów, które miały największy wpływ na poliziottesco, był Brudny Harry (Don Siegel, 1971). Protagoniści Live Lika a Cop to, tak jak później choćby Sędzia Dredd, Eastwoodowski Harry doprowadzony do ekstremum. Fred i Tony, policjanci Oddziału Specjalnego, nie przepuszczą bowiem żadnej okazji, aby kogoś pobić, zamordować lub – jeśli mają do czynienia z przedstawicielką płci najpiękniejszej – przelecieć. A że Włochy A.D. 1976 to istna kraina bezprawia, panowie mają ręce pełne roboty. Co więcej, gdy dowiadują się o planowanym przez pewną grupę napadzie, to (tutaj powinno być ostrzeżenie przed spoilerem) nie czekają, aż do niego dojdzie, aby móc złapać bandytów na gorącym uczynku. Zamiast tego z ukrycia wybijają ich wszystkich zanim napad naprawdę się rozpocznie. Zamiłowanie antybohaterów do bezlitosnej przemocy – która ukazana jest jako jedyne skuteczne narzędzie do walki z przestępczością – jest tyleż niezdrowe i prowokacyjne, co trywialne. Podobne ujęcie cechuje też motyw seksu.

– Z którym z nas będziesz się jebać?
– Z obydwoma.
– O ty sprośna dziwko! Ale którego z nas chcesz pierwszego? Bo przecież nie obu na raz.
– Najpierw ciebie, potem jego, a potem jakichś dwóch innych. Kobiety są dużo bardziej wytrzymałe od mężczyzn. Kiedy mężczyzna ma dość, kobieta może mieć jeszcze dwa albo trzy orgazmy. Dla nas to łatwe.
– Stop.
– Kobiety cierpią przez to, jak mało satysfakcji im dajecie. (…) Kiedy jesteśmy zakochane, to jeszcze możemy się pogodzić z kiepskim jebaniem, ale ja was nawet nie kocham.

Wbrew powyższemu dialogowi, w końcu uda się panom policjantom odbyć na oczach widzów stosunek. Z jedną kobietą. Będą się wymieniać, oczywiście dlatego, że obaj będą tak samo napaleni, ale nie mniej istotne (chociaż bardziej dla nas, niż dla nich) będzie to, że w pojedynkę żaden z nich nie będzie potrafił jej zaspokoić. Być może jednak właśnie dlatego do kolejnej dobierać się już będą jednocześnie.

Na pierwszy rzut oka ich skrajnie seksistowskie postępowanie wynika z ich „twardzielstwa”, lecz jeśli przyjrzeć się im bliżej, można odnieść wrażenie, że twórcy sugerują nam ich homoseksualizm. Wszak Fred i Tony to papużki nierozłączki. Bezwzględnie oddani sobie przystojniacy o identycznych fryzurach, jeżdżący wspólnie na jednym motorze (ciągłego obejmowania się nie sposób więc uniknąć), a nawet mieszkający razem w jednym pokoju. Nie, żeby coś więcej zostało nam pokazane, jednak ich relacje wyglądają jak przyjaźń chłopców (obaj jawią się jako duże dzieci), która wraz z upływem lat wskoczyła na nieco inny poziom.

Ultra-twardzi policjanci jako infantylni kryptogeje – jeśli oczywiście przyjąć, że nie jest to jedynie moja nadinterpretacja – to jeden z wielu żartów, w jakie Live Like a Cop obfituje. Liczne przejaskrawienia służą szokowaniu odbiorcy, a czasem prowadzą do czystej wody absurdu, choć niejednokrotnie granica jest cienka (kobieta „przyczepiona” do motocyklu szoruje plecami po chodniku, by po chwili zderzyć się głową ze słupem, a następnie zostać jeszcze przez napastników skopaną po głowie i klatce piersiowej; plecy uciekającego motorem bandziora poczęstowane zostają kilkoma nabojami, po chwili zderza się on z samochodem, przelatuje przez jego dach i wtedy zostaje zmiażdżony przez samochód kolejny).

Ten przepełniony akcją i czarnym humorem film stanowi też potwierdzenie tezy Enzo G. Castellariego, wedle której poliziottesco to uwspółcześniony spaghetti western, z pościgami samochodowymi/motorowymi zamiast konnych. Jest bad-assowy tytuł filmu brzmiący jak slogan reklamowy? Jest. A czy opowieść jest odpowiednio wywrotowa i anarchiczna? Oczywiście. Główne postaci są skurwielami? Bez dwóch zdań. Są też szybkimi niemalże jak błyskawica „rewolwerowcami”, których kule zdają się nie imać? Jak najbardziej. Tyle że (tu też powinno być ostrzeżenie przed spoilerem) nawet najtwardszego protagonistę spaghetti westernu zawsze w końcu spotyka jakaś porażka (zwykle punkt zwrotny pod koniec opowieści, kiedy zostaje nagle złapany i pada ofiarą tortur, aby oczywiście wkrótce uwolnić się i rozprawić z przeciwnikami w wielkim finale), natomiast antybohaterowie napisani przez Di Leo i sfilmowani przez Deodato, wbrew tradycji scenariopisarstwa, nawet w finale pozostają niedraśnięci. Nieważna dramaturgia, ważne że absolutnie nic nie jest w stanie przeszkodzić Fredowi i Tony’emu w beztroskim masakrowaniu kolejnych przeciwników. W czym tkwi największy żart filmu.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

2 Komentarze

  1. Ten dialog („– Z którym z nas będziesz się jebać?”) jest jak żywcem wyjęty z jakiejś powieści Łysiaka, tyle że on by wykropkował wulgaryzmy. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.