Leatherface (2017). „Nice to meat you”… again!

Share

Lata 50., Teksas, bliżej niesprecyzowane wygwizdowo. Przyjęcie urodzinowe kilkuletniego Jedidiah Sawyera trwa w najlepsze. Atmosfera staje się jednak ciężka, a rozpromieniona mina chłopca wpatrzonego w stojący przed nim tort nagle rzednie, kiedy matka rodziny, Verna, z namaszczeniem wnosi do pokoju prezent – wielką, ciężką piłę mechaniczną, która z hukiem ląduje na stole. Jubilat z fizycznym trudem oraz wewnętrzną niechęcią ujmuje swój podarek i, krocząc do rytmu słów zachęty skandowanych przez zebranych członków familii, podchodzi do przywiązanego do krzesła mężczyzny. Jed w ramach osobliwej inicjacji ma po raz pierwszy w życiu dokonać mordu i wreszcie wnieść wkład do rodzinnej tradycji, prawdopodobnie kultywowanej od pokoleń… To właśnie w tym uroczystym momencie rozpoczyna się historia człowieka, który później zasłuży sobie na złowrogo brzmiący przydomek – Leatherface.

Kolejna odsłona jednej z najbardziej nieskładnych fabularnie serii (w końcu połowa jej części nie ma ze sobą nic wspólnego) jest drugim w XXI wieku, po Pile mechanicznej 3D (2013), powrotem do Hooperowskich korzeni. Możemy więc zapomnieć wyłożoną pokrótce w remakeowym prequelu Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek (2006) przeszłość lekko podrasowanego „klona” młodego Sawyera, Thomasa Hewitta. Różnice nie kończą się jednak na detalach wczesnego żywota ikonicznego dla kina grozy antybohatera. W przeciwieństwie do PoczątkuLeatherface geneza głównej postaci nie jest zaledwie wprowadzeniem. Jest pełnometrażową opowieścią, w której klasyczny schemat pod tytułem „Grupa przyjaciół/przypadkowych przejezdnych trafia na psycholi i daje się wybić” przechodzi swego rodzaju metamorfozę. Hollywoodzkie prawidła odcisnęły swój znak na pracy Juliena Maury’ego i Alexandre Bustillo – francuskiego duetu reżyserskiego znanego zwłaszcza z przejmującego Najścia (2007) – pewne klisze i stylistyczne zagrania były zatem nie do uniknięcia, lecz ostatecznie nie chodzi przecież o to, by brać pod lupę każdą składową widowiska, tylko o to, by widowiskiem się nacieszyć. A Leatherface cieszyć się sobą jak najbardziej pozwala.

Mamy kilkoro uciekinierów z zakładu dla „trudnej młodzieży”, czyli właściwie zarówno dla całkiem zwyczajnych nieboraków sprawiających jedynie problemy wychowawcze, jak i prawdziwie niebezpiecznych jednostek o skłonnościach socjo- i/lub psychopatycznych… Kiedy rozpoczyna się przygoda, Jed jeszcze zalicza się do pierwszej kategorii. Wytłumaczenia, jak racjonalnie myślący, inteligentny i całkiem miły chłopaczyna staje się przygłupim brutalem z oryginalnej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974) nie ma; w Leatherface nie uświadczymy ani krzty psychologizowania (do niczego tutaj niepotrzebnego, zresztą tak samo jak w poprzednich częściach), dostajemy za to solidne kino drogi, bogate w szaleństwo, bestialstwo i śmierć. Scenariusz podąża za konwencją nieco inną od tego, do czego zdążyliśmy w sadze Sawyerów (i Hewittów) przywyknąć, ale oprócz tych motywów, których byśmy się w Teksańskiej nie spodziewali – na przykład obrzydliwy akt seksualny z podgniłym trupem, żywcem wzięty z Nekromantika (1987) Jörga Buttgereita – znalazła się też zadowalająca ilość takich, bez których każdy film spod znaku mechanicznej na chodzie byłby niekompletny. Jak choćby nasz ukochany dziadzio Sawyer, tym razem na tyle młody i silny, by samodzielnie roztrzaskiwać czachy młotem.

W tym połączeniu nietypowego podejścia do tematu ze starymi, dobrymi klimatami reżyserska ręka Maury-Bustillo, mimo że od głównonurtowych wymogów marketingowych się nie uchroniła, wciąż jest wyraźnie widoczna. Chociażby w bezkompromisowości i realistycznej estetyce ekranowej makabry: między innymi widzimy dokładnie, jak piła potrafi poharatać ciało (a nie zawsze było to w serii oczywiste, wbrew jej założeniom) oraz w jakich okolicznościach Leatherface dorobił się oszpecenia facjaty, które później już zawsze sumiennie zakrywał zrywanymi ze swoich ofiar „skórzanymi maskami”… Zdecydowanie jest na co popatrzeć, zacna siekanka to jednak nie wszystko, co obraz oferuje. Nie zabrakło kilku godnych zapamiętania na dłużej postaci drugoplanowych, jak mistrzowsko odegrana przez gwiazdę Obecności (2013) – Lili Taylor – Verna Sawyer, wielki i bezwzględny, acz w głębi serca wrażliwy Bud (Sam Coleman) przypominający Leatherface’a bardziej niż sam Leatherface oraz spragnione krwawo-erotycznych wrażeń dziewczę, Clarice (Jessica Madsen), która pierwotnie miała być hołdem złożonym Chop-Topowi z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną 2 (1986), lecz w końcu postanowiono ulepić z niej całkiem odrębną (choć równie „dziką”) bohaterkę.

To, że sam Jedidiah Sawyer pozostaje w cieniu barwniejszych charakterów, można uznać za wadę – bo przecież miało być o nim! – jak również zaletę – gdyż jakże ironiczny jest fakt, iż największy zwyrol (i to z dziada pradziada) jest zarazem najbardziej zrównoważonym osobnikiem w stadzie obłąkańców. Na szczęście dużo łatwiej przychodzi skłonić się ku drugiej opcji, w szczególności biorąc pod uwagę lekkość narracji, ciężką atmosferę umysłowego brudu, liczne ociekające krwią wstawki oraz świeżość, jaką niniejszy „nieodgrzewany kotlet” wnosi do franczyzy, która już od dłuższego czasu była w stagnacji. Maury i Bustillo pomyślnie przeszli trudną próbę na obczyźnie – nic, tylko się cieszyć… i czekać na następny ruch.

Michela Ferraro
Absolwentka sinologii i kultury amerykańskiej. Z lekkim sercem przyjmuje wszystko, co w kinie złe, chore i popieprzone. Wieczna emigrantka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.