Krwawy odwet (1986). Każdemu na koniec jego własny żart

Nakręcony przez nieznanego nikomu, wtedy i teraz, George’a Dugdale’a Krwawy odwet to film, jakich, wydawać by się mogło, w latach 80. powstało wiele. Jednak dzieło to wyróżnia się od reszty już na poziomie produkcji! To czystej krwi slasher nakręcony w… Wielkiej Brytanii. Z angielskimi aktorami, próbującymi udawać amerykańską młodzież. Sam film miał pierwotnie nosić tytuł Prima Aprilis, jednak pomysł ten porzucono zaraz po tym, jak w świat poszła informacja, że studio Paramount produkuje amerykańsko-kanadyjski horror pod takim właśnie tytułem.

Krwawy odwet zaczyna się od sentymentalnej podróży do czasów liceum. Szkolny kujon Marty (Simon Scuddam) właśnie ma szansę zaliczyć „ostatnią bazę” ze szkolną pięknością Carol (Caroline Munro). Dziewczyna prowadzi go do damskiej szatni, gdzie najpierw każe mu wziąć profilaktyczny prysznic. Podczas kąpieli do pomieszczania wpada banda chłopaków uzbrojonych w kamerę video i inne, mające ośmieszyć Marty’ego, gadżety. Na skutek głupiego żartu, twarz klasowego nerda zostaje poparzona kwasem. Tak, liceum to nie są rurki z kremem.

Po pięciu latach od zakończenia szkoły, absolwenci postanawiają zorganizować kameralny zlot, by powspominać sobie dawne czasy. Miejscem spotkania jest oczywiście gmach liceum Doddsville, które lata świetności ma zdecydowanie za sobą i obecnie przypomina pół-melinę i pół-pustostan. Jednymi z przybyłych jest oczywiście Carol oraz mocno zdeformowany Marty, który właśnie uciekł ze szpitala dla psychicznie chorych.

Brzmi sztampowo? Bo właśnie ma tak brzmieć! Krwawy odwet odhacza chyba wszystkie standardowe elementy slashera, od stereotypowej ekipy (sportowiec, fan zielska, łatwa panienka czy królowa studniówki) przez obowiązkowy seks na scenie i wspólnej kąpieli kończąc. Sam morderca przywdziewa tutaj maskę błazna, którą jeden z jego dawnych kolegów nosił podczas feralnego wieczora w damskiej szatni.

Jednak film cieszy się pewną estymą wśród fanów nurtu przede wszystkim fantastycznymi scenami śmierci! Bo twórcy Krwawego odwetu zadbali, byśmy czerpali z ekranowych morderstw taką samą satysfakcję, jak szukający wendetty Marty. Pośród takiej klasyki, jak siekiera na twarz i powieszenie na haku, znajdziemy tutaj sprytne użycie kosiarki oraz kąpiel w kwasie.

Najbardziej pamiętliwa scena to oczywiście ta, w której jeden z chłopaków wypija puszkę „doprawionego” wcześniej piwa. Cała reszta co prawda nie wybija się ponad jakiś ustanowiony wówczas poziom, a wszelkie braki budżetowe stara się przypudrować sporą dawką ironii. Melanż sztucznej krwi, tandetnych efektów poklatkowych i chaotycznego montażu sprawia, że ten cały bałagan da się przełknąć bez zająknięcia.

Tak jak już wspomniałem, Krwawy odwet to taka środkowa półka ówczesnych horrorów. Nawet ukochany przez wszystkich Jason z serii Piątek 13-tego (1980-2009) otrzymuje tutaj hołd, kiedy jedna z postaci próbuje na żarty pobiegać w masce hokejowej. Swoją drogą, za muzykę odpowiedzialny jest tutaj Harry Manfredini – twórca soundtracków do większości przygód Voorheesa.

Największą bolączką filmu jest zdecydowanie brak konkretnej wizji, w końcu scenariusz był kilkukrotnie przepisywany z myślą o położeniu nacisku na różne wątki. To trochę tak, jakby ktoś chciał nakręcić kolejną Carrie (1976), ale w roli ofiary/oprawcy użył postaci z kreskówki. Jeśli przebrniecie przez pokłady kłującego w oczy aktorstwa, wszechobecnej głupoty i realizacyjnych potknięć, otrzymacie jednak, mimo wszystko, naprawdę przyjemny film. W końcu w Prima Aprilis nie wypada być poważnym!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.