Kolorowy świat Gaspara Noégo. Część II: 2009-2018

Prowokacyjny styl Gaspara, zapoczątkowany już w jego pierwszym większym projekcie, Carne, a doprowadzony do ekstremum w słynnym Nieodwracalnym, zapewnił temu argentyńsko-francuskiemu twórcy mocną pozycję na arenie współczesnego kina europejskiego. Zwłaszcza ten drugi tytuł odbił się szerokim echem na festiwalu w Cannes, gdzie widownia miała krzyczeć „Quelle horreur!” (z francuskiego „to jest okropne!”), a wedle plotki ponad 200 osób nie wytrzymało do końca seansu. Jednak z biegiem czasu sam reżyser nieco odszedł od budzących kontrowersję bohaterów (jak choćby mającego kazirodcze zapędy rzeźnika) w stronę postaci bardziej prozaicznych. Oczywiście, nadal celuje w tematy tabu, których wielu innych nie odważyłoby się poruszać. Gaspar jest jednym z tych reżyserów, którzy kręcą filmy wyłącznie pod siebie. Stąd też nawet dość przyziemna historia miłosna w jego rękach urasta do miana narkotycznego koszmaru. A wraz z premierą fantastycznego Wkraczając w pustkę, o Noém zaczęto mówić nie jako o bękarcie francuskiego kina transgresji, lecz jako o jednym z najbardziej ekscentrycznych i pomysłowych twórców w ogóle.

Wkraczając w pustkę (2009)

W swoim ikonicznym dziele, Gaspar Noé bierze nas w astralną podróż nad rozświetlonymi łuną neonów dachami Tokio. Niczym pozornie niezdecydowany duch, dryfujemy po uliczkach kontrolowanej przez jakuzę dzielnicy Kabukicho. Czasami zaglądając między ciasne cztery ściany tokijskich loftów, innym razem dane nam będzie wejść dosłownie w czaszkę innej osoby, by zobaczyć świat z zupełnie nowej perspektywy. Wkraczając w pustkę to złożona i wymagająca jazda rollercoasterem, która łączy kosmiczny fatalizm New Age, staroszkolną psychodelę oraz najnowocześniejsze techniki cyfrowej obróbki filmu. Prawdziwie nihilistyczna opowieść pisana przez geniusza.

Halucynogenna odyseja kręci się (i to dosłownie!) wokół postaci młodego Amerykanina, Oscara (Nathaniel Brown), parającego się handlem narkotykami w samym sercu Tokio. Nieudana transakcja w klubie Void staje się przypieczętowaniem kariery bohatera, który kona od policyjnych kul wijąc się w obskurnej ubikacji. I w tym momencie rozpoczyna się tak naprawdę właściwa akcja filmu. Duch Oscara opuszcza pozostawione w embrionalnej pozycji ciało i rusza w podróż przez czas i miejsca, by w końcu wrócić do swoistego punktu końca. A to wszystko w myśl popularnego powiedzenia: „Każde zakończenie stanowi początek czegoś nowego”.

Wkraczając w pustkę znajduje się pod silnym wpływem kina psychodelicznego lat 60. i 70. i obrazów takich, jak 2001: Odyseja kosmiczna (1968) czy Przedstawienie (1970). Sam reżyser przyznaje, że tytuły te zainicjowały jego własne doświadczenia, jak choćby seans Tajemnicy jeziora (1947) po spożyciu wiadomego rodzaju grzybów. Jednak w przeciwieństwie do klasyki, która zawsze lepiej stymulowała doświadczenie psychodeliczne aniżeli je symulowała, film Gaspara jest tak realistyczny w ukazaniu tripu po DMT, że oglądanie go na haju może być czystym marnotrawieniem towaru!

Podróż Oscara nie przypomina wznoszenia się na coraz to wyższe poziomy kosmicznej super-jaźni. Jeden z bohaterów, Alex (Cyril Roy), opowiada o cyklu życia opisanym w Tybetańskiej księdze umarłych – praktycznym poradniku radzenia sobie po śmierci (warto zaznaczyć jednak, że Wkraczając w pustkę raczej dość luźno bierze sobie ją za tekst źródłowy!). Z tego punktu widzenia, zawarta w niej filozofia reinkarnacji sprawia, że nie ma niczego innego, poza światem który znamy. Jesteśmy skazani na ciągłe powroty tu i teraz, nigdy nie doświadczając czegoś więcej.

I właśnie taka też jest historia głównego bohatera! Oscar nie doznaje wielkich objawień na temat sensu życia i natury egzystencji, nie staje się nikim więcej niż był za życia. Pozbawiony jego osoby świat nie jest ani lepszy, ani gorszy niż wtedy, kiedy „po raz pierwszy” się na nim pojawił. Jego pośmiertny byt po prostu wędruje przez wszechświat do momentu, aż jego osobowość nie dogaśnie odpowiednio, by zacząć wszystko na nowo. Jeśli odczytamy to w kontekście teorii wiecznego nawrotu, otrzymamy happy end – powrót do błogiego dzieciństwa.

Zawieszony w pośrednim stanie – w Tybetańskiej księdze umarłych noszącym nazwę Bardo – Oscar nie tylko przeżywa na nowo kluczowe momenty swojego życia, szczególnie tragicznej utraty rodziców. Niczym anioł stróż czuwa nad swoimi bliskimi i poprzez karmiczny wpływ poniekąd kieruje ich losami. Jest to zabieg, który popycha fabułę filmu kręcącą się w większości wokół relacji głównego bohatera z siostrą. Sam styl prowadzenia historii zmienia się wraz z jej postępem. Kiedy Oscar wciąż żyje, widzimy dokładnie to, co on (narracja stricte subiektywna, tj. obiektyw kamery udający oczy postaci), a obraz cyklicznie przerywają jego mrugnięcia. Jego umysł reprezentuje szeptany, paranoiczny monolog. Natomiast po śmierci dryfująca, niema kamera skutecznie buduje poczucie zupełnego doświadczania poza ciałem.

Innym bohaterem filmu okazuje się samo miasto. W wizji Gaspara, Tokio jawi się niczym rozgałęziona, krystaliczna sieć namalowana neonem na rozgwieżdżonym niebie. Zrezygnowanie z pokazania nam wielkiej aglomeracji w świetle dnia sprawia, że jawi się ona jako iluzoryczny miraż. Zaskakująco podobny do tych, które Oscar widzi po zapaleniu DMT.

Dla szerokiej publiki ta prawie 3-godzinna psychodeliczna jazda może okazać się niestrawna, to prawda. Gaspar Noé nie próbuje sprzedać tutaj żadnej duchowej filozofii – sam nie wierzy w życie po śmierci – a cielesność i duchowość w jego filmach to po prostu dwa punktu tego samego spektrum. W całej tej percepcyjnej kakofonii, Wkraczając w pustkę jest filmem zaskakująco spokojnym, a każdy jego element sprawia, że jest to wyjątkowo interesujący i niezapomniany obraz.

Love (2015)

Przekroczywszy już granicę przemocy, mizoginii i nadużywania narkotyków, Gaspar Noé postawił przed okiem swej kamery przesiąkniętą seksem miłość. A wszystko to w technologii 3D! Ponadto, film spełnia wszystkie ponętne założenia, jakim cechuje się gatunkowy romans. Jest odpowiednio czuły, wzruszający, a nawet gustowny. Dla jasności jednak, Love zachowuje wiele stylistycznych manier, które sprawiają, że dla wielu widzów kino Noégo jest frustrujące. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że pozornie jest to najbardziej dołujący film w kinematografii Gaspara, pomimo dość standardowej narracji. Na całe szczęście tylko pozornie!

Love to historia pary artystów zamieszkujących Paryż początku XXI wieku. Murphy (Karl Glusman) to elegancki i idealistyczny student filmówki z Ameryki. Electra (Aomi Muyock) to z kolei wolna dusza, artystka absolutna. W miarę jak ich namiętny i przepełniony seksem związek ulega rozpadowi, podejmują próbę ratowania go przy pomocy narkotyków i angażowania osób postronnych do łóżkowych eksperymentów. Ostatecznie porzucony przez Electrę Murphy, kończy w paryskim mieszkaniu wraz z inną kobietą, która zachodzi z nim w ciążę.

Większość historii poznajemy przez podkręcone opium wspomnienia głównego bohatera. Jego pamięć o Elektrze to aberracja – pewnego dnia jej matka informuje Murphy’ego o nagłym zniknięciu dziewczyny. Jej nagła nieobecność to prawdziwa trampolina emocji zahukanego chłopaka, zwieńczona symbolicznym zatrzaśnięciem drzwi przed twarzą. Od tamtej pory zrezygnowany bohater nie dba ani o swoją obecną kobietę, ani o ich wspólne dziecko, które tak naprawdę darzy ogromnym uczuciem. W czterech ścianach ciasnego mieszkania, które dzielił kiedyś z Electrą, a obecnie pełniącym funkcję sentymentalnego więzienia, toczy monolog powtarzając jak mantrę: „Jestem przegranym”.

W przeciwieństwie do poprzednich projektów twórcy, Love jest filmem stosunkowo łatwym do przełknięcia. To przede wszystkim przepięknie nakręcony melodramat erotyczny, przedstawiający tytułowe uczucie w jego najbardziej naturalistycznym ujęciu. Sam Gaspar w wywiadzie dla BOMB MAGAZINE powiedział, że „jest to historia miłosna opowiedziana z perspektywy łóżka”. To obraz, w którym wręcz namacalnie możemy odczuć zaplątane między bohaterami uczucia, od szczerej nienawiści po wzajemne pożądanie. Wiele scen tutaj naprawdę zapiera dech w piersi, a sceny seksu nakręcone są tak, że krew uderzy nam prędzej do serca niż spłynie poniżej bioder. Para kochanków spleciona w miłosnym uścisku, Elektra szepcze Murphy’emy na ucho „Pokaż mi, jaki możesz być czuły” – czyżby świadomy dialog z samym reżyserem, kojarzonym głównie z filmową makabrą?

Co prawda, Love nie pieści naszych zmysłów na poziomie Wkraczając w pustkę. Nie znajdziemy tutaj narracyjnego zamieszania, fragmentaryzacji historii ani „magicznych” sztuczek. Jednak filmowi genialnie udaje się rozbudzić fantazję o uczuciu takim, które uszlachetnić może tylko jego katastrofalny upadek. Retrospekcje przesycone są kolorem miłości – czerwonym. Czerwone są tutaj drzwi do mieszkania Elektry, jej golf, płaszcz i jedwabny szlafrok, w końcu prześcieradło. Światła nigdy nie gasną, mimo że większa część filmu dzieje się po zachodzie słońca. Wszystko to skutecznie kieruje nas w stronę wręcz poetyckiej ody do miłości.

Love to również film o samym twórcy. Elektra nosi nazwisko reżysera, a Murphy – którego ulubionym filmem okazuje się 2001: Odyseja kosmiczna (1968) – nadaje swojemu dziecku imię Gaspar. Jednak sam reżyser przenosi tę zabawę na całkowicie wyższy poziom! Główny bohater w jednej ze scen stwierdza, że „chcę kręcić filmy o krwi, spermie i łzach”, by później rzecz: „Moim marzeniem jest nakręcić film, który pokaże nam prawdziwą, sentymentalną seksualność. Dlaczego nie widzieliśmy jeszcze tego w kinie?”. Zresztą sam Gaspar pojawia się tutaj w roli obłąkanego, byłego chłopaka Elektry!

Noé stworzył film prowokujący swoją zawartością – tylko tutaj znajdziemy erekcję nakręconą w pełnym trójwymiarze. Ostatecznie śmiało można stwierdzić, że – wbrew temu, jaki początkowo zdaje się być – jest to najmniej dołujący film w jego całej karierze. Zakończenie bowiem otwarcie mówi nam, że miłość można spotkać ponownie. I kto wie, może właśnie w tej najczystszej postaci.

Climax (2018)

W Climax kamera dryfuje nad głowami skazanych na zagładę postaci. Upadek nastąpi w rytm głównie tanecznej ścieżki dźwiękowej i do choreografii ułożonej przez grupę francuskich tancerzy. Gdyby posłużyć się filmowymi tropami, piąty pełnometrażowy film Gasapra Noégo można określić jako kwaśny melanż Step Up (2006) oraz Salo, czyli 120 dni Sodomy (1975). Nie wspominając już o dezorientującej manipulacji filmowymi „creditsami”, z których znany jest reżyser.

Akcja filmu ma miejsce w 1996 roku i skupia się na doświadczeniu zamkniętej pośrodku pustkowia grupy tancerzy, napojonych sangrią doprawioną LSD. Noé nie śpieszy się z nakreśleniem topografii miejsca oraz poukładaniem kolorowego i tętniącego życiem środowiska, zanim rozerwie je na strzępy. A wszystko to zwieńczone zostaje, zwiastowanym już w prologu, niemal slasherowym motywem z zakrwawioną, czołgającą się ostatkami sił po śniegu final girl!

Autor zdjęć Benoît Debie – odpowiedzialny również za trzy poprzednie filmy Gaspara – nakręcił wszystko z odpowiednią sobie akrobatyczną wręcz intensywnością. Dając przy tym samemu reżyserowi idealne naczynie, by wypełnić je smoliście gęstą zawartością. W Climax Noé daje upust swoim nihilistycznym zapędom. Reprodukcji i destrukcji. „Narodziny to wyjątkowa okazja” – mówi jeden z napisów poprzedzających seans. Jedna z tancerek jest w ciąży, inna jest matką, której młodociany syn snuje się bezradnie w chaosie, zanim zostaje zamknięty w komórce, aby dokonać swojego żywota. Swoją drogą sekwencja ta okazuje się być wspaniałą parafrazą słynnej sceny w metrze w Opętaniu (1981) Andrzeja Żuławskiego.

Noé żartobliwie nazywa Climax „francuskim filmem” wkładając w usta bohaterów, przed którymi rozpościera się perspektywa trasy po USA, frazy w stylu „Zabijmy wszystkich tych Jankesów”! Aczkolwiek wiszącą na ścianie flagę Francji postacie wspominają raczej z obrzydzeniem i niepokojem. Oprócz tego bohaterowie dywagują na temat chorób przenoszonych drogą płciową i seksie analnym, a wszystko to na tle przesyconej palety barw: czerwieni, zieleni i czerni.

Gdy dietyloamid kwasu lizergowego na dobre zamąci wszystkim w głowie, każdy kadr przechodzi w stan permanentnego niepokoju. Niektórych z bohaterów spotyka przerażający koniec, podczas gdy inni grzęzną w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. W jednej ze scen kobieta pada na ziemię targana traumatycznymi torsjami, podczas gdy tuż za nią inna dziewczyna pozostaje w zapętlonej sekwencji sobie tylko znanych gestów. Gaspar Noé jest bez wątpienia mistrzem grania na naszych najbardziej skrytych uczuciach i podkręcania naszych stanów emocjonalnych do ekstremum. Pod koniec filmu sam obraz odwraca się o 180 stopni, pozostając w ciągłym stanie zamieszania do góry nogami.

Choć wielu krytyków niesłusznie zaszufladkowała Noégo jako zapatrzonego w siebie i niemającego nic do powiedzenia prowokatora, Climax to film, który ma już dość wyraźnie zarysowane tło. Akcja umiejscowiona w okresie rozkwitu muzyki Daft Punk i pod widmem Algierskiej Wojny Domowej, przedstawia nam pokolenie ludzi ograniczonych przez swoją dysfunkcję oraz pragnących zignorować problemy reszty świata. Całość odebrać można również jako celebrację życia „tu i teraz”, w czym pomagają pojawiające się na ekranie Godardowskie proklamacje w stylu „życie jest zbiorową niemożliwością”.

Climax udowadnia nam, jak cienka jest okleina człowieczeństwa oraz jak niewiele potrzeba, abyśmy zboczyli z ustalonej ścieżki. Nihilizm poprowadzony zostaje tutaj do granic przyzwoitości ręką prawdziwego wirtuoza. Trudno mówić o nim jako o filmie „dojrzalszym”, zwłaszcza z perspektywy poprzedniej produkcji. Wszystkie te przeciągnięte ujęcia nie służą tylko popisówce, podkreślają one nieunikniony charakter koszmaru od którego nie możemy odwrócić wzroku. Mimo że jest to prawdziwe danse macabre, chcemy w nim uczestniczyć wcześniej zapodając sobie pełny kubek sangrii.

I, nie wysilając się zbytnio, zakończę ten ostatni (póki co!) przegląd filmów Noégo słowami samego twórcy. W wywiadzie dla Vice, zapytany o to, co napędza jego sztukę, odpowiedział: „Nie obchodzi mnie, co widownia myśli o moich filmach. Sam przykładowo nienawidzę Gwiezdnych Wojen, uważam że wiele produkcji fantasy jest zbyt przewidywalna. Ale duża część publiki wciąż ogląda te filmy. Jako reżyser nie startuję w wyborach na prezydenta, dlatego nie potrzebuję poparcia całego kraju. Oferuje tylko mój punkt widzenia. Tworzę filmy z elementów inspirowanych innymi filmami, ale głównie czerpię z moich życiowych doświadczeń. Opinia publiczności i sprzedaż biletów nie są dla mnie problemem. Tak długo, jak jestem szczęśliwy, moim jedynym zmartwieniem jest stworzenie czegoś zbliżonego do tego, co cieszy moją rodzinę i mnie. To nie tylko dla mnie, ale także dla nich.”

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.