Kleinhoff Hotel (1977). Ostatnie tango w Berlinie

Pascale Rostand (Corinne Cléry) jest żoną wziętego architekta. Podczas jednej z podróży służbowych męża, towarzysząca mu Pascale spóźnia się na lot do Londynu i zmuszona jest zostać na jeden dzień w Berlinie Zachodnim. Kobieta decyduje się zatrzymać w hotelu Kleinhoff, gdzie mieszkała przez krótki okres w czasach studenckich. Po zameldowaniu odkrywa, że gościem pokoju obok jest poszukiwany przez policję terrorysta. Zaintrygowana jego osobą, przedłuża swój pobyt i zaczyna śledzić przestępcę. Wkrótce, między tą dwójką zawiąże się namiętny romans…

Carlo Lizzani zaczynał jako scenarzysta, pracując przy takich tytułach, jak Niemcy – rok zerowy (1948) czy Gorzki ryż (1949), by z czasem samemu zająć się reżyserią. Początkowo jego filmy wpisywały się w wiodące nurty w kinie włoskim, w szczególności neorealizm, jednak w drugiej połowie lat 60. przerzucił się – jak większość jego kolegów po fachu z krainy spaghetti – na kino gatunkowe. Miłośnicy pulpy najbardziej więc docenią Lizzaniego za takie tytuły jak poliziottesco Crazy Joe (1974), dramat społeczny z elementami pornograficznymi (sic!) The Teenage Prostitution Racket (1975) czy giallo The House of the Yellow Carpet (1983). Kleinhoff Hotel potraktować można z kolei jako wariację na temat Nocnego portiera (1974) w eksploatacyjnym sosie. Ta kameralna opowieść o toksycznym związku, który z góry skazany jest na klęskę to całkiem stylowa robota, w której jednak ogólna powaga kłóci się z mieliznami scenariusza.

Fascynacja głównej bohaterki osobą bandziora z czasem zaczyna przypominać objawy syndromu sztokholmskiego, a reżyser nie zadaje sobie większego trudu, by wyjaśnić widzowi, z jakiego powodu zamożna, piękna kobieta sama pcha się do łóżka wyjętemu spod prawa mazgajowi. Nieco pretensjonalny romans miesza się tutaj z dreszczowcem podlanym komentarzem społeczno-politycznym, jako że twórca przywołuje akty terrorystyczne dokonywane przez niemiecką Frakcję Czerwonej Armii oraz włoskie Czerwone Brygady. Nad wszystkim unosi się duch fatalizmu, dzięki czemu seans upływa w dość ponurej atmosferze – trzeba przyznać, że na ekranie udało się przynajmniej częściowo oddać ducha niespokojnych czasów. Do tego dochodzą dość liczne, skąpane w półmroku sceny łóżkowe, dzięki którym rzecz w pierwszej kolejności sprawdza się jako nakręcone ze smakiem soft-porno.

Szkoda w tym wszystkim jednak postaci, które zwyczajnie mogłyby być ciekawsze od strony psychologii. Corinne Cléry, która karierę zaczynała od występu w kontrowersyjnej Historii O (1975), by potem zostać „dziewczyną Bonda” w Moonrakerze (1979), tutaj głównie pięknie wygląda i chętnie się rozbiera. Towarzyszący jej Bruce Robinson (w późniejszych latach znany głównie jako reżyser takich filmów, jak Withnail i ja [1987] oraz Jennifer 8 [1992]) z włosami do ramion i brodą ma wprawdzie naturalne warunki, by wcielić się w „złego chłopca”, ale jego bohatera „psuje” decyzja reżysera, by uczynić go brutalem skrywającym wrażliwe wnętrze (czyt. męczennikiem rodem z prozy romantycznej). Na drugim planie jest jeszcze Petra, grana przez Katję Rupé – aktorka zaledwie rok później wyreżyseruje (w towarzystwie m.in. Schlöndorffa i Fassbindera) jeden z segmentów nowelowego filmu Niemcy jesienią, paradokumentalnej mozaiki na temat zamachów RAFu dokonanych w drugiej połowie 1977 roku. Petra to iście punkowe dziewczę, które podczas zatrzymania na komisariacie zwięźle wykłada „psom” swoją filozofię nihilistycznego, autodestrukcyjnego buntu. Piękne czasy ćpuńskiej kontestacji, dosłownie na moment przed tym, jak RFN-em wstrząsną wspomnienia nastoletniej heroinistki, Christiane F.

Nie ulega wątpliwości, że Lizzani miał ambicje, aby jego obraz był czymś więcej, aniżeli tylko arthouse’owymi ujęciami cycków i penisa w półzwisie. Nie bez powodu niespieszna narracja i klarowne nawiązania do będącej wówczas na czasie kwestii skrajnie lewicowych ugrupowań. Zabrakło mu jednak przenikliwości Bernardo Bertolucciego czy Liliany Cavani, by wycisnąć z pościeli więcej, niż jęk rozkoszy i odrobina trudnego do wyprania brudu. Otrzymujemy więc intrygujący półprodukt: duszny, deliryczny erotyk z podzielonym murem Berlinem w tle, z którego przedramienia wystaje wciąż ciepła jeszcze strzykawka. Jak dla mnie – wystarczająco dobry układ. Niekoniecznie dla tych, co szukają instant-podniety, raczej dla miłośników wystylizowanych „zakalców”.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.