Kilka myśli wokół Drive

Share

(Niniejszy tekst pierwotnie opublikowany został pięć lat temu na łamach jeszcze jednoosobowej Kinomisji.)

Co łączy baśnie braci Grimm, kino samurajskie, filmy Johna Hughesa i Pretty Woman, a co jednocześnie wcale nie jest żadną postmodernistyczną żonglerką konwencjami i cytatami? Najnowszy film Nicolasa Windinga Refna. A co łączy westerny, film noir i kino sensacyjne lat 80., czasem wspomnianą żonglerką będąc, a czasem znowu nie? Również najnowszy film Nicolasa Windinga Refna, jednakże niekoniecznie w opinii jego samego, lecz filmowych krytyków. W zależności też od recenzującej akurat osoby, w Drive zauważyć można także wpływy takich artystów, jak Sergio Leone, Jean-Pierre Melville, Sam Peckinpah, Michael Mann, Clint Eastwood czy Quentin Tarantino. „Ich domeną jest szeroko pojmowana nadinterpretacja” – pisał w jednym ze swoich komiksów Jakub Kiyuc. – „Szukanie ukrytych treści tam, gdzie nikt normalnie nie spodziewałby się ich istnienia. Są biegli we wszystkich niekonwencjonalnych przekazach, które mogą, ale nie muszą wpływać na twoje pojmowanie świata. (…) Ich zadanie to patrzeć, obserwować i recenzować. I nie daj Boże, jeśli połączą w swej nieodgadnionej imaginacji nocne mazy młodego artysty z (tajną) pracą naukowca (…)” Ale zaraz – przecież Drive aż się samo o to prosi. Przynajmniej do pewnego stopnia.

Film ten stanowi zwieńczenie luźnej trylogii zapoczątkowanej Bronsonem, a kontynuowanej Valhalla Rising. To kino wizyjnej formy śmiało eksperymentujące z językiem filmu (eksperymenty te cechują całą twórczość Duńczyka, jednakże w pierwszych filmach na mniejszą skalę). Każdy ze wspomnianej trójki charakteryzuje się prostą, a jednak zaskakującą konstrukcją scenariusza, tym samym tematem historii (transformacja bohatera w typ nadczłowieka) oraz nietuzinkowym sposobem opowiadania. Oto przecież film biograficzny – tudzież „więzienny” – przedstawiony został jak opera, historia wikingów wyprawiających się na podbój Jerozolimy wygląda jak science fiction, wreszcie noir-podobne Drive opowiedziane zostało jak baśń. Bronson uznany został za „Mechaniczną Pomarańczę XXI wieku”, chociaż reżyser inspirował się przy jego tworzeniu obrazami Kennetha Angera, nie Kubricka, z kolei skrajnie modernistyczne (?) Valhalla Rising przez złośliwych nazwane zostało „filmem o wszystkim i o niczym”, a nawet „filmem dla nikogo”.

Najnowszemu dziełu Windinga Refna najbliżej właśnie do drugiego z nich, chociaż przecież na brak popularności i zrozumienia narzekać ono już nie może. Reżyser znowu łączy ze sobą to, co uchodzi za sztukę niską, z tym, co uchodzi za sztukę wysoką. Tym razem jednak proporcje zostały bardziej wyważone, co jest niewątpliwie zasługą bardziej klasycznego – tym samym też dużo strawniejszego w konsumpcji – scenariusza. Największe podobieństwa to bohater i narracja, nie tylko subiektywna, jak wcześniej, lecz poetycka. Już od swojego debiutu Duńczyk unikał mówienia widzowi wprost o zamiarach swoich postaci, z reguły usuwając z historii standardowe przedstawienie ich celów, zaś ich najważniejsze poczynania ilustrując głównie ciszą/dźwiękami otoczenia. Valhalla Rising, gdzie bohaterem jest człowiek niemy, stanowi pod tym względem apogeum, aczkolwiek to, co wcześniej czyniło filmy Windinga Refna surowymi, od tej pory zaczęło czynić je lirycznymi (już Bleeder bywał liryczny, ale w mniejszym stopniu). Bo gdy dialogi zostały ograniczone do niezbędnego minimum, pojawiło się więcej miejsca dla muzyki. A tą reżyser częstuje jak halucynogennym narkotykiem. Z kolei bardziej tradycyjna fabuła uwypukliła tu ekstrawagancję – ale też błyskotliwość – samej reżyserii.

Drive kończy się tam, gdzie Valhalla Rising się zaczynało, gdyż mimo licznych wspólnych elementów, scenariuszowe struktury tych filmów stanowią swoje przeciwieństwo. Swoją przejrzystością i pozornym brakiem oryginalności Drive przypomina zaś Pushera, pierwszy i najbardziej gatunkowy obraz w karierze Duńczyka. Przy tym jednak autor zastawił tu na odbiorcę tyle samo pułapek interpretacyjnych, ile w opowieści o Odyno-podobnym wojowniku, choć już zupełnie innej kategorii (owe pułapki najlepiej tym razem wziąć w cudzysłów). Teraz bowiem nie sprawia już kłopotów ze zrozumieniem wymowy swojego dzieła, lecz z uporządkowaniem jego wzorców. Innymi słowy, szary widz w trakcie seansu problemów nie ma, cieszy się w końcu świętym prawem do zwykłej konsumpcji, ale z krytykami filmowymi sprawa wygląda już trochę inaczej.

Drive okazuje się pod tym kątem niemal tak samo enigmatyczne, jak bohater, o którego losach opowiada. To człowiek, którego przeszłości nie znamy, dzięki czemu jego charakter jest dla nas „elastyczny”. Każde jego zachowanie jesteśmy w stanie zaakceptować, jako dla niego zupełnie naturalne, niezależnie od tego, jak bardzo może zaskakiwać. Jak mówił Winding Refn: człowiek, który niemalże nie odzywa się, staje się lustrzanym odbiciem naszych domysłów. Wkładamy w jego głowę myśli, o które go podejrzewamy, będąc z czasem coraz bardziej utwierdzonymi w przekonaniu, że nie możemy się mylić. Nasza interpretacja jest jedyną słuszną, bo punktem odniesienia są wyłącznie nasze obserwacje. Wyobrażenie na jego temat zmienia się, gdy działa wbrew naszym oczekiwaniom, ale sami jesteśmy w stanie owe działanie uargumentować (wspomniana elastyczność). Po raz kolejny przywołać tu można Valhalla Rising. Tyle że tam odczytywaniem myśli bohatera zajmował się towarzyszący mu w podróży chłopiec, a teraz tę funkcję pełni sam odbiorca filmu.

Tak jak widz chętnie dopisuje przynajmniej pewne epizody z tajemniczej przeszłości bohatera, tak krytyk wypisuje swoje skojarzenia, szukając wzorców w znanej sobie historii kina, niekoniecznie sięgając do odpowiedniego źródła. Zestawienie kolejnych recenzji z wypowiedziami Windinga Refna w niektórych wypadkach obnaża dziennikarskie lenistwo i talent do nadinterpretacji  – „tarantinowska żonglerka konwencjami”, „piękno przemocy rodem z Peckinpaha”, „bohater inspirowany rolami Eastwooda”. Efektem tego są potem widzowie (a czasem nawet i sami krytycy!), którzy po Drive oczekują np. gatunkowego pastiszu. Przypomina to trochę sytuację z Domem złym, który z miejsca określony został „polskim Fargo” i „polskim Tarantino”. Śmiał się z tego sam Smarzowski tłumacząc, że mamy głupią tendencję do usilnego szufladkowania wszystkiego, co dla nas w jakiś sposób nowe, podpierając się w wymyślnych opisach pierwszymi lepszymi skojarzeniami. Drive spotkało dokładnie to samo, lecz na większą skalę, czego głównym powodem zdaje się być fakt, że to dopiero pierwszy film Duńczyka, jaki obejrzeć można na naszych ekranach (pomijając nieliczne pokazy festiwalowe niektórych ze wcześniejszych jego produkcji). Krytycy nie bardzo wiedzą jak mają na jego kino reagować. Czy to film bardziej rozrywkowy czy jakiś artystyczny może? Czy ten skorpion wyhaftowany na kurtce bohatera to postmodernistyczny odnośnik do legendarnego Scorpio Rising czy może klasyczny filmowy symbol?

Jednakże w pozostałych wypadkach owe zestawienie recenzji z wypowiedziami autora przypomina jak bardzo powtarzalna bywa sztuka. Oto przecież Winding Refn, jak sam mówi, sięgnął w Drive po archetypy z baśni braci Grimm. A następnie po Pretty Woman (!). Tyle, że wzorce reżysera są tak subtelnie zarysowane i tak mocno związane ze wszystkimi pozostałymi elementami dzieła, że ich autonomia zostaje przez nie niejako zneutralizowana. „Pułapki interpretacyjne” zastawił nieświadomie (co też w żaden sposób nie obniża wartości dzieła). Tam, gdzie jedni krytycy przypadkiem strzelają sobie w stopę, tam drudzy skutecznie dowodzą, że są na właściwym miejscu.

Dochodzi tu bowiem też do bardzo ciekawiej sytuacji, kiedy to niektórzy recenzenci pisząc o Drive zupełnie inaczej, niż mówi o nim sam autor, mają dokładnie tyle samo racji, ile on. Przy melodramatycznej części filmu Winding Refn inspirował się kinem Johna Hughesa z lat 80., szczególnie zaś komedią pt. Szesnaście świeczek, ale także wspomnianym już Pretty Woman (którym zainteresował się ze względu na jego baśniowy charakter). Dorzucił do tego elektroniczną muzykę charakteryzująca tę dekadę, aczkolwiek wyłącznie dlatego, że ją sobie bardzo ceni, a przy takiej fabule z pewnością „będzie brzmieć ciekawie”. Oto esencja jego czysto intuicyjnego podejścia do tworzenia kina. I do czego to doprowadziło? Otóż skoro obraz jest po części filmem akcji, a z wyżej opisanych powodów utrzymany jest w duchu lat 80., automatycznie przypisuje mu się hołdowanie amerykańskiemu kinu sensacyjnemu tejże epoki. I co z tego, że – na co wszystko wskazuje – nie było to zamiarem Windinga Refna, skoro tak właśnie wygląda? Częściowo pod kątem tej właśnie ewentualnej inspiracji świetną recenzję napisał Krzysztof Świrek. Recenzja ta stoi niejako w opozycji do niektórych wypowiedzi Duńczyka z różnych wywiadów, co jednak w żaden sposób nie neguje jej trafności. Reżyser wspominał tam choćby o zamiarze przedstawienia świata bliżej nieokreślonego, wzorowanego na klasycznych baśniach. Z której strony by na to dzieło nie spojrzeć, jego kolejne elementy doskonale się uzupełniają.

Przed przystąpieniem do realizacji Duńczyk oglądał wiele filmów samurajskich, co miało duży wpływ na swego rodzaju zuniwersalizowanie głównego bohatera. Czy nazwie się go rycerzem, roninem czy kowbojem, będzie to tak samo trafne. Choć oczywiście Drive zawiera w sobie cechy przypominających noir, nie natknąłem się na żaden wywiad, w którym reżyser choćby słowem wspomniał o tym nurcie. Co znowu o niczym nie świadczy. „Panie Winding Refn, zrobił pan wzorcowy obraz neo-noir, nawet, jeśli pan sobie nie zdaje z tego sprawy” – chciałoby się powiedzieć po przeczytaniu bardzo ciekawej recenzji na blogu Where Danger Lives, napisanej częściowo przez pryzmat tradycji czarnego kina. Co z tego, że mamy tu archetypy z baśni braci Grimm, skoro tak samym trafnym określeniem będzie „przewartościowanie archetypów kina noir”, jak to ujął z kolei Piotrek Pluciński. To całe zamieszanie przypomina muzyczne mash-upy.

Inna sprawa, że różnych skojarzeń byłoby z pewnością mniej, gdyby nie nagły pomysł, aby znacznie zredukować kwestie wypowiadane przez głównego bohatera. Oto Ryan Gosling miał w niemal ostatniej chwili powiedzieć Duńczykowi, że im mniej jego postać będzie mówić, tym ciekawiej się będzie prezentować, więc warto by się nad tym zastanowić. Tak po prostu. Winding Refn natychmiast to podchwycił, zwłaszcza, że ciągle bardzo zadowolony był z ostatecznego kształtu Valhalla Rising, charakteryzującego się przecież opowiadaniem historii niemal tylko obrazami. Na tydzień przed realizacją scenariusz Drive miał jeszcze 81 stron, a w trakcie – ledwie 60.

Wszystko jest tu przejaskrawione, utrzymując jedynie pozory realizmu. Miłość, jaka rodzi się między bezimiennym bohaterem (baśniowym rycerzem w lśniącej zbroi), a jego sąsiadką (księżniczką, którą należy ocalić), przedstawiona jest tak subtelnie, jak to tylko możliwe. I tak samo wiarygodnie, mimo pewnej dziecięcej naiwności, jaka im towarzyszy. A może właśnie dzięki temu? Cały „romans” opiera się spojrzeniach, kilku uśmiechach, paru dotykach. Jest całkowicie niewinny, nie skażony żadnym grzechem. Czystość absolutna. Ale wraz z rozwojem filmu jest jej coraz mniej. Oto przecież opowiastki braci Grimm charakteryzowały się często tym, że za wygraną ze złem trzeba było zapłacić wysoką cenę. Z reguły nie było mowy o zwykłych happy endach. Byłyby ogłupiające.

Wraz z kolejnymi warstwami brudu i plamami krwi przysłaniającymi blask zbroi, rycerz oddala się od księżniczki. Nie może być inaczej, skoro miłości przeciwstawiona jest przemoc. Jest uzasadniona, ale równie ważne są jej „skutki uboczne”. Im bardziej Kierowca broni swojej ukochanej, tym mniejsze szanse ma ich związek. W końcu rycerskość to nie tyko waleczność ku czci dobra, to też owej walki konsekwencje – krew i śmierć, które dobro neutralizują. Windingowi Refnowi jak chyba nikomu innemu udało się w pełni oddać te zależności. Esencją zdaje się być słynna już scena w windzie. Oto romantyzm totalny, a jednocześnie wyjątkowo dobitne ukazanie nierozerwalności seksu i przemocy. Namiętny pocałunek, po którym następuje zmiażdżenie czaszki znajdującego się obok napastnika. Tak samo przesadzone, jak wcześniejsza – wyidealizowana przecież – czystość. Scena ta w pełni oddaje także charakter głównego bohatera, który równie prawdziwy jest wtedy, kiedy morduje. Potwory też kochają.

Pomijając liczne w pierwszej połowie filmu panoramy miasta nocą, reżyser unika ukazywania Los Angeles szerszymi planami. Operator, Newton Thomas Sigel, ciągle „bawi się” głębią ostrości. Pełno tu zdjęć portretowych, gdzie tło jest rozmazane, delikatnie sugerując odrealnienie przedstawionego świata. Czasem nawet są to portrety profilowe, czego w kinie zwykło się unikać – profile neutralizują emocje bijące z twarzy aktorów. Ale to przecież świat iluzji. Gdy zniszczeniu ulega obraz Kierowcy, jaki zbudowała sobie jego ukochana, przygotowując się do kolejnego mordu założy on już maskę. Wówczas całość jeszcze bardziej zacznie przypominać marzenie senne, w każdej chwili mogące zamienić się w koszmar. Ale niezależnie od kolejnych wydarzeń, Drive do końca musi pozostać romantycznym. Słodycz i gorycz w takich samych proporcjach.

Subtelnie wykorzystując rozwiązania typowe dla sztuki oniryzmu, film staje się poetycki. Jest to poezja możliwie najprostsza, pozbawiona śladów bełkotu i pretensjonalności, a więc bardzo przekonująca. Winding Refn poszukując nowych środków wyrazu stworzył reżyserski majstersztyk, emocjonujący i hipnotyzujący. Dawno nikt tak pięknie nie mówił o miłości. Ale nie ma w tym nic dziwnego – Drive to ciąg wizji. Sen filmowca o kinie.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.