Kamikaze (2013). Wieczne zero

Share

Takashi Yamazaki jest obecnie jednym z najbardziej dochodowych reżyserów w Japonii. Jego najeżone efektami specjalnymi produkcje osiągają zwykle świetne wyniki finansowe, nawet jeśli kosztem nie zawsze pozytywnych recenzji krytyków. Poza Japonią Yamazaki osiągnął większą sławę przede wszystkim za sprawą wysokobudżetowego fantastyku Space Battleship Yamato (Uchū senkan Yamato, 2010), polski widz może natomiast kojarzyć reżysera z niezdrowo inspirowanego Matrixem filmu akcji Returner: Amazonka czasu (Ritana, 2002). Yamazaki konsekwentnie wyrastał na reżysera, spod którego ręki wychodzą superprodukcje, rywalizujące w japońskim box officie z największymi przebojami kinowymi z zachodu. Jego pozycję potwierdził mający premierę w 2013 roku film Kamikaze (Eien no Zero [Wieczne Zero]), który w Japonii zarobił ponad 120 milionów dolarów, czyli ok. 375 milionów złotych. Mimo rewelacyjnego wyniku finansowego, Kamikaze ekstremalnie podzielił widzów i wywołał liczne kontrowersje za sprawą prezentowanej w filmie wizji tokkōtai, pilotów-samobójców oraz roli Japonii w drugiej wojnie światowej.

Pierwsze sprzeciwy Kamikaze wywoływał jeszcze przed premierą. Scenariusz tego jednego z 10 najlepiej zarabiających filmów w historii Japonii jest bowiem oparty o książkę nacjonalistycznego pisarza Naokiego Hyakuty, znanego między innymi z publicznych wystąpień, w trakcie których twierdził, że masakra w Nanjing nigdy nie miała miejsca. Nie było więc zaskoczeniem, że film Yamazakiego prędko spotkał się z silną krytyką ze strony środowisk międzynarodowych za promowanie nacjonalizmu, a po premierze zarzucano mu zakłamywanie historii, czy – jak publicznie oświadczył np. Hayao Miyazaki – obrzydliwość, a w najlepszym wypadku schizofreniczność przekazu.

Przekazu historycznego, który – jak jest to teraz w japońskim kinie popularne – został zamknięty w ramach współczesnego poszukiwania dawnych prawd. Nadaje to produkcji nieco kryminalnego zabarwienia, jakie prędko znika, jako że napotkane przez bohaterów postaci dość wcześnie zaczynają w najdrobniejszych szczegółach przywoływać wydarzenia drugiej wojny światowej. Wspomnianych bohaterów jest zaś dwoje, są nimi ambitna, młoda dziennikarka oraz jej młodszy brat, który bez pardonu zostaje wprowadzony jako najbardziej popkulturowy konsument z możliwych. Oboje próbują dociec prawdy o losie swojego dziadka Miyabego. Ten, choć wyznawał filozofię „zrobić wszystko, by tylko przeżyć wojnę”, pewnego dnia zdecydował się wstąpić do tokkōtai i uderzyć samolotem w lotniskowiec wroga jako jeden z pilotów w serii samobójczych ataków zaplanowanych przez japońską armię. „Dlaczego to zrobił?” staje się pytaniem prowadzącym historię do przodu, a kolejne sceny udzielające fragmentów odpowiedzi są realizowane w postaci licznych i barwnych retrospekcji. W ten sposób Kamikaze niespiesznie, lecz zawsze patetycznie i widowiskowo, odsłania przed widzem zamierzchłe wydarzenia.


Wydarzenia, które wciąż jednak wzbudzają żywe emocje. Jak było wspomniane wcześniej, Kamikaze wywołał nader mieszane odczucia potraktowaniem podjętego tematu. Duża w tym wina  populistycznego kierunku, jaki obrał Yamazaki i pozostali twórcy tego kasowego przeboju. Starają się oni nie zirytować żadnego z odbiorców, co oczywiście jest zadaniem niemożliwym, a mimo to stworzyć opowieść zgodną z obecną polityką kraju. Najwyraźniej zamierzenie się udało, gdyż premier Japonii Shinzo Abe publicznie wyraził pochlebną o filmie opinię, co tylko dolało oliwy do ognia kontrowersji. Z jednej więc strony dowiadujemy się, że śmierć kamikaze, a nawet samo stworzenie oddziałów było omenem upadku Japonii, bezsensownym ruchem, wyrzucaniem ludzkiego życia w błoto bez szacunku i powagi sytuacji. Z drugiej jednak strony, widzowi ani na chwilę nie pozwala się zwątpić, że ofiara pilotów-samobójców jest nadal ważna, że byli prawdziwymi patriotami, że oddali życie za kraj i należy im się chwała i gloria. Film wprost stwierdza, ku silnemu sprzeciwowi historyków zarzucających Kamikaze kłamstwo historyczne, że młodzi Japończycy chętnie dołączali do tokkōtai i z podniesionym czołem oraz dumą w sercu rzucali się w misję, która niezależnie od powodzenia zakończy się ich śmiercią. Może więc i cenimy dziadka Miyabe za to, że szanował życie i sprzeciwiał się polityce kraju, ale nie mamy złudzeń, że to tylko dzięki tej polityce mógł on wykazać się prawdziwym heroizmem i zostać prawdziwym Japończykiem.

Zanim jednak dobrniemy do scen z kamikaze – których w filmie nie ma zbyt wiele – przyglądamy się Miyabemu, młodemu pilotowi, realizującemu ideologię unikania śmierci oraz próbującego zarazić swoim światopoglądem innych. Jego zachowanie tylko rozjusza pozostałych żołnierzy, tym bardziej, że jest najlepszym pilotem ze wszystkich. Kontrapunkt w postaci humanistycznej ideologii dziadka, chcącego żyć dla swojej rodziny i przyszłości kraju jest tu wprowadzony jako przeciwwaga dla niszczycielskiej wojny; niestety jego realizacja razi niekonsekwentnym prowadzeniem. Oprócz faktu, że Miyabemu nadaje się heroiczno-patriotycznego sznytu dopiero poprzez samobójczą śmierć, to również – co chyba najbardziej świadczy o braku subtelności w tym nachalnie wzniosłym filmie – jego tragiczny(?) los zostaje prędko, przynajmniej w kontekście humanistycznej wymowy jego postępowania, zbagatelizowany. Wielokrotnie mówi on, że pragnie żyć dla żony i dziecka, co dodaje mu motywacji w konsekwentnym realizowaniu poglądów. W jednej ze scen mówi on jednak do swojej żony: „nawet jeśli zginę, to wrócę do ciebie”. Po śmierci, jego przyjaciel z oddziału zaopiekował się wdową po Miyabe, która „wie”, że to mąż wrócił do niej w innej postaci. Jest to zaprzeczenie humanistycznego postępowania Miyabego i wskazanie luki w jego rozumowaniu, co stanowi zwrot w stronę nacjonalistycznej wykładni filmu. Miyabe nie chciał umrzeć za kraj, bo bał się, że jego rodzina nie da sobie bez niego rady, co okazuje się nieprawdą, gdyż „wraca” i może się nią na powrót (a nawet lepiej niż poprzednio) zaopiekować w innej postaci. Jego obawy były zatem bezpodstawne, gdyż nie ma żadnych negatywnych konsekwencji oddania życia za ojczyznę. Przypominają się dawne materiały propagandowe z czasów drugiej wojny światowej, a nawet wcześniejsze, kiedy dokonywano wywiadów z bliskimi zmarłych żołnierzy, opowiadającymi, jak cudownie mieć w rodzinie kogoś, kto oddał życie za naród i cesarza. Dziadek więc może i rozbił się w (bezsensownym) samobójczym ataku, ale zrobił to ku chwale narodu, bez szkód dla bliskich i będzie żył w naszej pamięci, a dzięki jego heroicznemu poświęceniu… Właściwie nic się nie zmieniło, ale tego już z filmu Yamazakiego się nie dowiemy.

Ciężko też z filmu wywnioskować, kto jest winny tej tragicznej sytuacji. Przywołajmy atak na Pearl Harbor, w produkcji opisany jako nagły sprawdzian zdolności „naszych” wspaniałych pilotów w ich najlepszych na świecie maszynach. Sam atak jest widowiskowym spektaklem bez poczucia bólu i cierpienia. Tymczasem krwawe i okrutne ataki na japońskie oddziały napawają nas przerażeniem zetknięcia z brutalnym agresorem. Na ich tle zrywy patriotyczne bohaterskich żołnierzy sprawiają, że czujemy się dumni z bycia Japończykami, nawet jeśli nimi nie jesteśmy.


Jeśli jednak spojrzeć na film z dala od ideologicznego, politycznego odczytania, wtedy z pewnością wzbudza on bardziej pozytywne odczucia. Scenariusz jest wysokiej jakości, pozwala postaciom na odczuwanie całej palety emocji, a przy tym oferuje intrygujące zwroty akcji, dzięki czemu Kamikaze ogląda się z niesłabnącym zaciekawieniem. Ścieżka dźwiękowa także wypada udanie, fakt – jest wzniosła, nostalgiczna i patetyczna do granic możliwości, ale zrobiona solidnie i spełnia swoją funkcję w 100%. Dzięki niej oraz wzruszeniom aktorów, widz zawsze wie, kiedy ma sięgnąć po chusteczkę i uronić łzę. Yamazaki nie przepuszcza żadnej okazji do wzruszenia widza, dobitnie zaznacza każdą smutną chwilę w życiu bohaterów i, niech mnie licho, ale jego niezbyt subtelny sposób grania uczuciami widza nieraz sprawił, że i ja poczułem emocjonalne rozedrganie na widok smutku wojny, heroicznych poświęceń czy ludzkich odruchów w nieludzkich czasach.

Ale Yamazaki nie tylko opanował umiejętność tworzenia populistycznego wyciskacza łez, lecz również zdolności architekta widowiskowych scen batalistycznych. Reżyser i spec od efektów specjalnych w jednym już wcześniej udowadniał, że na tle większości japońskich kulejących w jakość CGI produkcji, wyróżnia się najlepszym ich wykonaniem. Kamikaze zawiera zatem świetnie rozpisane sekwencje starć militarnych w powietrzu, w tym ataków na lotniskowce czy obrony przed eskadrami wroga. Wszystkie potyczki są widowiskowe, spektakularne, efekty komputerowe wypadają naturalnie i zwyczajnie nie sposób oderwać oczu od emocjonalnych i efektownych zmagań pilotów. Stąd też pod względem technicznym ciężko Yamazace zarzucić poważne potknięcia, jego produkcja to niemal idealny blockbuster, nie tylko nieodstający od wielu produkcji hollywoodzkich, lecz też niejedną z nich przewyższający.

Niezależnie więc, czy odczytamy Kamikaze i sukces filmu jako kolejne poświadczenie powracającego do Japonii nacjonalizmu, czy może uznamy, że istotniejsze są tu słowa poprzedzające śmierć Miyabe, czy też podejdziemy do filmu jako kina rozrywkowego bez obowiązku przedstawiania wszystkich punktów widzenia, nie da się zaprzeczyć jednego: że mamy do czynienia z nader sprawnie zrealizowaną produkcją. Populistyczną, ale i dramatyczną; korzystającą z tanich chwytów, ale jakże widowiskową; politycznie kontrowersyjną, ale stanowiącą wielki przebój, który być może pozostanie jednym z najsłynniejszych filmów japońskich pierwszych dekad XXI wieku.

Mateusz R. Orzech
Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.