Johna Watersa mistrzostwo złego smaku. Część II: najważniejsze filmy

Share

Na przełomie kilku dekad udało się mu zawojować kino undergroundowe, a także stać się twarzą i prawdziwą ikoną kampu. Z wiekiem nieco stępił ostrze swojej ironii, jednak w pamięci kinomanów nadal pozostaje jako ten, który przesuwał granice smaku dalej niż inni. Dzisiaj przypominamy najważniejsze filmy pełnometrażowe Johna Watersa.

Twórczość króla kampu można podzielić na dwa etapy: anarchistyczne, niezależne, obrazoburcze i wulgarne obrazy z lat 70. i początku 80. oraz zapoczątkowane przez Lakier do włosów (1988) filmy, za pomocą których chciał dotrzeć do szerszej, czy mówiąc wprost – masowej, publiczności. Czego zresztą nie mogło mu wybaczyć wielu fanów jego wcześniejszych dokonań. Pojawiły się oskarżenia, że Waters się zwyczajnie sprzedał i zapomniał o swoich ideałach. Przypomnijmy sobie więc zatem, kim był na początku, zanim – jak niektórzy twierdzą – pochłonęła go komercja.

Początek przygody Johna z filmem pełnometrażowym to Mondo Trasho (1969), nakręcone dzięki pożyczce od ojca. Jest to czarno-biały, amatorsko zmontowany i pozbawiony linearnej fabuły eksperyment. Sam Waters reklamował swój debiut jako „kombinację tanich chwytów teatralnych, obsesyjnych fantazji i autentycznej miłości do wszystkich śmieciowych elementów dzisiejszego kina”. Pierwsze skrzypce grał w nim oczywiście niezastąpiony Divine, który będąc całym sobą, tj. ucieleśnieniem kampowego indywiduum, bez problemu spełniał wszystkie zachcianki Watersa.

Mondo Trasho zapowiadało jedną z – powtarzających się później wielokrotnie – tendencji Watersa do pokazywania brudu i degeneracji świata. Jakby chciał udowodnić, że to nie on w swoich filmach przełamuje wszelkie granice, ale że robimy to my sami, a on jedynie przenosi nasze zachowania na ekrany. Hiperbola, która jest jednym z podstawowych cech języka filmowego, jakim posługuje się książę złego smaku, ma na celu zwrócenie naszej uwagi na to, jak absurdalni czasami jesteśmy.

Mondo Trasho

Mondo Trasho

Z kolei w Tysiącach maniaków (Multiple Maniacs, 1970) Waters po raz pierwszy odwoływał się do swojego zainteresowania głośnymi morderstwami Charlesa Mansona. Wydarzenia te miały miejsce w roku 1969, a więc stanowiły dla społeczeństwa amerykańskiego wciąż aktualny problem. Żeby było jeszcze bardziej nietypowo, film łączył wątki religijne z erotyką, fantastyką i komedią. Dla Watersa (i kampu) nie ma żadnych świętości, więc reżyser oferował widzom w tym filmie takie atrakcje, jak chociażby scena masturbacji za pomocą różańca. Wypowiadając się na temat pracy nad Tysiącami maniaków reżyser mówił wprost: „Chcieliśmy zrobić to samo, co rodzina Mansona. Chcieliśmy wystraszyć świat”.

Fascynacja zbrodniarzami, a w szczególności osobą Mansona, to niewątpliwie ważny motyw twórczości Watersa. Uważny widz oglądając Różowe flamingi (1972) może dostrzec na ścianie w pokoju jednego z bohaterów zdjęcie Susan Atkins – jednej z morderczych wyznawczyń szalonego Charlesa. Z kolei w filmie Desperate Living (1977) widoczny jest plakat samego Mansona, a jedna z bohaterek woła w pewnym momencie: „Squeaky Fromme, gdzie jesteś, gdy Cię potrzebujemy?”(Fromme była jedną z członkiń Rodziny Mansona). Zresztą sam Waters przyjaźni się z Leslie Van Houten – inną „wyznawczynią” słynnego psychopaty, za której uwolnieniem bardzo często proklamuje w mediach.

Pierwsze pełnometrażowe filmy Watersa były jednak niczym więcej jak wprawką do prawdziwej jazdy po bandzie, która miała się zacząć wraz z premierą Różowych flamingów, prawdziwego opus magnum autora. Dużym uproszczeniem byłoby jednak krytykować Różowe flamingi przez pryzmat szaleństwa, jakiemu poddał się Waters ze swoją ekipą. Twórca bardzo trafnie, w charakterystyczny dla siebie sposób, karykaturował ówczesną Amerykę – przede wszystkim kulturę flower power wraz z hippisowską mentalnością i sposobem życia. Jak sam mówił: „Różowe flamingi były antyhipisowskim filmem, zrobionym dla hipisów, którzy mieli stać się już wkrótce punkami. To był bardzo narkotyczny film. Scenariusz napisałem pod wpływem marihuany.”

Jego historia „najbardziej obrzydliwych ludzi na świecie” była filmem prowokacyjnym, dla wielu widzów po prostu złym i to nawet debiutując w liberalnych i otwartych na wszelkie dziwności latach siedemdziesiątych. Jednakże, jak się okazało, dzięki godnej podziwu konsekwencji w raczeniu widzów wszelkiej maści okropieństwami, film mógł stać się przewrotnego rodzaju arcydziełem. Ostatecznie Flamingi przyniosły Watersowi zyski ponad stukrotnie większe od poniesionych kosztów, czyniąc go obok Nocy żywych trupów (1969) George’a Romero i Głębokiego gardła (1972) Gerarda Damiano jednym z najbardziej kasowych filmów grindhouse’owych tamtego okresu.

Różowe flamingi

Różowe flamingi

Różowe flamingi osadzone są całkowicie w kulturze kiczu i złego smaku, prezentując również od strony technicznej niski, jakby od niechcenia niedbały i amatorski, poziom. Taśma filmowa sprawia wrażenie wysoce zużytej. Ścieżka dźwiękowa także jest tu potraktowana z przymrużeniem oka. Piosenki raczej swobodnie mieszają się ze sobą, bez względu na to, co akurat dzieje się na ekranie. Waters tak oto wspominał ciężką pracę nad swoim pamiętnym dziełem: „Zmontowałem film na poddaszu mojego domu, dysponując pożałowania godnym sprzętem. Nie było kopii roboczej. Dźwięki dodatkowe były nagrywane magnetycznie, z bezpośrednim użyciem projektora, który często odmawiał posłuszeństwa”.

Praca nad montażem filmu nie należała może do najłatwiejszych, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Różowe flamingi szybko zyskały status dzieła kultowego. Były filmowym arcydziełem zjawiska znanego jako midnight movies, czyli seansów o północy, prowadzonych w podrzędnych, undergroundowych kinach w Nowym Jorku, głównie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Arcydziełem znienawidzonym przez sporą część krytyków, którzy tym samym zagwarantowali Watersowi dodatkową promocję.

Kolejne dwa filmy, Kobiece tarapaty (1974) oraz Desperate Living, nazywane razem z Różowymi flamingami „trylogią śmieciową”, zamykają okres stricte niezależnej twórczości Johna Watersa z lat 70.

Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza ten drugi tytuł. Realizacji Desperackiego życia przyświecało konkretne założenie: stworzyć obraz, który byłby pozbawiony przemocy oraz dosadnej erotyki, a mimo to otrzymałby kategorię X (tylko dla dorosłych) wyłącznie za epatowanie złym smakiem. Koniec końców powstała anarchiczna komedia, której akcja toczy się w Mortville – fantastycznym mieście zamieszkałym przez lesbijki oraz komuny bandytów i zboczeńców. Epatowanie złym smakiem i przesadą znowu się udało. Esencją złego smaku w Desperatae Living może być scena, w której załamana po operacji zmiany płci bohaterka, pod wpływem swojej partnerki, obcina sobie nowo nabyte męskie przyrodzenie i rzuca je na pożarcie psu. Jak słusznie zauważa Andy Markowitz w swojej recenzji, jest t film łączącym kampowe szaleństwo Watersa z jego uśmiechem w stronę widza masowego. W końcu cała historia powstała dla wielkiej wytwórni New Line Cinema, a sam reżyser kreował się tutaj na poczciwego bajarza.

Desperate Living

Był to też pierwszy film, który powstał bez udziału dwóch wielkich gwiazd Watersa. David Lochary, czyli pamiętny pan Marble z Różowych flamingów, zmarł w wyniku przedawkowania narkotyków w 1976, natomiast Divine związany był w tym czasie kontraktem z producentami spektaklu Women Behind the Bars (1977), a więc nie mógł zagrać w filmie. Reżyser postanowił więc odświeżyć nieco swoją filmografię rekrutując nowe talenty. Dzięki temu w Desperate Living pojawiły się takie ciekawe osobistości, jak chociażby biuściasta Liz Renay – była dziewczyna pewnego hollywodzkiego mafioza, nazywana pierwszą prawdziwą gwiazdą Watersa.

Z punktu widzenia księcia złego smaku, Renay idealnie nadawała się na jego muzę. Jej dotychczasowa kariera opierała się na takich ciekawych epizodach, jak oslawiony nagi bieg wzdłuż Hollywood Boulevard, trzyletnia odsiadka za krzywoprzysięstwo w procesie swojego ukochanego, czy praca w klubie ze striptizem.

Desperackie życie uznawane jest za najbardziej osobisty film prowokatora z Baltimore. Waters powraca w nim do swoich pierwszych źródeł inspiracji, gdy był małoletnim lalkarzem z przedmieścia. Sam nazwał ten film „potworną lesbijską baśnią o korupcji politycznej”; dodając w swoim stylu: „Wydaje mi się, że jest to film dla popierdolonych dzieci”. Baśnią, bo w Desperackim życiu jest zarówno dwór, tron, jak i królowa władająca twardą ręką. Królowa, zagrana przez kolejną wielką aktorkę Watersa – Edith Massey, która zrekompensowała brak Divine.

Film otwiera około dwudziestominutowa sekwencja załamania nerwowego Peggy Gravel (Mink Stole) – kury domowej z klasy średniej. Co ciekawe, cała scena została nagrana w sypialni rodziców Watersa. Bohaterka grana przez Stole, dopiero co opuściwszy szpital psychiatryczny, postanawia wraz z mało sympatyczną gosposią Grizeldą (Jean Hill) zamordować swego męża. Pan Gravel dokonuje żywota w momencie, gdy chorobliwie otyła pomoc domowa siada mu na twarzy. Po tym zdarzeniu, obydwie panie uciekają. Chwilę po opuszczeniu Baltimore zatrzymuje je policjant-fetyszysta, który obnaża się przed nimi, a następnie robi wszystko, aby przymierzyć ich bieliznę. Dopiero gdy dostaje to co chce, pozwala kobietom na ucieczkę do Mortville. Osady, która jest schronieniem dla wszelkiej maści kryminalistów. Po chwilowej dezorientacji, główne bohaterki postanawiają wynająć pokój od pary lesbijek, wcześniej usuwając z łóżka gnijące zwłoki.

Gospodynie, u których pani Gravel wraz z Grizeldą znalazły schronienie to agresywna, pokryta kurzajkami i bardzo męska, mówiąca sama o sobie, że jest mężczyzną ukrytym w kobiecym ciele – Mole (Susan Lowe) oraz jej kochanka Muffy (Liz Renay), wiecznie spragniona seksu i z zamiłowaniem paradująca po domu ubrana jedynie w przeźroczystą halkę. Retrospekcje zawarte w filmie pokazują widzom, że Muffy jest również bezwzględną morderczynią, a w Mortville znalazła się wkrótce po tym jak zabiła swojego chłopaka.

Samo Mortville, umiejscowione przez Watersa jak zwykle nieopodal Baltimore, jest miejscem przedziwnym. Pod wieloma względami osada przypomina również jedną z komun hipisowskich. Zamieszkują ją różnego rodzaju szaleńcy, transwestyci czy włóczędzy, chodzący po ulicach nago albo w samej bieliźnie. Wielu z nich, jak można dowiedzieć się z książki Midnight Movie: seans o północy, Waters wyszukiwał w niebezpiecznych dzielnicach Baltimore.

Rewolucyjne zakończenie filmu, w którym Carlotta zostaje obalona przez swoich poddanych symbolizuje z perspektywy dnia dzisiejszego kres młodzieńczego buntu Johna Watersa, który w chwili premiery filmu przekroczył trzydziestkę. Film nie wywołał już zwyczajowego poruszenia, jak poprzednie dzieła mistrza. Sprawiał wrażenie mogącego zadowolić jedynie publiczność kultową, wierną zmierzchającemu już zresztą zjawisku midnight movies. Waters stwierdził więc, że konieczne są zmiany, wskutek czego każdy z jego kolejnych filmów stanowił próbę zdobycia coraz to szerszej publiczności, choć pozostając mniej lub bardziej wierny kampowej stylistyce.

Polyester (1981) wiąże się z zasadniczą zmianą stylu realizacji filmów przez Watersa. Nadal jest to dość dziwaczna historia, opowiadająca o dobrej i bogobojnej chrześcijance z przedmieścia (Divine), której dotychczasowe spokojne życie wali się w gruzy. Mąż-producent filmów pornograficznych zdradza ją z sekretarką, córka zachodzi w ciążę, a syn okazuje się niebezpiecznym dla środowiska fetyszystą stóp…

Mimo że fabuła nadal nie należy do typowych, a postaci są przerysowane i absurdalne, to filmowi brak tego nieokiełznanego szaleństwa, które charakteryzowało wcześniejsze dokonania Watersa. Powód jest prosty. Polyester był pierwszym filmem reżysera nakręconym dla dużej wytwórni. Konieczne więc były pewne kompromisy. Waters wywalczył jednak odrobinę oryginalności. Polyester wyświetlano początkowo w systemie Odorama: „Widzowie otrzymywali zdrapkę z dziesięcioma ponumerowanymi polami i kiedy na ekranie pojawiał się odpowiedni numerek, mogli zapoznać się z kolejnym zapachem – lub smrodem – roztaczającym się w wykreowanym przez Watersa świecie”. Po Polyester kolejne filmy Watersa zaczynały przyciągać do kin coraz więcej widzów.

Mający swoją premierę w 1988 roku Lakier do włosów dziś można nazwać prawdziwą cezurą, oddzielającą „awangardową” kinematografię Watersa od tej produkowanej dla masowego widza. Była to przepełniona kiczowatymi, jaskrawymi kolorami, roztańczona komedia, odwołująca się do szczególnie popularnych w tamtym czasie musicali. Waters oczywiście postanowił tą nietypową dla siebie estetykę przekształcić zgodnie z kampową wyobraźnią. Główną bohaterką uczynił pulchną nastolatkę Tracy Turnblad, której największym marzeniem było wystąpić w popularnym programie telewizyjnym The Corny Collins Show. To co na ekranie telewizora wyglądało na niezwykły, niedostępny świat, który kusił Tracy swoim pięknem oraz możliwością zdobycia szybkiej popularności wśród rówieśników, okazało się być siedliskiem sfrustrowanych i przebiegłych gwiazd, które dążą po trupach do celu. Dokładnie tak jak w młodości Johna wyglądał program Buffallo Billa. W roli matki Tracy Waters postanowił obsadzić swojego niezastąpionego przyjaciela Divine’a, który w damskich ciuszkach i kolorowej musicalowej scenerii, czuł się nad wyraz dobrze.

W podobnym musicalowym tonie utrzymana była również komedia Beksa (1990) z Johnny’m Deppem w roli tytułowej. Charakterystycznego złego smaku było tutaj jednak mniej niż zazwyczaj. Beksa był za to kolejnym filmem, w którym Waters rozprawiał się z zakłamaniem amerykańskiego społeczeństwa. Tym razem w krzywym zwierciadle pokazał lata 50. Czas rodzącego się buntu i rock’n’rolla. Wyśmiewał walkę klas, przeciwstawiając grupkę łobuzów, na których czele stoi tytułowy Beksa z resztą społeczności, którą nazywał wprost sztywniakami. Waters opowiadając historię Beksy zaakcentował wniosek, który nasunął mu się już w młodości, po zakończeniu edukacji w katolickiej szkole. Narzucanie sobie rygorystycznych zasad nie prowadzi do niczego dobrego i w rezultacie to ci sztywniacy pozostają nieszczęśliwi.

Beksa

Patrząc z perspektywy dna dzisiejszego można dojść do prostego wniosku: Waters przez kilka dekad swojej kariery sukcesywnie zapracowywał sobie na miano księcia złego smaku. W jego twórczości można znaleźć wszystko to, co charakteryzuje kamp i czego widz nie znajdzie w kinie głównego nurtu. Przesadę, kompletną swobodę graniczącą z ekstrawagancją, wulgarność i kicz, a przede wszystkim fetyszyzację przemocy i erotyki. Co więcej, wszystko to osadzone mocno w realiach społecznych tym mocniej uderza w nasze poczucie komfortu.

Twórczość skandalisty z Baltimore jest „pełna płynów ustrojowych, transwestytów, kazirodztwa, sodomii i zoofilii; [to] twórczość ukazująca prymitywne zachowania prymitywnych osób, gdzie hołota wiedzie prym, a mieszczaństwo jest piętnowane”. Waters odważnie bawił się schematami, obrażał i zmuszał do patrzenia na sztukę poza ogólnie przyjętymi wartościami estetycznymi i moralnymi. Opłacając swoje filmy z własnej kieszeni mógł swobodnie kreować widzianą przez siebie rzeczywistość, nie patrząc na żadne kulturowe normy.

„W swoich filmach przekraczał wszelkie bariery estetyczne i moralne, co miało stać się także jedną z charakterystycznych cech późniejszego Kina Transgresji.” Mimo że jego filmy były tak różnorodne tematycznie, łączyła je podstawowa idea. Za każdym razem prezentowały one rzeczywistość alternatywną w stosunku do tej, która królowała w kinie mainstreamowym. Rzeczywistość pełną narkotyków, fetyszyzmu, seksualnych dewiacji, przemocy i eksperymentów z cielesnością człowieka. Wiązało się to z tym, że Waters traktował kino złego smaku jako medium wyzwalające ludzi z narzucanych, przez nich samych, ograniczeń. Dziś będąc symbolem kultu i nieco mitycznej już przeszłości stanowi namacalny dowód na to, że kino, nawet w dzisiejszej erze nadmiaru bodźców, mogłoby zaskoczyć nas samych.

Źródła i cytaty:
J.Robb Beksa, w: Johnny Depp współczesny buntownik, Warszawa 2006
J.Hoberman, Jonathan Rosenbaum, John Waters przedstawia: „Najobrzydliwsi ludzie świata”, w: Midnight Movies: seans o północy, Warszawa-Kraków 2011
A.Levy, Still Waters , http://nymag.com/news/features/45305/index3.html
M.Podstolski, John Waters – król złego smaku, w: Webesteem art & design magazine, nr.3/2005 http://art.webesteem.pl/13/waters_2.php
A.Ciszewski, Zjedz swój makijaż, Bekso! Orędownik złego smaku – John Waters, http://artpapier.com/?pid=2&cid=3&aid=1351
L.Spindle, Women behind bars, http://www.backstage.com/bso/reviews-la-theatre/women-behind-bars-   1004048439.story
B.Paszylk, John Waters, w: Słownik gatunków i zjawisk filmowych, Warszawa – Bielsko-Biała 2010
B. Szarek, Ja, John Waters, w: http://www.e-ns.pl/kultura/472-ja-john-waters
Ł. Knasiecki, Poza tabu? nowojorskie Kino Transgresji, 2004, w: http://www.3cinema.art.pl/misc.php?kino transgresji

Marta Płaza
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

2 Comments on Johna Watersa mistrzostwo złego smaku. Część II: najważniejsze filmy

  1. I znowu mam kłopot z tym twoim pisaniem o Watersie, bo o ile faktograficznie miej więcej się zgadza, to mam wrażenie, że nie potrafisz wyciągnąć jakiś spójnych wniosków. Szukasz jakiegoś słowa, żeby to razem ująć, całościowo, ale nie udaje się, np. ” Z wiekiem nieco stępił ostrze swojej ironii, jednak w pamięci kinomanów nadal pozostaje jako ten, który przesuwał granice smaku dalej niż inni.” Co ma ironia do kwestii smaku? Mam wrażenie, że reżyser jest tak samo ironiczny jak był za młodu, to mu się nie przytępiło.

    Zmiana jest inna, między wczesnymi, a próżniejszymi filmami, żeby to opisać taki przykład. W jego „Różowych flamingach” mamy tak dosłowną scenę, jak jedzenie psiej kupy z ulicy, o jej dosadności świadczy jej sposób realizacji, widzimy kupę wsuwającą się z psa, wiemy, że jest prawdziwa, i mamy osobę która naprawdę ją zjada, nie ma wątpliwości. Jakby taka scena wyglądała w jego późniejszych filmach? Postać wciąż mogłaby zjeść psią kupę, ale nie byliśmy pewni czy jest prawdziwa, i zapewne nie byłaby, bo aktor jedzący kupę był by znanym aktorem, nawet gwiazdorem. Zresztą taką scenę inspirowaną Watersem mamy w filmie „Szczury z supermarketu” Kevina Smitha, gdzie jedna z postaci wcina ze smakiem gówno.

    Brakuje na koniec, jakiś refleksji samego Watersa w współczesnym kinie, i dlaczego jego kino już nie szokuje tak jak kiedyś, to była dobra puenta. Bo on jest bardzo autorefleksyjnym twórcą, świadomym siebie i tego co robi i robił.

  2. A gdzie Cecil B. Demented?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.