John Carpenter i muzyka do nieistniejących filmów

Share

Fallen, Mystery, Abyss, Purgatory, Night. Oto przykładowe tytuły utworów, jakie wypełniają „debiutancką” płytę dawnego mistrza horroru i S-F. Tytuły z jednej strony niby konkretne, mówiące wiele o charakterze przynależnych im melodii i dźwięków, z drugiej brzmiące do bólu uniwersalnie, by nie powiedzieć, że pusto. Ale tym sposobem stanowiące wyraźny drogowskaz: oto przed nami studnia, do której wrzucić (i z której wyłowić) można wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z grozą. Lost Themes to bowiem jedyny w swoim rodzaju kinofilski prezent, jaki John Carpenter sprawił swoim fanom. „To album dla filmów, które rozgrywają się w Twojej wyobraźni – wyjaśniał autor genialnego The Thing. – Każdy ma jakiś film w swojej głowie. Weź mój album, włącz go, zgaś światło, usiądź, słuchaj i fantazjuj. Zobacz film, który w Tobie tkwi. Mój album to jego ścieżka dźwiękowa”.

No więc muzyka leci, światło dawno już zgaszone, oczy szczęśliwie zamknięte. A przed powiekami dziesiątki nocnych obrazów. Na początek niewiele mówiące widoki w stylu kropel deszczu uderzających o chodnik i ulicę. Ewentualnie same tylko kolory – czerń, czerwień, zieleń, błękit – które z czasem stają się opustoszałym, rozświetlonym neonami miastem, gwieździstym niebem na jakimś odludziu (pole kukurydzy dookoła nie zaszkodzi, bo oczywiście, że zaraz pojawi się latający spodek) czy powoli rozstępującą się ziemią nie bardzo wiadomo gdzie. Nie może się też obejść bez skradających się czy biegnących gdzieś ludzi przypominających zjawy, tych samych, zwykle anonimowych, jednostek, jakie Carpenter tak chętnie prezentował w swoich obrazach już od czasu znakomitego Ataku na posterunek 13. No i właśnie – Carpenter to artysta ciągle tak samo charakterystyczny. Choć kiedy taki Obsidian nabiera tempa, to wyobrażam sobie dyskotekę dla wampirów, a kiedy w połowie Mystery pojawia się dźwięk organów, nie potrafię nie przenieść się choćby na chwilę do jakiegoś gotyckiego zamczyska, każda z kompozycji prędzej czy później przeobraża się w seans któregoś dzieła amerykańskiego mistrza. Czy może raczej w seans jakiejś wariacji na temat któregoś z jego dzieł. Dyskoteka dla wampirów? Zaraz zakończy ją Snake Plissken. Gotyckie zamczysko? Straszącym w nim upiorem jest Michael Myers.

Nie jest to oczywiście żaden zarzut, także w wypadku kompozycji w stylu Fallen czy Night, które rozpoczynając się tymi jakże specyficznymi dźwiękami keyboardu (które nazywam sobie „muzycznymi plamami”) od razu i z krzykiem wskazują na swojego rodzica. No bo jak można mieć wybranym dźwiękom za złe, że przywołują cudownie upiorne widoki Jamie Lee Curtis błądzącej we Mgle, Keitha Gordona niewolonego przez Christine, Alice Coopera szykującego się do powitania Księcia ciemności czy Roddy’ego Pipera odkrywającego, że Oni żyją („a my śpimy”)? (Nie mam tu bynajmniej na myśli tego, że autor sam siebie podrabia, lecz że stworzył tu utwory brzmiące esencjonalnie dla muzycznej części swojej twórczości). A prędzej czy później wszystko nabiera tempa lub po prostu staje się gęstsze i mocniejsze i tak oto jesienne liście padające na ulice w Halloween przeobrażają się w nóż dźgający kolejne nastoletnie ofiary. Przy czym, gwoli ścisłości, muzykę Carpentera ciężko nazwać brutalną. To w głównej mierze minimalistyczna i „nawiedzona” elektronika opierająca się na repetycjach, toteż raczej u nikogo nie wywoła obrazów, które miałyby coś wspólnego z makabrą.

Całość to carpenterowszczyzna pełną gębą (choć pewnym wyjątkiem jest do pewnego momentu wcale melancholijne Purgatory), ale to oznacza nie tyle samego reżysera, co konkretny okres w historii kina grozy i fantastyki. Tym samym w paru miejscach pobrzmiewają echa soundtracków Fabio Frizziego do filmów Lucio Fulciego, jak również kompozycji, jakimi muzykom z zespołu Goblin zdarzało się ilustrować (i uzupełniać) kolejne sceny majstersztyków znanych jako Suspiria czy Buio Omega. A to też nie wszystko, bo gdzieniegdzie – choćby we fragmentach otwierającego album Vortex czy późniejszego Domain – Carpenter atakuje pompatycznie brzmiącymi gitarami, którymi poniekąd wyciska esencję z „ejtisowego” kina pop. I to już nie tyle Wielka draka w chińskiej dzielnicy, co bardziej rozszalałe w swojej kiczowatej przebojowości Ulice w ogniu Waltera Hilla. Bynajmniej nie znaczy to, że Lost Themes to pozycja archaiczna (zresztą w paru miejscach bywamy przeniesieni o jakąś dekadę później – wprost do świata Z archiwum X). Jest bardzo, bardzo klasycznie, ale zarazem – za sprawą niezwykle przestrzennego brzmienia – dosyć nowocześnie. I zaryzykowałbym twierdzenie, że ktoś powinien zatrudnić Carpentera jako kompozytora (np. Adam Wingard, o ile tylko będzie chciał znowu nakręcić coś w stylu Gościa). Nie z sentymentu, choć jego płyta wprost ocieka sentymentalizmem, lecz dlatego, że jego muzyczna wyobraźnia pozostaje ciągle tak samo bujna jak kiedyś. Aż ciężko uwierzyć, że wszystkie te kompozycje były improwizowane i to w przerwach między maratonami grania z synem w gry na konsole. Ale cóż – co powstaje z frajdy, to daje frajdę i najpewniej to dlatego kolejne kawałki są tak sugestywne. W swojej klasyczności tak świeże, jakby lata 80. (i ich okolice) trwały do dziś.

 

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

3 Comments on John Carpenter i muzyka do nieistniejących filmów

  1. Słyszałem jakiś miesiąc temu „Vortex” i „Night”. Były wypuszczone na zachętę przez producenta płyty na ich stronie. Oba świetne. Początek „Night” pasuje mi do opuszczonego miasta, które jest zapełnione przez zombie. No i główny bohater, ktory przemyka pod osłoną nocy… :)

  2. Genialny kawałek :) Musze poszukać całej płyty! I to jak najszybciej….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.