John Carpenter i Coś. Historia pewnej porażki

Halloween
Share

W swoim pierwszym arcydziele, tyleż złowieszczym, co subtelnym Halloween (1978), John Carpenter złożył prawdziwie sympatyczny hołd dwóm klasycznym obrazom science fiction: Istocie z innego świata (The Thing from Another World, Christian Nyby, 1951) oraz Zakazanej planecie (Forbidden Planet, Fred M. Wilcox, 1956). Przy czym, zaznaczmy, w hołdzie tym nie ma nic szczególnie wyrafinowanego czy zabawnego. Carpenter pokazał tylko dwójkę dzieci, które z jednoczesnym strachem i fascynacją oglądają te filmy w telewizji, w ten sposób tradycyjnie już celebrując Halloween. Co jest bardziej interesujące, Carpenter obejrzał je po raz pierwszy w latach 50., kiedy sam był dzieckiem (toteż, w pewnym sensie, rzeczone postaci stanowią jego odbicie), i od tamtej pory je uwielbiał, postrzegając je za jedne z tych tytułów, które ukształtowały jego wyobraźnię i sprawiły, że został filmowcem. Kiedy więc w 1981 roku zaoferowano mu reżyserię remake’u Istoty z innego świata, niewątpliwie musiał poczuć się najszczęśliwszym kinofilem na świecie. Niestety, mimo że Coś (The Thing, 1982) to nie tylko najwybitniejsze dokonanie Carpentera, ale też – jak upierają się niektórzy, w tym niżej podpisany – jeden z najlepszych filmów w historii, jego premiera była klapą, która uczyniła reżysera prawdopodobnie najmniej pożądanym artystą w Hollywood początku lat 80. i niemal kompletnie zniszczyła mu karierę. Ale zacznijmy od początku.

W 1938 roku, na 10 lat przed narodzinami Carpentera, John W. Campbell – pisarz i publicysta, redaktor naczelny wpływowego magazynu Astounding Science Fiction, powszechnie postrzegany jako jeden z ważniejszych twórców literackiej Złotej Ery Science Fiction – opublikował swoje najbardziej znanej opowiadanie pt. Who Goes There?. Przedstawia ono zaskakująco ponurą historię grupy naukowców, którzy w lodzie Antarktyki odnajdują zakopany tam niegdyś statek kosmiczny. Nie mogą dostać się do środka i nawet niechcący niszczą go, ale niedaleko odnajdują zamarzniętego pilota. Po procesie odmrażania obcy oczywiście ożywa. Okazuje się być niebezpiecznym stworzeniem, które brutalnie wchłania inne formy życia i poprzez zaadaptowanie ich wyglądu, wspomnień, a nawet osobowości, staje się ich doskonałą imitacją, mogącą się w dodatku rozmnażać (bohaterowie w pewnym momencie ze strachu zabijają nawet ptaka). Opowiadanie szybko staje się dosyć upiorne, jednakże tym, co jest w nim najmocniejsze, nie są bynajmniej sceny potyczek z Czymś, jak określają bliżej niezdefiniowanego kosmitę naukowcy, lecz liczniejsze fragmenty, w których autor skupił się na tematyce izolacji i sugerowanego szaleństwa bohaterów oraz budowaniu atmosfery nieustannej paranoi i klaustrofobii. Tym samym, o ile mi wiadomo, opowiadaniu bliżej raczej do wczesnego kina grozy, gdzie szaleństwo ludzkie często odgrywało kluczową rolę (co nie znaczy, że brakowało wątków nadprzyrodzonych), niż do ówczesnej prozy fantastycznej.

W 1951 roku, kiedy Carpenter miał 3 lata i widział swój pierwszy film, którym była Afrykańska królowa (The African Queen, John Huston, 1951), Howard Hawks wyprodukował, a podobno także wyreżyserował i tylko później w napisach końcowych „oddał” swoją pracę montażyście Christianowi Nyby’emu, pierwszą adaptację Who Goes There?. Fabuła Istoty z innego świata jest pod pewnymi względami kompletnie inna od opowiadania Campbella. Podstawa pozostała niezmieniona – oto grupa naukowców przebywających na antarktycznej stacji badawczej odnajduje statek kosmiczny i musi zmierzyć się z nieszczególnie sympatycznym przybyszem z gwiazd. Tyle że tym razem nie ma już żadnego imitowania innych organizmów. Coś jest humanoidalną, mocno rozwiniętą formą rośliny, która żywi się krwią, a wygląda i porusza się jakby była kosmicznym krewniakiem ikonicznego monstrum z Frankensteina (James Whale, 1931).

Co więcej, jak prawdopodobnie wszyscy antagoniści z amerykańskiego kina science fiction lat 50., Coś symbolizuje u Hawksa radzieckich komunistów. Pomimo zachowania cechującej oryginał tematyki izolacji, równie istotne motywy paranoi i szaleństwa ustąpiły miejsca podtekstom politycznym. Wszakże obraz zrealizowany został w dobie Zimnej Wojny i antykomunistycznego „polowania na czarownice”, kiedy wystraszeni działaniami senatora McCarthy’ego i spółki szefowie wielkich hollywoodzkich wytwórni chcieli udowodnić swój patriotyzm oraz lojalność względem rządu. Jak pisał Philip J. Landon: „Jak można się spodziewać po dobrych, zimnych wojownikach, [bohaterowie obrazu Hawksa] sprawy bezpieczeństwa narodowego stawiają nad dobrem własnym; akceptują konieczność cenzury; polegają na pracy zespołowej celem zniszczenia najeźdźcy wyzbytego zarówno moralności, jak i emocji – najeźdźcy będącego pozaziemską wersją zagrożenia ze strony Sowietów, portretowanego właśnie w ten sposób w amerykańskiej popkulturze początku lat 50.” W tym kontekście niedziwne, że kończące film słowa „Uważajcie na niebo, wszędzie! Obserwujcie! Patrzcie na niebo!” brzmią tak, jakby dotyczyły mogącego w każdej chwili wylądować oddziału spadochroniarzy.

W 1968 roku, kiedy miał 20 lat, Carpenter zaczął studiować reżyserię filmową na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Do tego czasu był już prawdziwym fanem szeroko pojmowanej fantastyki – miał na koncie amatorskie produkcje krótkometrażowe o tak wymownych tytułach, jak Revenge of the Colossal Beasts (1962) i Terror from Space (1963), oraz równie sympatycznie nazwane fanzine’y, których był redaktorem naczelnym, tj. Fantastic Film Illustrated, King Kong Journal i Phantasm (wszystkie wydane w 1965). W 1969 napisał, wraz z czterema kolegami, oraz zmontował krótkometrażówkę The Resurrection of Bronco Billy, nagrodzoną wkrótce Oscarem (choć to bynajmniej nie pomogło jakoś szczególnie w karierze żadnego z nich). W 1972 roku ukończył szkołę filmową, a zaczął realizację debiutanckiego pełnego metrażu Dark Star (w związku z przerwami w produkcji, wynikającymi z braku funduszy, premiera dopiero w 1975). Jak mówił w wielu wywiadach, wszystko to za sprawą filmów, których naoglądał się jako dziecko w latach 50.

W sierpniu 1981 roku, kiedy zaczął realizować swoje opus magnum, był 33-letnim reżyserem mającym na koncie spore sukcesy kasowe trzech obrazów: Halloween, Mgły (The Fog, 1980) i Ucieczki z Nowego Jorku (Escape from New York, 1981). Ponieważ był wielkim fanem Istoty z innego świata, nie chciał, żeby jego dzieło, choć oficjalnie nazywane remakem, mogło być postrzegane jako jakakolwiek konkurencja dla tegoż klasyka. Celem uniknięcia niepotrzebnych podobieństw (a także podtekstów politycznych, które go niekoniecznie interesowały) poprosił swojego scenarzystę Billa Lancastera, aby ten sięgnął po literacki pierwowzór. Równie istotną decyzją okazało się zatrudnienie do pracy przy filmie młodego specjalistę od „żywych” efektów specjalnych Roba Bottina, który przyszedł im z genialnym pomysłem, aby ukazać Coś jako byt, który w każdej chwili potrafi mutować w którąkolwiek z istot, jakie miał okazję w swoim życiu imitować, a nawet w hybrydę wielu z nich na raz. Carpenter chętnie zgodził się, szczególnie że nie chciał zrobić kolejnego horroru z „kolesiem w kostiumie”, tj. aktorem udającym jakieś monstrum. Chciał czegoś, co w oczach widzów byłoby wizualizacją koszmaru. I to otrzymał.

Rob Bottin w akcji

Rob Bottin i Coś

Po latach Bottin wspominał to (podczas wywiadu do dokumentu The Thing: Terror Takes Shape [Michael Matessino, 1998]) następująco: „Świetne było w tym to, że John dał mi duże pole do popisu, powiedział <<Hej dzieciaku, pozwól sobie na szaleństwo i użyj wyobraźni!>>” Tak też właśnie Bottin zrobił, efektem czego narodziła się stale deformująca się i tym samym być może najbardziej surrealna i makabryczna kreatura w historii kina, w swojej najbardziej ekstremalnej formie będąca mieszanką ludzi, psów, przerośniętych pająków oraz bliżej nieokreślonych stworzeń, które nigdy nie stąpały po Ziemi. Dodajmy do tego niepokojący i hipnotyzujący soundtrack Ennio Morricone czy fabułę znacznie mroczniejszą, a przede wszystkim brutalniejszą od opowiadania Campbella – fabułę będącą mieszanką horroru cielesnego, murder mystery oraz „dramatu o misji samobójczej” (gdyż szybko jasnym się staje, że starcia z obcym nikt tutaj nie przeżyje) – i otrzymujemy być może najstraszniejszy obraz w historii. „To film apokaliptyczny – wyjaśniał Carpenter we wspomnianym wyżej dokumencie. – Oto koniec świata. Nie taki, który jest rezultatem bombardowań. Taki, który przychodzi z wewnątrz.”

Niestety Coś, ukazując utratę człowieczeństwa, rozpad ciała i brak wiary w ludzkość, okazało się utworem zbyt ponurym, agresywnym i sugestywnym dla amerykańskiej publiczności 1982 roku; dla ludzi panicznie bojących się błyskawicznie szerzącego się AIDS i kochających niespodziewany przebój Stevena Spielberga E.T. (E.T. the Extra-Terrestrial, 1982), czyli całkowite przeciwieństwo arcydzieła Carpentera. „(…) Film był po prostu niezsynchronizowany z nastrojami lat 80. – wspominał na swoim blogu, poświęconemu wyłącznie temuż dziełu, jego współproducent Stuart Cohen. – W czasie, kiedy ludzie szukali jakiegoś wsparcia, Coś nie było w stanie nic zaoferować”. Sam reżyser, na łamach książkowego wywiadu-rzeki John Carpenter: The Prince of Darkness, wspominał zaś ten okres tak: „Przed premierą Czegoś zorientowałem się, że publiczność zwyczajnie nie była tym zainteresowana. Siedziałem w swoim biurze w siedzibie Universalu na kilka tygodni przed premierą i zacząłem czytać teksty demograficzne (…) i wyczytałem, że rynek dla filmów grozy skurczył się w ciągu sześciu miesięcy o 70%. (…) Ludzie ewidentnie już nie chcieli oglądać takiego rodzaju filmów (…).”

W związku z tym reżyser nalegał na zmianę tytułu (na Who Goes There?) i chciał przesunięcia premiery z czerwca na Halloween. Jednak szef marketingu Universalu odmówił. Mało tego, decydenci studia, wystraszeni potencjalnym niepowodzeniem filmu (w kontekście popularności huraoptymistycznego E.T., rosnącej w tempie geometrycznym), zdecydowali się na kilka niekoniecznie inteligentnych posunięć, np. na zmianę tagline’u filmu z błyskotliwego „Man is the Warmest Place to Hide” (autorstwa Stephena Frankforta, twórcy kultowego tagline’u reklamującego Obcego [Alien, Ridley Scott, 1979]: „In Space No One Can Hear You Scream”) na „The Ultimate in Alien Terror” (aby przyciągnąć do kin fanów… Obcego), czy na reklamowanie premiery dzieła obecnością popularnej Elviry – gotyckiej hostessy z programu telewizyjnego Elvira’s Movie Macabre, pod szyldem którego emitowano horrory klasy B – i możliwością obejrzenia go za darmo w razie przyjścia w stroju swojego ulubionego potwora. „Reakcje publiczności po pierwszych projekcjach? – pytał Cohen. – W najlepszym razie cisza.”

Fragment fanowskiego plakatu (autor: Christopher Shy)

Fragment fanowskiego plakatu (autor: Christopher Shy)

Co prawda, ostatecznie Coś nie było jakąś straszną komercyjną porażką, jednak nie radziło sobie też w kinach dobrze (a zdecydowanie poniżej oczekiwań studia). Co jeszcze ważniejsze, dzieło zostało kompletnie zmieszane z błotem przez krytykę: „Głupi, depresyjny, przeprodukowany film (…) aspirujący do miana najbardziej kretyńskiego obrazu lat 80. (…) [Aktorzy zostali] wykorzystani wyłącznie jak rekwizyty do pocięcia, posiekania, wypatroszenia i dekapitacji” (The New York Times); „Struktura tego obrazu niezbyt przyjemnie przypomina filmy pornograficzne” (Daily Variety); „Ten film jest bardziej obrzydliwy niż straszny, a przez większość czasu po prostu nudny” (New York Magazine); „Skoro ten materiał został już zrobiony wcześniej, do tego lepiej, zarówno w Istocie z innego świata, jak i w Obcym, nie ma powodu, aby oglądać tę wersję” (Roger Ebert! w The Chicago-Sun Times); „Nie ma tempa, ma niechlujną ciągłość, zero humoru oraz łagodne postaci na szczycie czegoś, co jest całkowicie wyzbyte ciepła i humanizmu. (…) Uważam, że John Carpenter nigdy nie powinien był zostać reżyserem filmów grozy/science fiction. Oto scenki, do wyreżyserowania których bardziej by się nadawał: wypadki drogowe, wypadki kolejowe, chłosty publiczne.” (Starlog). Za wisienkę na torcie być może uznać można okładkę fanowskiego magazynu Cinefantastique, na której zdjęcie z Czegoś ozdobiono pytaniem „Czy to najbardziej znienawidzony film wszech czasów?”

Jakie były konsekwencje tak surowego przyjęcia? Carpenter popadł w depresję. Z miejsca stracił pracę w Universalu, gdzie miał wkrótce ruszyć z preprodukcją Firestartera, drugiego horroru na bazie scenariusza Billa Lancastera, a także w innym wielkim studiu filmowym (którego nazwa nigdy nie została wyjawiona), gdzie miał przygotowywać remake klasycznego Tylko aniołowie mają skrzydła (Only Angels Have Wings, Howard Hawks, 1939). „W następnym tygodniu [po premierze Czegoś] poszedłem odwiedzić Johna w jego domu – wspominał Cohen. – Kiedy otworzył drzwi, wyglądał na prawdziwie dotkniętego, jakby go wręcz ktoś fizycznie bił w brzuch. Finansowa porażka filmu to jedno, ale co innego ten cały jad i pomyje, jakie wylano mu na głowę”.

Przez jakiś czas nikt nawet nie chciał go zatrudnić i wydawało się, że jego kariera jest skończona. Po kilku miesiącach starań o pozostanie w zawodzie dzięki wsparciu znajomego producenta telewizyjnego na horyzoncie pojawiła się opcja wyreżyserowania Christine (1983), adaptacji powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Choć Carpenter „nie czuł” przedstawionej tam fabuły, desperacko podjął się jej sfilmowania i (być może tylko dzięki temu) pozostał w branży. Później, jak wiadomo, nakręcił jeszcze kilka zacnych, kultowych obrazów, jak choćby Wielką drakę w chińskiej dzielnicy (Big Trouble in Little Chine, 1986) czy Oni żyją (They Live, 1988), ale powiedzmy sobie wprost: nigdy już nie był tak samo odważnym i nowatorskim filmowcem jak wtedy, kiedy realizował Coś – według wielu najlepszy horror w historii. „Nie potrafię nie myśleć o tym, jak ten film zmienił moją karierę – wspominał reżyser 21 lat później (w rzeczonej wyżej książce). – To była prawdziwa rewolucja, spadłem ze szczytu na samo dno. (…) Ciągle myślę, że to bardzo mocny i bardzo straszny film, monster movie jak żaden inny. (…) Gdyby wypalił, moja kariera byłaby inna, zupełnie inna. (…) Bardzo chciałem zrealizować sequel [Czegoś]. Mam świetną historię. Ale nikt nigdy tego nie zrobi, ponieważ byłoby to zbyt kosztowne i musiałoby być kręcone bólem i grozą”.

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

1 Komentarz on John Carpenter i Coś. Historia pewnej porażki

  1. Nie przypuszczałem!!!!!!!! Strona bezcenna :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.