Japanese Hell (1999). Zło, przemoc i Słońce

Do dnia dzisiejszego najszerzej znaną wizją japońskiego piekła jest ta zawarta w klasycznym Piekle (Jigoku, 1960) w reżyserii Nobuo Nakagawy. Film ten był następnie odświeżany dwa razy, lecz żadna z późniejszych wersji nie osiągnęła sukcesu ostatniej produkcji ze studia Shintoho. Mimo to obie prezentują dość intrygujące wyobrażenia tematu, mocno odróżniające się od wizji zaproponowanej niemal sześćdziesiąt lat temu. Tatsumi Kumashiro stworzył swój obraz w 1979 roku, tymczasem w roku 1999 na taśmie filmowej swoje widmo piekła zapisał kultowy reżyser Teruo Ishii.

Propozycja Ishiiego to jego przedostatni filmem w bogatej karierze. Jako taka pochodzi z ostatniej fazy jego twórczości, kiedy to zajmował się niskobudżetowymi, kręconymi na cyfrowych kamerach produkcjami. Stąd też zwykle wywołuje ona albo natychmiastowy niesmak swoim tanim wykonaniem i szkatułkową kompozycją, ewentualnie też swoim surrealizmem i groteskowością, albo wzbudza równie nagłe zainteresowanie. Z dokładnie tych samych powodów. Niemniej jednak, obiektywnie Japanese Hell nie jest filmem bez problemów. Tymi są zaburzające i tak dość nierówny tok narracji sceny, które zostały niemal siłą wciśnięte w fabułę. Wygląda to tak, jakby w trakcie pisania scenariusza Ishiiemu wpadały do głowy różne pomysły, lecz nie mając czasu i/lub chęci na znaczne modyfikacje postanawiał je umieszczać w zupełnie losowo wybranych momentach. Z drugiej strony teatralny, oniryczny charakter produkcji częściowo sprawia, że taki chaos staje się akceptowalny.

Japanese Hell został stworzony z podziałem na nowele spięte ogólną ramą fabularną; Ishii nieraz już przedstawiał swoje opowieści w podobnym stylu, zdecydowanie preferując epizodyczne struktury. Protagonistką filmu jest młoda Akiko (Mutsumi Fujita), którą poznajemy, gdy siedzi smutna na ławce. Niespodziewanie podchodzą do niej trzy osoby: starsza kobieta (symbol seksu z lat 50. Michiko Maeda) oraz jej dwaj młodzi pomocnicy obojga płci. Kobieta okazuje się być Enmą – istotą obserwującą złe uczynki ludzi i decydującą o ich karze w piekle. Jej dziewczęca pomocniczka zostaje przydzielona Akiko jako przewodniczka po panoramie grzechów i kar. W ten sposób protagonistka ma pobrać wartościową naukę, mającą bezpośrednio przełożyć się na jej życiowe wybory.

Sceny rozgrywające się w piekle – którego zwiedzanie rozpoczynamy od przekroczenia rzeki zmarłych – charakteryzują się sporą pomysłowością, lecz również sporą sztucznością. Niedoświadczeni aktorzy grają tu wyjątkowo ekspresyjnie, aż do granic kiczu, który jest cokolwiek irytujący i – co gorsza – pozbawia powagi demonów i piekielnych strażników. Ishii wydaje się niezbyt tym przejmować, a wręcz epatuje teatralną stylistyką; przykładem są sceny płynięcia wspomnianą rzeką, kiedy reżyser nawet nie stara się ukryć, że łódka stoi w miejscu, tylko wyświetla na umieszczonym za nią białym ekranie zniekształcone chmury symulujące ruch. Kiedy już zaakceptujemy konwencję podyktowaną wyraźnie ograniczonym budżetem, możemy zacząć zauważać i chwalić niektóre elementy charakteryzacji oraz scenografii. Wrota do piekieł wykonane są naprawdę pomysłowo, a demony z czterema oczami i końską głową są pozytywnym przykładem świetnego wykorzystania niewielkich pieniędzy.

Akiko niedługo po przybyciu do piekła jest zmuszona oglądać pierwszą sekwencję zbrodni i kary. Skupia się ona na młodym mężczyźnie, który brutalnie zabija małe dziewczynki. I aż dziw bierze, że Ishii zdecydował się wybrać na początek nowelę tak odstającą zarówno charakterem, jak i jakością od reszty produkcji. W kontekście całości ma ona wyraźnie za zadanie wprowadzić widza do poruszanej tematyki, a także ustanowić epizodyczny charakter opowieści. Wydaje się również, że ma ona kontynuować budowanie niepokojącego nastroju, lecz, paradoksalnie, jedynie go osłabia poprzez liche wykonanie. Zwłaszcza, że (anty)bohater tego segmentu jest zupełnie nieinteresujący, a krótkie wybiegi w stronę psychologicznego wytłumaczenia jego manii budzą jedynie śmieszność (tym bardziej, że są wtłoczone w repetycyjne eskapady zabierania dziewczynek do lasu). Na szczęście jest to, nie licząc wstępu, najkrótszy segment filmu. Oparty on został, tak jak i druga nowela, na prawdziwych wydarzeniach, lecz fakt ten w żaden sposób nie poprawia odbioru.

Gdy już wrócimy do podróży po piekle, film zaczyna robić się stopniowo coraz lepszy, zarówno formalnie, jak treściowo. Po tym, jak sceny kary mordercy nacieszą nasze oczy wyjątkowo tanimi efektami gore, zaczynamy poznawać przeszłości Akiko, która – jak się okazuje – jako niemowlę została porwana przez sektę Aum Shinrikyo. Kolejna nowela skupia się tym samym na dwóch wątkach: sposobie funkcjonowania i historii Shinrikyo oraz rosnącym wobec niej oporze dziewczyny.

Nowela ta zajmuje większość filmu, stąd nie uświadczymy już trzeciej. Jest to dość dziwne posunięcie reżysera, które sprawia, że historia o zabójcy dzieci dodatkowo traci na znaczeniu. Tym bardziej że druga nowela wpisuje się w ogólną fabułę i jest wykreowana na wzór retrospekcji z życia bohaterki, równocześnie pokazując fakty z jej życia, które jej samej nie były znane. Ta część produkcji wzbudza wiele emocji, posiada sporo intrygujących sekwencji oraz cechuje się wyraźnym przesłaniem. Sektą przewodzi Wielki Lider, który wykorzystuje swoją władzę i naiwność ludzi do wyłudzania pieniędzy. Wrogów natomiast bezlitośnie karze zabijać. Ishii pozwala poszczególnym wątkom rozwijać się dość swobodnie, stąd obserwujemy wiele miejsc związanych z fałszywą religią i z działalnością sekty.

Porwania, zabójstwa, kłamstwa, próby ucieczek, oszukiwanie chorych, wykorzystywanie seksualne (pod przykrywką rytuału tantrycznego obniżającego poziom niebezpiecznej energii) są tu chlebem powszednim. Gdy sytuacja prawna sekty zaczyna się pogarszać, Wielki Lider stwierdza, że Shinrikyo jest atakowane przez rząd japoński, amerykańską armię oraz, prawdopodobnie, masonów. Przewiduje rychły koniec świata i zmusza wiernych do przeprowadzki i odcina ich od mediów publicznych. Ishii punktuje najważniejsze wydarzenia z historii sekty surrealistycznymi scenami, w których wierni pojawiają się w maskach przedstawiających powiększoną twarz Wielkiego Lidera, w tle przewijają się erotyczne obrazki, wydarzenia są skąpane w ciemno-czerwonym oświetleniu, a po pościeli członków sekty biegają karaluchy.

Jak już wspomniałem, ta nowela/retrospekcja jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. W 1995 roku sekta Shinrikyo zabiła 13 osób i raniła prawie 1000 (z czego 54 ciężko), poprzez rozpylenie trującego gazu w tokijskim metrze. Ishii oczywiście nie omieszka przedstawić tego tragicznego wydarzenia i dochodzi do niego w zaskakująco naturalny sposób. Na tym bynajmniej się nie zatrzymuje i kontynuuje historię sekty skupiając się na późniejszych rozprawach sądowych. Mimo wzbudzania prymarnie pozytywnych wrażeń, także i ta część produkcji nie uniknęła kilku potknięć. Sprowadzają się one do scen niepotrzebnie rozciągających historię oraz do dziwacznych humorystycznych wstawek, osłabiających czasem emocjonalne chwile.

Następnie Japanese Hell przechodzi gwałtowną woltę, której pewnie nikt się spodziewał. Nie będę psuł niespodzianki, wspomnę tylko, że oprócz uraczenia widza najbardziej onirycznymi scenami w całej produkcji oraz pojawienia się Tetsurō Tanby ponownie wcielającego się w protagonistę Bohachi: Clan of the Forgotten Eight (Bohachi bushido: Poruno jidaigeki, 1973), Ishii prezentuje panoramę kolejnych kręgów piekła. Dzięki temu, ostatnie 25 minut filmu stanowi naprawdę imponujący przykład kinowego ekscentryzmu. Nawet mimo gubiącego się sensu i poszatkowania fabularnego, swoją pomysłowością (szczególnie jeśli pamiętamy wspomniane Bohachi) reżyser nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.

Japanese Hell ostatecznie pozostawia widza ze spodziewanym przesłaniem, a raczej przestrogą: nie wierzcie w wątpliwe religie, módlcie się do czystego, wiecznego bytu, choćby nawet do słońca. I zachowujcie czystość. Zawsze zachowujcie czystość. Takim też morałem kończy się nasza wizyta w piekle.

Mateusz R. Orzech

Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.