Istota z innego świata (1951). Czy leci z nami supermarchewka?

W 1951 roku pozycja Howarda Hawksa w filmowej branży była już mocno ugruntowana. Obrazy takie, jak Rzeka Czerwona (1948), Wielki sen (1946) czy Drapieżne maleństwo (1938) dały reżyserowi spory kredyt zaufania zarówno wśród widowni, jak i krytyki. Sam Hawks celował raczej w multigatunkowość swoich produkcji, kręcąc zarówno westerny, jak komedie i filmy noir. Dało to podatny grunt pod plotki, wedle których to właśnie on zasiadł na reżyserskim stołku nakręconej w 1951 roku Istoty z innego świata.

Reżyser filmu, Christian Nyby – montażysta Hawksa od 1944 roku – sam dementował tę legendę słowami: „Czy Hawks wyreżyserował Istotę? To jedno z najbardziej szalonych i absurdalnych pytań, jakie kiedykolwiek słyszałem, a ludzie ciągle zadają. To był styl Hawksa, oczywiście, że tak. To człowiek, u którego terminowałem i od którego się uczyłem. Z pewnością naśladujesz i kopiujesz mistrza, pod skrzydłem pracujesz. W każdym razie, jeśli bierzesz lekcje malarstwa od Rembrandta, nie wyciągasz pędzla z rąk mistrza”. Jaka jest prawda? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy.

Jeśli wierzyć innym doniesieniom, pozycja, jaką Hawks zajmował w ówczesnym Hollywood, pozwoliła mu na ekspertyzę United States Air Force (Amerykańskich Sił Powietrznych). Ostatecznie Siły Powietrzne odrzuciły współpracę przy filmie, gdyż równałoby się to z jawnym zaprzeczeniem możliwości istnienia UFO, co na początku lat 50. XX wieku mogło wzbudzić powszechną niechęć opinii publicznej do rządu. W końcu był to okres lęku związanego z Zimną Wojną, pionierskim podbojem kosmosu i wzmożoną obserwacją niezidentyfikowanych obiektów latających. Jedyną plotką, którą z pewnością możemy odrzucić, jest ta, wedle której to Orson Welles przyczynił się do powstania scenariusza.

Ostatecznie Istota z innego świata jest uważana dzisiaj za jedną tych przełomowych produkcji filmowych, które utorowały fuzję klasycznego kina science fiction z horrorem. Film Hawksa rozpoczął również prawdziwy boom na filmy z kosmicznymi najeźdźcami, w tym Wojny światów czy Najeźdźcy z Marsa (oba 1953). Istota ustanowiła również chłodny, klaustrofobiczny klimat, który charakteryzował późniejsze klasyki kina grozy, Obcego – 8. pasażera „Nostromo” (1979) oraz oczywiście kultowy remake Johna Carpentera Coś (1982).

Historycznie można powiązać Istotę z innym ikonicznym obrazem –  Dniem, w którym zatrzymała się Ziemia (również 1951). Owe dzieło uważane jest powszechnie za liberalną wersję utopijnego snu; świata, w którym to pacyfistyczne ideały i społeczna harmonia stanowią najlepszą odpowiedź na pogrążającej się w chaosie rzeczywistości. Film Nyby’ego i Hawksa stanowi tutaj swoisty kontrapunkt, będąc konserwatywną i z mocno fetyszyzowanym wątkiem militarnym opowieścią o sile, która przywraca pokój.

Drugim, nieuniknionym porównaniem jest Coś Carpentera, w końcu oba filmy opierają się na opowiadaniu Who goes there? Johna Campbella. Jednak w odróżnieniu od Johna, który próbując pozostać wiernym oryginału, nakręcił posępny gore fest, Hawks dodał do swojego obrazu całą masę humoru i archaicznej pseudonauki. W każdym z tych filmów tytułowe coś jest zupełnie innym stworzeniem, a różnice między nimi stanowią wspaniałą zabawę do fanów kina w odkrywanie tego, co na przestrzeni lat straszyło widownię!

Cała historia jest stosunkowo prosta. Przydzielona do arktycznej placówki grupa naukowców i wojskowych wraz z dziennikarzem odkrywa zatopiony w lodzie kosmiczny spodek. Z wraku wydobywają ciało obcego pilota i czym prędzej zabierają je do swojej bazy. Na ich nieszczęście monstrum, które okazuje się rozumną rośliną zbliżoną genetycznie do marchewki, rozmraża się i zaczyna mordować personel stacji. Personel naukowy chce za wszelką cenę chronić kosmitę w celu dalszych badań, wojsko planuje, jak go unicestwić a dziennikarz pragnie poinformować o wszystkim resztę świata. Konkurujące grupy interesu konfrontują się, by ostatecznie to siła zbrojna przesądziła o losie przybysza z nieba.

Wcielający się w tytułową Rzecz James Arness, chyba najbardziej znany z roli Matta Dilona z serii filmów Gunsmoke (1955-1994), nie wspomina dobrze przygody z Istotą z innego świata. Według niego monstrum, zamiast przerażać, pobudza raczej śmiech a samo porównanie go do marchewki, uważał za kuriozalne. Na szczęście sam potwór na ekranie pojawia się bardzo rzadko, co ze względu na mocno serowaty wygląd okazało się bardzo mądrą decyzją. Jego wygląd przywołuje na myśl fuzję potwora Frankensteina, marchwi i Mumii, przez co trudno odnaleźć mu własną tożsamość. I choć ukrywanie go poza naszymi oczami nadaje produkcji dramatyzmu i podnosi napięcie, decyzja ta była raczej nieco bardziej pragmatyczna.

Jednak to, co wciąż fascynuje w filmie Hawksa, jest przeciąganie liny pomiędzy naukowcami a wojskiem, symbolicznym rozumem i siłą. Wiele klasycznych filmów korzystało z motywu, w którym ktoś z zewnątrz zmusił rodzinę bądź grupę przyjaciół do wewnętrznej walki. Jednak w czasach, kiedy narastał ukryty konflikt pomiędzy sektorem przemysłowym a militarnym, Istota wzięła na tapetę wszystkie te kuriozalne z dzisiejszej perspektywy machinacje polityczne. To wręcz kronika zakulisowego widma Zimnej Wojny!

Najbardziej niepokojące jest zatem to, w jaki sposób produkcja portretuje wojsko. Ludzie reprezentujący siły zbrojne są brutalni i niesympatyczni, całkowicie odrzucając idealistyczne zapędy Dr. Carringtona (Robert Cornthwaite). Wydźwięk całości podkręca również fakt, że to właśnie wojskowi mają ostatecznie rację. Dla odciętych od świata, z ograniczonymi narzędziami komunikacji i popadających w coraz większą paranoję jednostek opcja militarna wydaje się najbardziej pociągająca. Jednak w kontekście Ameryki lat 50., kiedy to dwa supermocarstwa miały swobodny dostęp do broni nuklearnej, skutek równałby się masowemu samobójstwu. Jednak to, co wydaje się na wskroś nielogiczne, w Istocie (heh!) jest jak najbardziej racjonalne.

Nieprzypadkowo ten buzujący testosteron znajduje ujście w postaci Pani Chapman (Sally Creighton). To właśnie ona wprowadza tutaj nieco lżejsze, komediowe tony dając nam okazję, by zobaczyć tę bardziej ludzką twarz głównodowodzącego wojska kapitana Patricka Hendry’a (Kenneth Tobey). Nie zapominajmy również o obowiązkowym wątku romantycznym między dwójką bohaterów, która aż ocieka archaiczną naiwnością. Niemniej jednak bohaterka Creighton każe przynajmniej dwa razy zastanowić się Hendry’emu nad swoim planem.

Podobnie jak wiele innych horrorów z tamtego okresu, również Istota z innego świata nie jest z perspektywy dnia dzisiejszego szczególnie przerażająca. Jednak to prowokujące i zmuszające do refleksji okno na wyjątkowy rozdział w historii USA. I choć to pozbawiony humoru i takiej szczerej naiwności remake przykrył cieniem oryginał, film z 1951 wciąż pozostaje naprawdę smakowitym kąskiem. Warto również przyjrzeć się mu ze względu na popkulturową spuściznę, która do dziś przewija się przez kino niczym korzenie kosmicznej supermarchewki. Parafrazując bohaterów opowieści – pamiętajcie, by zawsze obserwować niebo!

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.