Invasion of the Bee Girls (1973). Zabzykani na śmierć

Małe, spokojne miasteczko Peckham w Kalifornii. Życie toczy się tu leniwie, a mieszkańcy udanie koegzystują z pracownikami umiejscowionego w okolicy, sponsorowanego przez rząd ośrodka badawczego. Pewnego dnia, jeden z zatrudnionych w nim naukowców zostaje znaleziony martwy w łóżku. W celu zbadania okoliczności śmierci, na miejsce przybywa wysłannik Departamentu Bezpieczeństwa, Neil Agar (jedna z czołowych twarzy sewentisowej eksploatacji, William Smith). Agent zasięga tu i ówdzie języka i przekonuje się, że członkowie grup badawczych prowadzą w większości przypadków barwne życie erotyczne. Wkrótce dochodzi do kolejnych zgonów: we wszystkich przypadkach ofiarami są zdrowi mężczyźni w średnim wieku. Przyczyna śmierci zawsze jest zaś taka sama: zawał serca w trakcie odbywania stosunku…

Invasion of the Bee Girls to ostatni film w dorobku reżyserskim Denisa Sandersa, dwukrotnego zdobywcy Oscara (po raz pierwszy w 1954 roku za krótki metraż A Time Out of War, następnie w 1970 za dokument Czechoslovakia 1968). W scenariuszu Nicholasa Meyera pobrzmiewają echa słynnej Inwazji porywaczy ciał (1956) Dona Siegela, z tym że zamiast przejmujących tożsamość pobożnych obywateli kosmitów mamy tutaj ponętne gospodynie domowe, które w wyniku osobliwego eksperymentu ulegają przemianie w nienasycone nimfomanki. Po cóż kreować rasę kobiet-pszczół, które bzykają się do upadłego (a konkretnie do momentu śmierci partnera) – to już otwarte pytanie dla dociekliwych.

Najważniejsze wszak, że omawiana pozycja nie jest wcale tak zła, jak mogłoby na to wskazywać krótkie streszczenie fabuły. Absurdalna historia podana została z pastiszowym zacięciem, co pod pewnymi względami zbliża ją do opublikowanej rok wcześniej, satyrycznej powieści Iry Levine’a Żony ze Stepford. Nad całością unosi się delikatnie grindhouse’owy sznyt (wynikający głównie z tematyki, bo pod względem realizacji rzecz prezentuje raczej przyzwoity poziom), który zapewnił filmowi Sandersa kultowy status.

W pierwszej kolejności mamy jednak do czynienia z porządnie skrojonym science-fiction prosto z lat 70. Charakterystyczne ubiory, fryzury, sposób narracji czy zdjęcia – wszystko to przyjemnie łechce sentymentalne struny w wyobraźni odbiorcy, który jest w stanie z łatwością przełknąć największe fabularne głupoty. Sam Meyer, wówczas początkujący scenarzysta (a później m.in. reżyser dwóch części kinowej serii Star Trek oraz filmowej fantazji na temat H.G. Wellsa i Kuby Rozpruwacza Time After Time [1979]), miał być do tego stopnia niezadowolony ze zmian wprowadzonych w tekście bez jego wiedzy, że pragnął usunąć swoje nazwisko z napisów początkowych – od zamiaru odwiódł go jego agent.

Z dzisiejszej perspektywy ciężko uznać Invasion of the Bee Girls za „plamę na honorze” – to rozrywka oparta na dobrze wyważonych proporcjach pomiędzy pikantnymi szczegółami i purnonsensem, z na tyle umiejętnie budowaną dramaturgią, że doskonale broni się jako pełnoprawna opowieść, a nie jedynie kuriozalna ciekawostka. Pobrzmiewają tu zimnowojenne echa, a zwolennicy teorii freudowskich mogliby zapewne rozprawiać o ukrytym lęku przed kastracją. Można by również pokusić się o analizę konfliktu między naturą, a cywilizacją. Interpretacje są otwarte, jak w każdym porządnym, zaangażowanym społecznie obrazie z tej rozpolitykowanej dekady. Wracając jednak do meritum i całkiem już serio: któż nie chciałby zobaczyć filmu o pracowitych dziewczętach z pszczelego roju, które od miodu znacznie bardziej wolą seks?

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.