Ichi Zabójca (2001). Świat na opak

Share

Filmowa przemoc i Japonia od zawsze szły ze sobą w parze. Japońska kinematografia zapisała się więc na łamach historii jako ojczyzna nie tylko monumentalnych, pełnych wyrafinowania i bogactwa znaczeń filmów Akiry Kurosawy i spółki, ale też bardziej brutalnych i ekstremalnych tworów, reprezentowanych chociażby przez serię Królik doświadczalny (1985-1988). Przeglądając ten parszywy katalog obrzydliwości warto pochylić się szczególnie nad jednym tytułem. Nad opowieścią o Ichim Zabójcy, która bezczelnie puszcza do widza oko udowadniając z przewrotnym wdziękiem i humorem, że nie ma czegoś takiego jak granice wytrzymałości.

Publikowana w latach 1998–2001 manga Hideo Yamamoto Ichi The Killer (Koroshyia 1) szybko zapracowała sobie na miano jednej z najbardziej oryginalnych i zarazem najdziwniejszych komiksowych pozycji. Sam Frank Miller, autor kultowego Sin City, w jednym z wywiadów przyznał, że jest to „jeden z najbardziej pokręconych tytułów, w historii tej sztuki”. Biorąc pod uwagę całą paradę sadystów i degeneratów występujących w historii Yamamoto, nie dziwi fakt, że adaptacją mangi dość szybko zainteresował się Takashi Miike – autor znany ze swojego zamiłowania do makabry, którą na ekranie pokazuje bez znieczulenia.

Nie bez powodu jego twórczość od zawsze naznaczona była rożnego rodzaju skandalami. Dwa lata przed premierą Ichiego o niepokornym twórcy zrobiło się na świecie głośno za sprawą Gry wstępnej, gdzie (choć podobno niezamierzenie!) rozprawiał się z jednym z największych kompleksów swoich rodaków: lęku mężczyzn przed wyzwoleniem kobiet. Współczesna japońska kultura, wyrosła na gruncie silnego patriarchatu, pełna jest tworów bazujących na mocnym seksualnym uprzedmiotowieniu kobiet, żeby wspomnieć tylko komiksy hentai czy filmy pinku eiga. W Grze wstępnej Miike postanowił odwrócić te role, wrzucając nas w szpony prawdziwej kobiety-modliszki, która bezlitośnie okalecza i morduje swoich partnerów.

Dwa lata później reżyser, znany w środowisku jako prawdziwy tytan pracy, postanowił pójść za ciosem w przeciągu zaledwie kilku miesięcy wypuszczając kolejne wyjątkowo skandalizujące tytuły. Pierwszy z nich, Visitor Q, to bezlitosny cios wymierzony w sam środek etosu japońskiej rodziny. Miike bez  żadnych sentymentów i kompleksów przedstawia ją jako siedlisko patologii, obłędu, prymitywizmu i zboczeń seksualnych. Ichi Zabójca podążył w te same obskurne rejony, dorzucając do całości jeszcze prawdziwą komiksową jazdę bez trzymanki, jaskrawą stylizację i campową przesadę. Finalnie stając się przedziwną mieszanką prześmiewczej opowieści gangsterskiej, absurdalnego kina gore i czarnej komedii w jednym.

Akcja filmu rozpoczyna się w momencie zaginięcia szefa Yakuzy, niejakiego Anjo. Razem z nim przepada 300 milionów jenów. Na poszukiwania szefa, wyrusza jego wierny sługa, znany ze swoich sadomasochistycznych skłonności Kakihara. Mężczyzna, nie przebierając w środkach, za wszelką cenę walczy o odkrycie prawdy i dotarcie do człowieka, który za tym zniknięciem stoi. Wkrótce wychodzi na jaw, że za wszystko może odpowiadać równie brutalny co tajemniczy Ichi, kontrolowany przez konkurencyjną grupę przestępczą.

Na pierwszym planie mamy tutaj ekstrawaganckiego Kakiharę, który uwielbia krzykliwe stroje i przerażające tortury. W pewnym momencie, tuż przed zmasakrowaniem jednego z oponentów, z jego ust pada kultowe zdanie „There is no love in your violence”. Przemoc jest dla niego nie tylko rozrywką, ale i sposobem na zaspokojenia własnych popędów, czy wręcz przewrotnym sensem życia. Osoby znajdujące się w jego towarzystwie sprawiają wrażenie zahipnotyzowanych tym makabrycznym teatrem okrucieństwa. Widać to szczególnie w scenie torturowania Suzukiego, którego Kakihara najpierw przybija na haki a następnie polewa rozgrzanym olejem. Członkowie zbrodniczego syndykatu przyglądają się całemu procesowi otępiałym wzrokiem za pośrednictwem przekazu telewizyjnego.

Kakihara to człowiek, którego rytm życia odmierzany jest kolejnymi aktami przemocy, czy to wymierzonymi w innych, czy samego siebie. Gdy w obecności członków organizacji decyduje się na odkupienie swoich win poprzez obcięcie własnego języka, dostrzegamy, że ostatecznie cała ceremonia sprawia większe wrażenie na obserwatorach, aniżeli głównym zainteresowanym. Ironia sceny, w której to zdeprawowani gangsterzy nie chcą oglądać masochistycznych popisów Kakihary jest niezwykle wymowna w kontekście zamiłowania Miikego do rozbijania utartych kliszy i jednoznaczności.

Postacią nieco bardziej skomplikowaną jest tytułowy Ichi, który łączy w sobie z jednej strony obecne w całym filmie przerysowanie i umowność (wszak przemieszcza się ubrany w kombinezon z ostrzem wysuwającym się z buta!), z drugiej zaś poetyckość i powagę, która dla Miikego jest równie ważna. Ichi w przeciwieństwie do Kakihary, dla którego przemoc jest formą przedstawienia teatralnego, które stale trzeba dopracowywać, zabija bezmyślnie, zostawiając za sobą hektolitry krwi i kilogramy dosłownie wypatroszonych ciał. Każde miejsce, w którym wykonuje swój taniec śmierci zamienia w rzeźnię. Co więcej, zadawanie bólu pomaga osiągnąć mu seksualne spełnienie. Szczególnie widać to w scenie, gdy zabija oprawcę prostytutki, tylko po to aby samemu kontynuować dręczenie kobiety.

Jest jednak coś, co odróżnia Ichiego od zwyrodniałego Kakihary. Chłopak tak naprawdę nie chce zabijać. Śmiertelnie niebezpieczny Jijii, za pomocą psychologicznych sztuczek, stale kreuje w jego umyśle fałszywe traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, które napędzają go do dalszych zbrodni. To właśnie te sztucznie kreowane wspomnienia mają obudzić w Ichim podświadomie skrywaną wściekłość, nakłaniając go tym samym do zabijania. Niezwykle symboliczne wydaje sie obsadzenie w roli Jijiiego reżysera Shinyi Tsukamoty, który już 12 lat wcześniej opowiadał o kryzysie tożsamości w swoim cyberpunkowym klasyku Tetsuo – Człowiek z żelaza.

Paradoksalnie Ichi jest więc postacią tragiczną, która jako jedyna traktuje przemoc w kategorii tragicznej pętli, z której nie może się wyzwolić. Tak jak Kakiharę kreuje się tu na typowego arcyłotra, tak Ichi nosi znamiona znękanego przez życie superbohatera – prywatnie skrajnie nieśmiałego, a w momencie założenia “kostiumu” bezlitośnie rozprawiającego się z każdym, kto stanie na jego drodze.

Część fanów mangowego pierwowzoru mogła być nieco zaskoczona filmem Miikego. Reżyser wykorzystując rysunkowy pierwowzór postanowił opowiedzieć swoją wersję historii. Oryginał, będący ponurą i ciężką opowieścią o yakuzie, na ekranie został przepuszczony przez filtr sardonicznego humoru i grubymi nićmi szytej groteski. Yamamoto dokonał dość klarownego podziału na tych dobrych i złych. Reprezentantem  pierwszej grupy stał się tytułowy bohater, pragnący normalnego życia, z kolei drugiej demoniczny i odrażający Kakihara. Miike zdecydowanie rezygnuje z tych prostych rozgraniczeń. To właśnie Kakahira jest u niego najważniejszym bohaterem. To z jego perspektywy poznajemy historię, to jego działania są motorem napędowym całej opowieści. Paradoksalnie, właśnie jego twarz, nie Ichiego, zdobi plakat filmu. W interpretacji Yamamoto był nikczemnym i okrutnym typem, natomiast na ekranie zamienia się w przegiętego psychopatę, którego wygląd przywodzi na myśl miłośnika mangowych konwentów, nie miejsc okrutnych zbrodni, gdzie trup ściele się gęsto. Kolorowy, uśmiechnięty, stanowi totalne przeciwieństwo Ichiego, który w filmie został przedstawiony jako osobnik nieco opóźniony w rozwoju, który seksualne spełnienie znajduje w ćwiartowaniu swoich ofiar. W pewnym momencie możemy złapać się na tym, że to właśnie Kakiharę – klasycznego psychopatę, łatwiej jest nam polubić. Z kolei sam zbrodniczy syndykat, w interpretacji japońskiego reżysera, to nie siedlisko brutalnych przestępców, ale grupka niezbyt rozgarniętych bandytów, których wycina w pień zboczeniec-psychopata.

Żonglowanie schematami, odwracanie znaczeń, a w konsekwencji beztroskie podejście do kwestii przemocy sprawia, że Ichi Zabójca rozbija formułę filmów o  yakuzie od środka. Można byłoby to uznać za pewną formę spłycenia rysunkowego pierwowzoru, na szczęście Miike z tych fabularnych przewrotek wychodzi obronną ręką. Z jednej strony jego film ma charakter wyjątkowo uniwersalny, piętnujący kulturę przemocy, która doprowadziła do zatarcia wszelkich znaczeń,  a w konsekwencji stawiania nas w pozycji biernych obserwatorów. Widać to zresztą w samym filmie: w scenach, gdy towarzysze Kakihary wpatrując się tępo w ekran podziwiają jego dzieło zniszczenia. Z drugiej strony reżyser, podobnie jak w Visitorze Q, z zamiłowaniem wywleka narodowe kompleksy. W leksykonie Odrażające, brudne i złe. 100 filmów gore Piotra Sawickiego możemy przeczytać: „(…) dwaj antagoniści reprezentują najbardziej przykre cechy Japończyków: nadmierną pokorę połączoną ze skłonnością do obwiniania się (Ichi) i tendencję do samoupokorzania (Kakihara)”. Obie te cechy widoczne są w zamiłowaniu do przemocy, które w ojczyźnie Miikego jest wyjątkowo wyraźne. Filmy, a szczególnie komiksy, pełne brutalnej pornografii są na porządku dziennym, będąc kanałem ujścia dla nagromadzonych frustracji. Brak jakichkolwiek ograniczeń cenzuralnych sprawia, że przemoc we współczesnej japońskiej kinematografii stała się tylko jednym z wielu sposobów mówienia o otaczającej rzeczywistości.

Marta Płaza
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.