Hongkong i okolice. Rok 1973 (część V)

Feng Ku i Hsieh Wang w "The Master of Kung Fu".

Niniejsza seria zaplanowana jest jako mini-encyklopedia produkcji z Hongkongu, Chin i Tajwanu, które zaliczają się do kina gatunków, ze szczególnym uwzględnieniem filmów wuxia, kung fu, kina akcji, kryminałów oraz horrorów. Warto w tym momencie przypomnieć oczywisty fakt, że pochodzi stamtąd również ogromna ilość doskonałego kina wszelkich gatunków, stąd też zachęcam do poznawania kinematografii tego obszaru Azji wykraczającej poza ramy tutaj nałożone.

The Master of Kung Fu aka Death Kick aka Shaolin Death Kicks
Huang Fei-Hung
reżyseria: Meng-Hua Ho
scenariusz: Kuang Ni
choreografia scen akcji: Cheung-Yan Yuen, Wo-Ping Yuen
studio: Shaw Brothers
premiera: 12.09.1973

Obsada: Feng Ku, Ping Chen, Wai-Tiu Lam, Siu-Hung Hui, Hsieh Wang, Hon Wong, Shen Chan, Hon Law, Lu-Chieh Shih, Man-Tzu Yuan, Yuen Biao i inni.

Fei-Hung Wong przez wiele lat pozostawał najpopularniejszym bohaterem filmów kung fu i także współcześnie – mimo rozgłosu, jakim cieszy się Ip Man – wciąż pozostaje jedną z najsłynniejszych postaci, kojarzonych z produkcjami sztuk walki. Kino upomniało się o osobę tego folkowego bohatera w 1949 roku, kiedy to rozpoczęła się niezwykle popularna kantońska seria filmów, opowiadająca o jego przygodach. Była ona kontynuowana przez 21 lat; w latach 60. jej popularność zaczęła się zmniejszać, toteż zakończono ją w 1970 roku. Nie minęło jednak wiele czasu nim kino kung fu znów zaczęło podbijać hongkoński rynek. Co prawda już nie kantońskie, a mandaryńskie produkcje zaczęły okupować wysokie miejsca w ichnim box officie. Z tego też powodu w 1972 roku zarząd Shaw Brothers postanowił sprowadzić kultową postać Fei-Hunga Wonga z powrotem na ekrany kinowe. Do wykonania tego zadania oddelegowano Meng-Hua Ho i Kuanga Ni i ich spojrzenie na klasyczną serię – zgodnie z przewidywaniami – cieszyło się sporą popularnością wśród widowni ciekawej nowej wersji słynnego bohatera.

Podejście Ho i Ni do postaci było bardzo ostrożne, nie próbowali oni zmienić charakteru czy wyglądu Wonga choćby w najmniejszym stopniu, a raczej wykorzystać klasyczne elementy niedawno zakończonej serii i zaprezentować je w kolorze oraz ze wsparciem większego budżetu. Główną rolę otrzymał zatem Feng Ku, znany do tej pory przede wszystkim z licznych kreacji czarnych charakterów. Feng Ku naprawdę nazywał się Si-Wen Chen i urodził się w Szanghaju w 1930 roku. Podczas studiów w Pekinie zdecydował się rozpocząć karierę wokalną i jego pierwszą pracą była praca piosenkarza w parku rozrywki, którą zakończył, gdy w wieku 35 lat podpisał kontrakt z Shaw Brothers. W tym studiu pojawił się w około 100 filmach; na przestrzeni całej swojej kariery Ku zagrał zaś w 376 produkcjach. Wong w wersji Ku kontynuuje trendy z kantońskiej serii, gdzie w tytułową postać wcielał się przez 21 lat Tak-Hing Kwan. Stąd też zaprezentowany w omawianym filmie wizerunek Wonga jest odmienny od tego, który kojarzą fani współczesnego kina kung fu, a który został wyznaczony przez Jeta Li, wcielającego się w folkowego bohatera w popularnym i wpływowym obrazie w reżyserii Tsuia Harka i jego kontynuacjach. Wong z roku 1973 jest zdecydowanie starszy, nie posiada też długiego warkocza, poza tym jednak wciąż jest mistrzem sztuk walki, nauczycielem tychże oraz skutecznym lekarzem.

Ni i Ho napotkali jednak wyraźne trudności z pomieszczeniem licznych wątków i pomysłów. Decydują się bowiem nie tylko pokazać wszystkie aktywności Wonga, ale też stworzyć pełne postaci z dwójki jego studentów Kuan Lianga i Nan Su (Wai-Tiu Lam i Siu-Hung Hui), naszkicować rywalizację z kuzynem protagonisty (Shen Chan), prowadzącym własną szkołę sztuk walki oraz przedstawić rywalizację Wonga ze złym duetem: mistrzem podstępu Xi Dengiem (Hon Wong) i mordercą Tian Dao Li (Hsieh Wang). Ponadto zdecydowano się także na wprowadzenie postaci bogatego, wyrugowanego z wszelkiej moralności i wyzyskującego Chińczyków obcokrajowca (najpewniej Brytyjczyka, choć jego pochodzenie nigdy nie jest wyjawione), pana Gordona (Lu-Chieh Shih) oraz wątku romantycznego Lianga z piękną aktorką Hong Hua Da (Ping Chen).

Ni – piszący dziesiątki scenariuszy rocznie – miał wyraźne trudności ze scaleniem wszystkiego w jedną zwartą opowieść; trudności te zostały tyko uwydatnione przez dziwny, chaotyczny momentami montaż. Problemem filmu są również mało interesujący złoczyńcy, choć w tym względzie udaje się twórcom stworzyć kilka interesujących sekwencji i zwrotów kacji. Deng, nazywany Lisem Zachodniej Bramy, cechuje się bowiem sporą pomysłowością i choć nie zna żadnych sztuk walki, to jego kłamstwa, intrygi i trucizny sprawią Wongowi więcej problemów i wynikną większymi tragediami niż zdolności Li, korzystającego z ukrytej broni.

Jak na kino kung fu przystało ostatecznie wszystkie rywalizacje zostaną rozwiązane przy użyciu fizycznej siły. Stąd też choć dość udanie twórcy prezentują Wonga jako lekarza, to przede wszystkim skupiają się na jego zdolnościach sztuk walki. Już po otwierającej sekwencji tańca lwów – niechybnie nawiązującej do podobnych scen z kantońskiej serii – Wong zostaje wprowadzony jako człowiek o zdolnościach wykraczających daleko poza umiejętności innych. Każdy fan kung fu z pewnością wie, że sztandarową techniką Wonga jest „bez-cieniste” (lub „niewidzialne”) kopnięcie, czyli niezwykle szybki i potężny cios nogą. Oczywiście jako tak mocarna technika nie może być ona używana zbyt często, aby nie pozbawić scen akcji suspensu, toteż Ni wpadł na pomysł, że Wong będzie unikał korzystania z techniki ze względu na jej destrukcyjne właściwości, które 10 lat temu spowodowały śmierć jego brata.

Sceny akcji w The Master of Kung Fu są autorstwa braci Yuen. Kultowy choreograf i przyszły reżyser Wo-Ping Yuen we wczesnej młodości pojawiał się w klasycznej serii o Wongu jako aktor, grający u boku swojego ojca, również zaangażowanego w tworzenie kantońskiej serii. Wydaje się więc, że Yuen był idealnym wyborem na choreografa scen sztuk walk. W omawianej produkcji znacząco obniżył on poziom ich ekstrawagancji, jak i poziom destrukcji otoczenia (czyli coś co w swoich innych choreografiach stale zwiększał). Zamiast tego skupił się na bardziej realistycznych pojedynkach, starając się oddać ducha sztuk walki prawdziwego Fei-Hunga Wonga. I mimo że sceny akcji mogłyby być nieco szybsze i lepiej zmontowane to dzięki temu uświadczymy sporo świetnych sekwencji. Wśród nich najbardziej wyróżniają się te, w których Ku walczy za pomocą sanjiegun.

Ostatecznie The Master of Kung Fu stanowi interesującą pozycję dla każdego miłośnika kung fu, a także dość istotną jako wprowadzającą postać Wonga do kina mandaryńskiego oraz – zdaje się – inspirującą dla przyszłej produkcji Tsuia Harka, który wątek związany z obcokrajowcem o wiele pełniej wykorzysta w swojej wersji przygód tego legendarnego mistrza.

The House of 72 Tenants
Chat sup yee ga fong hak
reżyseria i scenariusz: Yuen Chor
studio: Shaw Brothers
premiera: 22.09.1973

Obsada: Hua Yueh, Ching Tin, Li Ching, Chin Hu, Lydia Shum, Yuen Chor, Sau-San Hoh, Yat-Fan Lau, Feng Ku, Kang-Yeh Cheng, Sau-Kei Lee, Miao Ching, Tin Leung, Helena Law, Danny Lee, Karen Yip, Kuan-Tai Chen, Chung Wong, Lily Ho, Hua Tsung, Pang Pang, Helen Ko, Kang Cheng, Betty Pei i inni.

Może to i filmy kung fu z Brucem Lee ustanowiły nowy rekord w hongkońskim box officie, lecz to produkcja z Shaw Brothers zmiażdżyła wszelką ówczesną konkurencję. Zrealizowany w języku kantońskim The House of 72 Tenants nie tylko zostawił daleko w tyle wszelkich rywali, ale i samodzielnie poprawił recepcję kantońskiego kina, co sprawia, że jest to jedna z najistotniejszych pozycji nie tylko w katalogu Shawów, ale i hongkońskiego kina w ogóle. Mówi się, że postaci takie jak choćby kultowy Stephen Chow nie rozpoczęłyby kariery, gdyby nie sukces omawianego obrazu.

Film jest adaptacją popularnej teatralnej komedii pod tym samym tytułem. Shawowie rozpoznali ją jako możliwość stworzenia kasowego przeboju, przez co zdecydowali się dokonać jej kinowej adaptacji w – co było ryzykownym, ale jak się okazało zupełnie słusznym krokiem – języku kantońskim. Należy bowiem pamiętać, że na ówczesnym rynku już od kilku lat dominowało kino mandaryńskie i filmy kantońskie – zwykle pozbawione większych budżetów – były postrzegane jako gorsze i mniej wartościowe. Shawowie do reżyserii The House of 72 Tenants wybrali Yuena Chora, który zanim przybył do Shaw Brothers zajmował się przede wszystkim reżyserią kantońskich melodramatów; jako taki był więc idealnym reżyserem kantońskojęzycznego komediodramatu.

Produkcja przedstawia los tytułowych 72 lokatorów, żyjących na małym obszarze zarządzanym przez złodziejskie, kłamliwe i wykorzystujące słabszych bogate małżeństwo (Ching Tien i Chin Hu). Chor przedstawia tu całą paletę drugoplanowych postaci, wielu z nich dając chwile do zabłyśnięcia, lecz prymarnie skupia się na najnowszym z lokatorów, młodym szewcu Chai Facie (Hua Yueh) i na poniżanej, traktowanej jak niewolnik przybranej córce wspomnianego małżeństwa, Heung Au (Li Ching).

Film składa się z serii krótkich nowelek, jednak każda z nich jest ze sobą powiązana fabularnie i często rezultat jednej staje się punktem wyjścia dla kolejnej. Nowele te dzielą się na dwie grupy: pierwsza jest bardziej komediowo-satyryczna i skupia się na próbach wyzyskiwania biednych mieszkańców przez zarządców oraz skorumpowanego, zidiociałego policjanta (Fan-Yat Lau); ta grupa nowel zwykle kończy się moralizatorską puentą i ukaraniem negatywnych postaci, przechodząc wcześniej przez całą paletę żartów. Druga grupa to nowele dramatyczne, kiedy to któregoś z lokatorów spotyka jakieś nieszczęście, co motywuje innych do wspólnego stawienia czoła problemom i udzielenia pomocy potrzebującemu. Wszystkie te miniatury dzielą też liczne cechy wspólne. Najważniejszymi z nich są komentarz dotyczący biedy w kraju, eksploatacji sfer niższych przez wyższe, wszechobecnej korupcji (widocznej szczególnie w scenach z policjantem, jak również w kuriozalnej sekwencji ze strażą pożarną) oraz propagowanie kolektywnego działania na rzecz polepszenia warunków egzystencji w kraju. Oprócz tego na przestrzeni całego filmu rozwija się również delikatny wątek romantyczny między Fatem i Au.

The House of 72 Tenants był oficjalnie współprodukowany przez hongkońską telewizję (mimo że w rzeczywistości praktycznie za wszystko, łącznie z dystrybucją, odpowiadali Shawowie), stąd mógł cieszyć się sporą promocją w mediach. Aby dodatkowo zachęcić widzów do wybrania się do kin film zapełniono całą gamą popularnych aktorów, czy to na pierwszym, czy na drugim planie, czy choćby w gościnnych epizodach. Każde pojawienie się znajomej twarzy na ekranie – podobnie jak czyniono to np. w The Water Margin – zostało podkreślone pojawieniem się imion i nazwisk danego aktora oraz postaci, w jaką się wciela. Zobaczymy tu m.in. Lydię Shum jako wygadaną właścicielkę pralni, samego Yuena Chora w roli złodzieja, Fenga Ku w nietypowej kreacji zniewieściałego właściciela domu publicznego, Betty Pei jako znającą się na biznesie współwłaścicielkę tegoż domu, Kuan-Taia Chena jako jedynego uczciwego policjanta w mieście, Szu Shih jako klientkę odwiedzającą jedną z drugoplanowych postaci, Chunga Wonga jako osobę kontrolującą gry hazardowe w nieprzyjaznej dzielnicy, Lily Ho jako jedną z milszych lokatorek, Hua Tsunga jako rykszarza i wielu, wielu innych.

Jako taki film – mimo osadzenia w studyjnych przestrzeniach i niewątpliwie teatralnego wrażenia – oferuje ciekawy i różnorodny kalejdoskop hongkońskiego społeczeństwa początku lat 70., wypełniony po brzegi satyrą i komedią, lecz niezapominającą o dramacie i rozbudowaniu bohaterów mimo zabójczego tempa narracji. Choć bowiem postaci jest tak wiele, to akcja pędzi tu z taką prędkością, że praktycznie co chwila ktoś inny zajmuje centralną pozycję przed kamerą. Dzięki jednak świetnej reżyserii Chora nie prowadzi to do zagubienia widza w natłoku informacji, tylko do głębszego poznania problemów, marzeń i cech charakterów tytułowych lokatorów.

Oczywiście dla współczesnego widza, a nadto współczesnego widza nieznającego języka kantońskiego ani realiów przedstawionych w filmie, The House of 72 Tenants z pewnością prezentuje się mniej atrakcyjnie niż dla ówczesnej, hongkońskiej widowni. Szczególnie doskwiera bariera językowa, jako że spora część gagów jest ukryta w warstwie werbalnej, co w nieunikniony sposób nie udało się całkowicie przekazać w anglojęzycznym tłumaczeniu. Lecz nawet mimo tego, produkcję oglądałem z ciągłym zaciekawieniem i wiele żartów uważam za co najmniej przyzwoitych. Chor poprzez epizodyczną strukturę, pędzącą akcję i z pomocą niezwykle żywiołowych aktorów stworzył energiczną produkcję, którą z powodu jej wpływu na popularyzację kina kantońskiego ciężko pominąć podczas omawiania filmów z Hongkongu.

The Champion aka Karate King aka Shanghai Lil and the Sun Luck Kid aka Chivalrous Guest
Hao ke
reżyseria: Ching-Wan Chu Got, Ching-Chen Yang
scenariusz: Ching-Chen Yang, Hsin-Yi Chang
choreografia scen akcji: Hsing Hsieh
studio: Shaw Brothers
premiera: 12.10.1973

Obsada: Han Chin, Szu Shih, Yuan Yi, Fei Lung, Su Han, Tu Chin, Kwan Lau, Chung-Tien Shih, Hsing Hsieh, Wai Lee, Feng Chang, Fu-Hung Cheng, Hsin-I Chen, Fu-Chiang Chi, Blacky Ko i inni.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas oglądania The Champion to to, że Han Chin nie wypada zbyt przekonująco w roli potężnego mistrza sztuk walki. Nie można mu odmówić prezencji ekranowej ani aktorskich zdolności, kiedy jednak rusza do walki – a dzieje się to często – wtedy ujawniają się jego spore braki atletyczne. Nie jest to zaskakujące, gdyż Chin do tej pory był znany przede wszystkim z ról dramatycznych. Popularność kung fu jednak sprawiała, że prędzej czy później praktycznie każdy aktor odnajdywał się w jakiejś produkcji z gatunku, szczególnie jeśli cieszył się popularnością; stąd też Chin został obsadzony w głównej roli w The Champion, co z pewnością zachęciło do odwiedzenia kin więcej niż kilka osób. Tym bardziej, że okazjonalnie pojawiał się w filmach akcji już wcześniej, m.in. w The Killer.

Wciela się on w Fu Lu – wojownika, który odbył karę 5 lat więzienia za przestępstwo, którego nie popełnił. Popełnił je jego brat: Te-Piao (Lung Fei), obecnie kontrolujący miejscowe kopalnie węgla gangster, cieszący się poparciem Rosjan (w których wcielają się chińscy aktorzy) i okazjonalną pomocą ze strony pojawiających się znikąd mistrzów taekwondo. Chrapkę na kopalnię mają również Japończycy, którzy przybyli do miasteczka w trójosobowym składzie: podstępny mistrz z ukrytym pistoletem Nagata (Yuan Yi), brutalny karateka Katsumasa (Chung-Tien Shih) i zimniejsza od ostrza swojego miecza mistrzyni kendo Chieko (Wai Lee). Protagonista oczywiście jest zmuszony walczyć ze wszystkimi, na szczęście na pomoc przybywa jego utalentowana w sztukach walki siostra Chu Ah (Szu Shih).

Fabularnie film nie przestawia się szczególnie intrygująco, choć jego niewątpliwą zaletą jest wymieszanie różnych klisz gatunku. Te-Piao to typowy, kontrolujący jakąś większą fabrykę/kopalnię/tartak złoczyńca, nasyłający na bohaterów chmary swoich wojowników, co wynika grupowymi starciami, kończącymi się okazjonalnym pojedynkiem. Gdy jego ludzie zostają pokonani sięga po pomoc zagranicznych wojowników, czyli dwóch niezbyt rosyjskich Rosjan (klasyczny siłacz oraz mistrz walki biczem) oraz wojowników taekwondo. Japończycy – którzy stopniowo zastępują Te-Piao na pozycji głównych antagonistów – to zaś typowi butni, podstępni brutale, nieróżniący się niczym od stereotypowego portretowania jakim „cieszą się” w filmach kung fu i wuxia, spopularyzowanego przez filmy Yu Wanga. Mamy tu też klasyczne pojmanie protagonisty przez złoczyńców, którzy „odbierają” mu torturami zdolności walki, co wynika stworzeniem mniej lub bardziej kuriozalnej techniki, bohaterskie poświęcanie się drugoplanowych postaci oraz patriotyczno-nacjonalistyczny wydźwięk.

Film został nakręcony w Tajwanie, a jego głównym reżyserem był debiutujący na tym stanowisku Ching-Wan Chu Got, wcześniej zajmujący się pisaniem powieści. W jego pierwszych krokach w nowej karierze wsparł go Ching-Chen Yang, który przedtem pełnił obowiązki asystenta reżyserów, takich jak Yu Wang czy Cheh Chang. Skoro już wspominam nieco o osobach zaangażowanych w tworzenie produkcji, to wspomnę też, że w czasie kręcenia i premiery The Champion Han Chin cierpiał na problemy związane z depresją. Łatwo natrafić na informację, że rozważał wtedy nawet popełnienie samobójstwa. W 1974 roku Chin odszedł z Shaw Brothers i założył własne studio. Prywatnie był związany z popularną i utalentowaną aktorką i piosenkarką Ivy Ling Po, która – jak twierdzi – sama oświadczyła się Chinowi i aby z nim być rozstała się z aktorem Paulem Changiem. Była to chyba słuszna decyzja z jej strony, gdyż życie Po i China potoczyło się później – o ile mi wiadomo – bez żadnych większych problemów czy kontrowersji.

W moim uznaniu główną gwiazdą The Champion jest jednak Szu Shih. Znana także ze swojej kariery jako tancerka w Tajwanie, Shih przyćmiewa tu wszystkich innych aktorów, generując nieskończone pokłady charyzmy oraz prezentując się najbardziej naturalnie w scenach akcji. Czasem widać co prawda, że jej ciosy nie dochodzą celu, a jej „przeciwnicy” pomagają jej w trudniejszych akrobacjach, pojawia się także jedna brzydka sztuczka montażowa, lecz w całości jej choreografie są dynamiczne i pełne energii. Oprócz angażowania się w kilka grupowych bitek, z których 3 pełne sekwencje zostały zarezerwowane tylko dla niej, pojawia się również w bardzo udanie zainscenizowanym (minus wspomniana sztuczka montażowa) pojedynku z japońską mistrzynią kendo. Warto jeszcze wspomnieć o Chung-Tienie Shihu, nowej twarzy w Shaw Brothers. Zgodnie z trendem zatrudniania adeptów prawdziwych sztuk walki, shawowscy producenci obsadzili w roli japońskiego wojownika Shiha, który zawodowo trenował judo i karate.

Mimo licznych zalet film określiłbym mimo wszystko mianem średniaka. Posiada wystarczająco walorów aby miłośnicy oldschoolowego kung fu spędzili z nim czas z przyjemnością, ale nawet oni przyznają, że na tle prężnej konkurencji nie stanowi niczego wyjątkowego.

Flight Man aka The Daredevil
Ma Lan fei ren
reżyseria i scenariusz: Shan-Hsi Ting
choreografia scen akcji: Hung Kwan
studio: Shaw Brothers
premiera: 24.10.1973

Obsada: Yong Wang, Ivy Ling Po, Mao Shan, Yuan Yi, Yeh Tien, Yin Ling, Han Hsueh, Shen Yuan, Chih-Wei Tang, Fei-Song Wu, Long You, Hung Tsai, Shun Tien i inni.

Flight Man jest dość nietypowym filmem na tle ówczesnego katalogu studia. Wyraźnie tworzony jako produkcja niższej kategorii, pomiędzy ważniejszymi dla Shawów pozycjami, może pochwalić się większą ilością stylistycznych wojaży oraz rozbudowanymi technikami montażowymi, dodającymi ogranej fabule nieco świeżości.

Akcja zaczyna się w małomiasteczkowej szkole sztuk walki, do której przybywa sprzedający lekarstwa starzec (Shun Tien). Przebywający tam dzieciak (Long You) dodaje mu do herbaty martwą żabę i gdy wszyscy myślą, że poczciwy pan wypił gorący napój cała szkoła wybucha śmiechem. Ale okazuje się, że nasz starzec jest mistrzem kung fu; wypluwa więc herbatę i zjada samą żabę. To wywołuje niechęć uczniów, którzy postanawiają z nim walczyć. Nie mając większych szans, wzywają na pomoc swojego najlepszego adepta sztuk walki: Ah-Bao (Yong Wang), jednak ten także nie jest w stanie pokonać latającego mistrza. Zamiast tego prosi więc go o pomoc w nauce kung fu.

Po tym mocno kuriozalnym wstępie zaczyna się główna oś fabularna suto łącząca historyczne fakty z elementami fantastycznymi. Rozgrywa się ona w Tajwanie podczas okupacji japońskiej, stąd głównymi postaciami negatywnymi stają się japońska policja i jej dowódcy (Yuan Yi, Yeh Tien), prezentujący klasyczny dla podobnych pozycji skrajnie negatywny obraz Japończyków jako morderców, kłamców, oportunistów, sadystów, egoistów i ogólnie osób pozbawionych jakiegokolwiek poczucia honoru. Ting idzie w swoim negatywnym portretowaniu nawet krok dalej niż jego koledzy po fachu. Jego Japończycy nie tylko lubują się w pokonywaniu swoich przeciwników za pomocą podstępów i kłamstw, lecz fałszują też oficjalne raporty dla swoich przełożonych, wskazując w nich, że wszelkie zwycięstwa odnoszą za pomocą odwagi i sprawności w japońskich sztukach walki. Różne postaci nie raz wypominają im, że „tak wygląda wasze bushido” wskazując, że honorowy kondukt zachowania jest jedynie mitem, pustą powierzchnią, pod jaką kryją się wyłącznie kłamstwa. Choć jest to w dużej mierze wynik patriotyczno-nacjonalistycznej wykładni, charakterystycznej dla kina sztuk walki, nie da się nie zauważyć pewnych podobieństw z podobnymi reprezentacjami bushido w japońskim kinie, jak choćby w słynnym Harakiri (Seppuku, Masaki Kobayashi, 1962) czy w reżyserowanych przez Kenjiego Misumiego odsłonach serii o Nemurim Kyōshirō.

Flight Man fabularnie został rozbity na dwie główne cząstki. Pierwsza rozgrywa się w wiosce protagonisty, gdzie walczy ze znęcającymi się nad mieszkańcami Japończykami, a druga, utrzymana w mocno odmiennym tonie, poświęcona została ukrywaniu się Ah-Bao wśród bardziej prymitywnych mieszkańców Tajwanu, gdzie – oczywiście – w końcu także natknie się na Japończyków. Ta druga część filmu zostaje wprowadzona sekwencją rodem z musicalu, budzącą silne skojarzenia z produkcjami Shaw Brothers z poprzedniej dekady. To również w tej części pojawia się słynna aktorka Ivy Ling Po, której nazwiskiem produkcja była promowana, a która w rzeczywistości wciela się w drugoplanową postać. Rozczłonkowanie fabularne nie sprzyja niestety tworzeniu interesujących antagonistów; Flight Man oscyluje między kilkoma złoczyńcami, z jakich żaden nie zostaje rozwinięty w zadowalający sposób, przez co widz nie oczekuje finałowego starcia z wielkimi emocjami.

Jak wspominałem, prosta – i czasem nadto chaotyczna – fabuła zdecydowanie korzysta na pomysłowym montażu. Szkoda jednak, że ten sam montaż jest tak obficie wykorzystywany zarówno podczas scen akcji, jak i poza nimi. O ile można sięganie po niego zrozumieć w trakcie sekwencji latania, gdzie – najpewniej z powodu ograniczeń czasowych i budżetowych – nie było możliwości skorzystania z rozbudowanych choreografii z użyciem linek, to w trakcie zwyczajnych wymian ciosów sprawia on jedynie, że jako widzowie nie mamy pojęcia czasami, co się dzieje na ekranie. Kiedy jednak Ting pozwala sobie na dłuższe ujęcia, wtedy akcja robi się czytelniejsza. Jest ona także dość dynamiczna, a same walki cechują się sporą prędkością; Wang naprawdę szybko zadaje kolejne ciosy, lecz niewystarczająca szybko dla Tinga, który okazjonalnie posiłkuje się efektami fast-motion, co – jak zawsze – nie wychodzi scenom akcji z korzyścią.

Ostatecznie Flight Man stanowi produkcję, w jaką wyraźnie włożono sporo wysiłku, lecz jaka pozostaje mocno niezgrana. Elementy romantyczne i przygodowe egzystują tu obok nieśmiałych prób stworzenia rasowego dramatu, szczególnie widocznego pod koniec. Wprowadzone jako jedne z głównych atrakcji elementy fantastyczne pozostają zaś na poziomie niedokończonego pomysłu; sztuka latania, o której tyle się w filmie mówi nie znajduje bowiem żadnego istotnego wykorzystania nawet w scenach akcji. Wątki zaczynają się i urywają bez zapowiedzi, a nieco eksperymentalny montaż tak samo pomaga, jak i szkodzi. Sadzę zatem, że prócz największych fanów oldschoolowego kung fu, niewiele osób zakończy seans z uczuciem zadowolenia.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.