Hongkong i okolice. Rok 1972 (część I)

Kuan-Tai Chen w "The Boxer from Shantung".

Niniejsza seria zaplanowana jest jako mini-encyklopedia produkcji z Hongkongu, Chin i Tajwanu, które zaliczają się do kina gatunków, ze szczególnym uwzględnieniem filmów wuxia, kung fu, kina akcji, kryminałów oraz horrorów. Warto w tym momencie przypomnieć oczywisty fakt, że pochodzi stamtąd również ogromna ilość doskonałego kina wszelkich gatunków, stąd też zachęcam do poznawania kinematografii tego obszaru Azji wykraczającej poza ramy tutaj nałożone.

The Boxer from Shantung aka Killer from Shantung
Ma Yongzheng
reżyseria: Cheh Chang i Hsueh-Li Pao
scenariusz: Cheh Chang i Kuang Ni
choreografia scen akcji: Chia-Liang Liu, Kar-Wing Lau, Chuen Chan i Kai Tong
studio: Shaw Brothers
premiera: 11.02.1972

Obsada: Kuan-Tai Chen, Kang-Yeh Cheng, David Chiang, Nan Chiang, Ngai Fung, Feng Ku, Ching Tin, Li Ching, Ching Wong, Mario Milano i inni.

Do poszukiwania recepty na udane kino kung fu Shaw Brothers wybrało – jak to zwykło czynić w podobnych przypadkach – Cheh Changa. Tym razem jednak na pozycji reżysera towarzyszył mu Hsueh-Li Pao, który wcześniej pracował u Shawów jako zdjęciowiec, między innymi przy wielu produkcjach samego Changa. Pao miał już wtedy na koncie własne filmy, nie były one co prawda szczególnie udanymi produkcjami, lecz mimo tego cechowały się solidnym wykonaniem. Fakt, że The Boxer from Shantung był przewidziany jako prestiżowa dla studia produkcja, mająca dać Shawom przewagę w zwracającym się w stronę kung fu box officie, potwierdza też zatrudnienie aż czterech choreografów sztuk walki (Chia-Liang Liu, Kar-Wing Lau, Chuen Chan i Kai Tong) oraz obsadzenie gwiazdy studia Davida Chianga w drugoplanowej roli, reklamowanej jako udział specjalnego gościa. W główną rolę wcielił się zaś debiutujący Kuan-Tai Chen, który – podobnie, jak Bruce Lee w Golden Harvest – profesjonalnie zajmował się sztukami walki, co nader wyraźnie widać w samym filmie. Chen był zatem pierwszą gwiazdą studia, mającą za sobą (i wciąż kontynuującą) trening sztuk walki. Poza tym, również czas trwania The Boxer from Shantung potwierdza większą skalę realizacyjną, przekracza on bowiem dwie godziny, co nie było częstym zjawiskiem w filmach studia. Ciekawostką jest także fakt, iż jednym z asystentów reżyserów był tutaj John Woo, debiutujący tu na tej pozycji. W przyszłości sam zostanie reżyserem i jego filmy będą dzielić – szczególnie w warstwie fabularnej – niejedno podobieństwo z The Boxer from Shantung.

Mimo że film jest luźnym remakiem Ma Yongzhen from Shandong (Shandong Ma Yongzhen, Shi-Chuan Zhang, 1927) wydaje się jakby czerpał większość inspiracji z Ojca chrzestnego (reż. Francis Ford Coppola, 1972), co jest jednak mało prawdopodobne zważywszy, że produkcja Coppoli miała premierę w Hongkongu dopiero w 1973 roku. Ponadto obraz jawi się też jako swoista przeróbka Człowieka z blizną (reż. Howard Hawks, 1932). Paradoksalnie więcej podobieństw dzieli jednak z wersją Briana De Palmy, która miała premierę 11 lat po filmie Changa i Pao. Akcja The Boxer from Shantung rozgrywa się w Szanghaju lat 30., dokąd w poszukiwaniu pracy przybywa pochodzący z Shantung tytułowy bohater – Ma Yongzheng. Jest on uczciwym, odpowiedzialnym młodzieńcem, zawsze stającym w obronie uciśnionych. Jest również bardzo dumny i pewny swoich zdolności (szczególnie w kwestii sztuk walki), co sprawia, że niechcący wdaje się w bijatykę z jedną z miejscowych Triad, której przewodzi Tan Si (David Chiang). Si jest jedyną osobą, której Ma nie może pokonać w pojedynku. Co więcej, szef Triady okazuje się być zaskakująco miłym i honorowym człowiekiem, co budzi pozytywne uczucia w protagoniście, decydującym się pójść w ślady uśmiechniętego gangstera. Na swoją szansę nie musi czekać zbyt długo, niebawem natrafia bowiem na starcie między Triadą Si a Triadą Yanga (Nan Chiang). Protagonista włącza się do walki i z łatwością się rozprawia z wojownikami Yanga, czym zyskuje sobie wdzięczność Si. W ten sposób Ma otrzymuje swoje pierwsze terytorium, na dodatek z popularną herbaciarnią w centrum. Tak też protagonista zaczyna swoją wspinaczkę po szczeblach gangsterskiej kariery; im wyżej się na niej znajduje, tym większe wypełniają go ambicje – nie mija wiele czasu nim ruszy do walki o to by zostać królem gangsterskiego półświatka w Szanghaju.

Jak można przypuszczać, wyzwanie jakie przed sobą postawił Ma nie będzie łatwe do pokonania, a jak można dodatkowo przypuszczać – biorąc pod uwagę poprzednie filmy Changa – los dla bohatera nie okaże się łaskawy. W rzeczy samej, finał produkcji to trwająca sporo ponad 20 minut krwawa, męcząca walka w restauracji zmienionej w jedną wielką pułapkę na protagonistę. Toczy on tu bój z masą zbirów, w trakcie którego od czasu do czasu pojawiają się sceny pojedynków z głównymi członkami Triady. Jest to doskonała sekwencja; wydaje mi się, iż do tej pory w hongkońskiej kinematografii ciężko znaleźć byłoby ciekawiej i bardziej emocjonująco zainscenizowane sceny walki z wieloma przeciwnikami naraz.

Zresztą większość starć w The Boxer from Shantung odbywa się z więcej niż jednym oponentem. Chen, jak wspominałem, zawodowo zajmował się sztukami walki, toteż na ekranie wypada w scenach akcji zdecydowanie swobodniej i potężniej niż jego przeciwnicy; dzięki temu w naturalny sposób dominuje on w scenach akcji nad swoimi rywalami. Chang i Pao w ogóle nie starają się ukryć różnicy w znajomości sztuk walki między Chenem a resztą aktorów; wręcz przeciwnie, wykorzystują ten aspekt aby podkreślić zdolności protagonisty, dzięki czemu widz nie czuje żadnego zaskoczenia tym, że Ma musi toczyć boje z tak licznymi grupami przeciwników. Pojedynczy gangsterzy – nawet jeśli wcielają się w nich tacy aktorzy jak Feng Ku – nie stanowią dla Ma większego wyzwania. A że grupowe walki cechują się tu świetną choreografią, to mimo że osobiście preferuję pojedynki, nie czułem się zawiedziony scenami akcji ani razu.

Skoro już wspomniałem o pojedynkach, to dopowiem, że takowe pojawiają się tylko dwa razy i za każdym razem są bardzo krótkie. Pierwszy z nich to przywołane już starcie z Chiangiem, w której gwiazda Shaw Brothers nie tylko nie daje się pokonać debiutantowi, ale wydaje się mieć nad nim lekką przewagę. Chianga znajdziemy także w jeszcze jednej sekwencji akcji, tym razem zarezerwowanej już tylko dla niego, kiedy to w pojedynkę, ranny, stawia czoła grupie wrogów. Drugi pojedynek w filmie rozgrywa się w trakcie przygotowanego przez Triadę Yanga konkursu: ściągają oni do Szanghaju rosyjskiego siłacza (profesjonalny zapaśnik Mario Milano) – kto go pokona dostanie w nagrodę 10 dolarów (spora suma na ówczesne warunki w Szanghaju). Aby jednak wziąć udział w walce każdy musi wpierw zainwestować własne pieniądze. Jak można się spodziewać, sporej postury Rosjanin z łatwością będzie miotać licznymi Chińczykami na wszystkie możliwe strony aż do chwili, gdy do walki wyzwie go Ma. Sekwencja ta jest o tyle ciekawa, że jest to jeden z pierwszych (jeśli nie pierwszy) raz, gdy w filmie kung fu pojawia się silny fizycznie obcokrajowiec rozprawiający się z Chińczykami do chwili, gdy natrafia na bohatera danej produkcji.

Lecz nie samymi scenami akcji The Boxer from Shantung żyje. Opowieść o zdobywaniu kontroli nad gangsterskim światem Szanghaju na dzisiejsze standardy nie prezentuje się zbyt nowatorsko, lecz ówcześnie był to niewątpliwy powiew świeżego powietrza. Jest tu zatem sporo scen z codziennego życia bohatera, żywych dialogów, scen przygotowywania gangsterskich podstępów, znajdzie się też miejsce na subtelny wątek romantyczny między zawiedzioną postępowaniem bohatera śpiewaczką (Li Ching) a nim samym. Wątek ten jest o tyle interesujący, że zakochani ograniczą się raptem do wymienienia kilku spojrzeń i jednej, nader krótkiej wymiany zdań. Dzięki temu nie odciąga on uwagi od centralnej osi fabularnej, równocześnie pozostając na tyle istotnym, że w naturalny sposób zajmuje centralną pozycję w udanej puencie.

The Boxer from Shantung jest zdecydowanie udanym przedstawicielem kina kung fu, stanowiącym świetną odpowiedź na atak ze strony Golden Harvest (a właściwie na kontratak Golden Harvest spowodowany shawowskimi kung fu z Duel of Fists na czele). Istotny dla gatunku, doskonale zrealizowany, interesujący fabularnie – każdy miłośnik kung fu winien The Boxer from Shantung obejrzeć.

Execution in Autumn
Qui jue
reżyseria: Hsing Lee (Hang Lee)
scenariusz: Yung-Hsiang Chiang
studio: Ta Chung Motion Picture Co.
premiera: 14.02.1972

Obsada: Wei Ou, Pao-Yun Tang, Hsiang-Ting Ko, Yu Wong, Bih-Huei Fuh, Hui-Lou Chen Chia-Chi Wu i inni.

Szczerze mówiąc zastanawiałem się czy film ten umieszczać na niniejszej liście, gdyż stanowi on pozycję osadzoną raczej w kinie artystycznym z Tajwanu niż w kinie gatunkowym. Mimo tego uznałem, że Execution in Autumn jest zbyt istotną produkcją aby ją pomijać. Jego ważny dla tajwańskiej kinematografii status potwierdza choćby fakt, że był on wybrany jako ichni kandydat do Oscara (niestety Akademia nie przyznała mu nominacji). Obecnie Execution in Autumn pozostaje szanowanym, acz niezbyt szeroko znanym klasykiem tajwańskiego kina oraz bodaj najbardziej cenionym dziełem reżysera Hsinga Lee, który rozpoczął karierę w 1963 roku. Zbudował on sobie renomę na realistycznych produkcjach, czasem bardziej komercyjnych, czasem podejmujących się kwestii narodowych (Lee ma na koncie m.in. kilka anty-japońskich filmów), a czasem podejmujących tematy moralności – te ostatnie są przedmiotem Execution in Autumn.

Akcja filmu rozgrywa się w epoce dynastii Han (początek III wieku). Jest to szczególny okres w historii Chin, jako że wtedy rozwinęła się znacząco m.in. administracja kraju. Poprzez krótki wstęp, narrator z offu informuje widzów o symbolice pór roku, która spowodowała, że kary śmierci w ówczesnych Chinach wykonywało się tylko jesienią. Równocześnie obserwujemy przebieg egzekucji. Wstęp w prosty, acz nader skuteczny sposób wprowadza do filmu, tworząc wrażenie początku interesującej opowieści, a dzięki nieco przytłumionej kolorystyce oraz prezentowanemu wydarzeniu, wszystkiemu nadając posępnego wrażenia, sprawiającego, że widz zaczyna niemal od razu przeczuwać, że ogląda produkcję pozbawioną happy endu.

Execution in Autumn skupia się na losach Pei Ganga, więźnia skazanego na karę śmierci. Z retrospekcji – uzupełniających jego zeznania – dowiadujemy się, że był szantażowany przez swoją kochankę, chcącą wyłudzić od niego pieniądze. Gdy Gang odmówił zapłaty został zaatakowany przez jej dwóch wspólników, których zabił, po czym – w przypływie wściekłości – zamordował również kobietę. Gang jest agresywnym, dumnym, aroganckim człowiekiem, nie czującym najmniejszych wyrzutów sumienia, a wręcz chełpiący się zbrodnią. Po raz pierwszy spotykamy go, gdy próbuje uciec z więzienia; szybko pochwycony pozostaje skrajnie bezczelny i grubiański, co szczególnie objawia się podczas odwiedzin jego babci – jedynej osoby, chcącej wydostać go z więzienia. Odnosi się do niej napastliwie, obwiniając ją za swoją pozycję; później jego portret zostaje uzupełniony atakami na strażników oraz brakiem zrozumienia, jak w ogóle ktoś może go źle traktować.

Aby zrozumieć postępowanie protagonisty Lee stopniowo zgłębia – nie szczędząc retrospekcji uzupełniających opowieści różnych postaci – charakter i przeszłość Ganga, a także przedstawia portrety jego babci, tracącej niemal cały majątek na próbach przekupstwa i innych sposobach uwolnienia syna oraz starego zarządcy więzienia, stopniowo jawiącego się jako substytut ojca dla Ganga. Panoramę ważniejszych postaci uzupełnia młoda służka babci, która w późniejszych partiach filmu stanie się bardzo istotną postacią oraz dwaj współosadzeni z Gangiem: zepsuty do szpiku kości złodziej oraz młody uczony, odsiadujący roczną karę za swojego chorego ojca, który nie był w stanie spłacić zaciągniętych długów. Lee tworzy w ten sposób wyraźny dualizm świata przedstawionego (później go nieco zacierając), czerpiąc inspiracje z taoistycznej dychotomii yin/yang, charakteryzowany przez zło (złodzieja), namawiającego Ganga do podłych uczynków oraz dobro (uczonego), starającego się pokazać protagoniście pozytywny kierunek życia oraz pomóc mu zaakceptować swój los. Gang jest jednak zupełnie rozdarty między pragnieniem życia oraz butą, a – jak niebawem wyjdzie na jaw – swoim dobrym sercem, któremu do tej nie udało się jeszcze ujawnić.

Poprzez kolejne retrospekcje oraz rozmowy z nadzorcą i babcią, Lee szuka powodów zepsucia Ganga. Ostatecznie sprowadzają się one do nieodpowiedniego wychowania. Otóż niemającego rodziców mężczyznę od dziecka wychowywała babcia, która była całkowicie pobłażliwa i wybaczała mu nawet najgorsze ekscesy, broniąc go przed innymi dziećmi czy ich zezłoszczonymi rodzicami za każdym razem, gdy mały Gang uczynił coś złego. W ten sposób zupełnie rozpuszczony chłopak wyrósł na człowieka, który sądzi, że wszystko mu wolno i nie ma najmniejszego szacunku dla innych.

Roczny pobyt w więzieniu, cudownie akcentowany przez zmieniające się pory roku (także w nawiązaniu do Taoizmu), zmienia Ganga w człowieka, który zaczyna dostrzegać błędy swojego postępowania, błędy w wychowaniu babci (te zaznaczone są w wybuchu emocjonalnym bohatera, wykrzykującego serię pytań do nieobecnej kobiety, takich jak „dlaczego mnie nigdy nie uderzyłaś?” czy „dlaczego nie nauczyłaś mnie odróżniać dobra od zła?”), a nawet poznaje czym jest odwzajemniona miłość. Ostatecznie, gdy nadchodzi kolejna jesień jest on w pełni zreformowanym, dobrym człowiekiem. Pewne psychologiczne uproszczenia nie rażą w wolnym toku narracji oraz – jeśli nie przede wszystkim – dzięki brawurowej kreacji Weia Ou. Ostatecznie – ponownie w taoistycznym tonie – udaje mu się pogodzić z nienawiścią odczuwaną wobec babci, świata czy nawet siebie samego, i odzyskuje moralność, charakteryzowaną tradycyjnie przez poszanowanie rodzinnych wartości i rodzinną lojalność. Pojawiają się tu także akcenty konfucjańskie, bodaj najsilniej zaznaczone w krytyce nadmiernej rodzicielskiej pobłażliwości, która choć pochodzi z czystych pobudek (miłości do dziecka) prowadzi do złych nawyków, godzących w cały porządek publiczny. Nie jestem ekspertem od konfucjanizmu ani taoizmu, więc z pewnością wiele nawiązań pozostało dla mnie niewidocznych, lecz samo to stanowi dla mnie powód większego zainteresowania się tymi filozofiami, w celu pełniejszego odbioru filmów takich, jak Execution in Autumn.

Doskonale wyreżyserowany, subtelnie dotykający wielu moralnych i filozoficznych kwestii, pełen zapadających w pamięć kadrów oraz z idealnie skomponowaną ścieżką dźwiękową autorstwa Japończyka Ichirō Saitō (autora muzyki m.in. do filmów Kenjiego Mizoguchiego Opowieści księżycowe i Życie O-Haru) – Execution in Autumn to niezwykle udany przykład klasyki tajwańskiego kina. Czasem nieco zbyt melodramatyczny (szczególnie w późniejszych partiach), lecz w całości niezwykle zajmujący film, który każdy miłośnik nie tylko azjatyckiej kinematografii powinien obejrzeć.

The Angry Guest aka Kung Fu Killers aka The Annoyed Guest
E ke
reżyseria: Cheh Chang
scenariusz: Kuang Ni
choreografia scen akcji: Chia-Liang Liu i Kai Tong
studio: Shaw Brothers
premiera: 29.02.1972

Obsada: David Chiang, Lung Ti, Yasuaki Kurata, Yan-Ji Fong, Sing Chan, Li Ching, Cheh Chang, Bolo Yeung i inni.

The Angry Guest jest kontynuacją popularnego Duel of Fists z 1971 roku. Ponownie zatem spotykamy walecznych braci Ke Fana i Lieh Wena, w których wcielają się David Chiang i Lung Ti. Żyją sobie spokojnie w Hongkongu, prowadząc szkołę sztuk walki; Fan dodatkowo kontynuuje też pracę nadzorcy budowlanego. Jak było zapowiedziane w poprzednim filmie, z Tajlandii mają niebawem przybyć matka i narzeczona Wena; w tym celu jeden z uczniów wyrusza po nie do tego kraju. Niestety, antagonista Duel of Fists ucieka z więzienia i wraz ze swoimi pomagierami zabija zarówno matkę Wena, jak i wysłanego ucznia, a narzeczoną starszego z braci porywa. Okazuje się niebawem, że jego gang w rzeczywistości pracuje dla yakuzy, której przewodzi Yamaguchi (w tej roli sam Cheh Chang). Japońska organizacja przestępcza (w wersji zaprezentowanej przez Changa przypominająca bardziej kuriozalne organizacje z filmów o Bondzie) nie jest zadowolona ze współpracy z tajskim gangsterem i zabiera uprowadzoną przez niego dziewczynę do Tokio, aby zwabić braci do siebie i zmusić ich do współpracy. Tajski gangster tymczasem udaje się do Hongkongu, aby pojedynczo zabijać uczniów szkoły sztuk walki Fana i Wena. Głównym złoczyńcą produkcji jest jednak działający z ramienia yakuzy mistrz karate Katsu, który nie spocznie póki nie pokona wszystkich swoich przeciwników.

Podobnie do Duel of Fists, kontynuacja ma znamiona trawelogu, objawiające się gdy bohaterowie docierają do stolicy Japonii. Podróżnicza sekwencja prezentuje się na ekranie bardzo atrakcyjnie i została naturalnie powiązana z głównym wątkiem. W przeciwieństwie do Duel of Fists sequel nie próbuje za to utrzymać wrażenia realistycznej produkcji i często skręca w stronę czysto eskapistycznej rozrywki. Mistrzowie sztuk walki co prawda nie posiadają zdolności niczym w filmach wuxia, lecz dokonują całkiem sporej gamy akrobacji. Do tego mamy tu taranowanie bram samochodem, Japończyków popełniających seppuku i wielką walkę na placu budowy, gdzie łopaty i buldożery zmieniają się w krwawe bronie. Słowem, na brak przejaskrawionych scen akcji nie można narzekać.

Mimo spowolnienia tempa narracji w środkowych partiach, w The Angry Guest dzieje się też całkiem sporo w kontekście fabularnym. Produkcja dość często zmienia miejsce akcji, a złoczyńcy wymyślają coraz to nowe pomysły na zaatakowanie protagonistów. Jeśli ktoś lubi niezobowiązujące, wartkie kino akcji/kung fu to omawiany obraz jest dla takiej osoby idealną pozycją. Jedyny zawód z seansu może wynikać urwanym zakończeniem, pozostawiającym wątek szefa rodziny Yamaguchi bez satysfakcjonującego pojedynku z bohaterami, a nawet bez definitywnego rozwiązania.

Na pochwałę z pewnością zasługuje również fakt, że w Katsu, czyli głównego bad guya, wcielił się prawdziwy Japończyk. Kurata pojawia się tu po raz pierwszy w filmie ze studia Shaw Brothers, lecz wcześniej miał już kilka ról na koncie. Będący także w rzeczywistości pozafilmowej mistrzem karate i kendo Kurata od tej pory zostanie dość częstym gościem w Hongkońskich filmach akcji, gdzie – choć już rzadziej i w mniejszych rolach – pojawia się do dnia dzisiejszego.

The Human Goddess
Xian nu xia fan
reżyseria i scenariusz: Meng-Hua Ho
studio: Shaw Brothers
premiera: 10.03.1972

Obsada: Ching Li, Feng Chin, Pang Pang, Pang-Fei Lee, Lu Pai, Hung Chiu, Lam Suen i inni.

Jak wspominałem już wielokrotnie, Shaw Brothers oprócz kojarzonych ze studiem produkcji wuxia i kung fu, tworzyło także w innych popularnych gatunkach: dramatach, komediach, romansach, musicalach i operach filmowych, później też coraz częściej sięgając po horror. Jak zaś pisałem przy okazji omawiania roku 1971, popularnej aktorce Ching Li w swoich licznych rolach rzadko udawało się wyróżniać się z tłumu Shawoskich aktorów czymś innym niż urodą, szczególnie jeśli patrzymy na jej karierę z perspektywy kina gatunkowego. Dopiero jej kreacja w Vengeance of a Snow Girl naprawdę zwróciła moją uwagę na jej niebagatelne aktorskie zdolności. Zdolności, które możemy też podziwiać w The Human Goddess.

Li wciela się tu w tytułową postać i nie jest zaskoczeniem, że cały film obraca się wokół jej bohaterki. Dzięki temu miłośnicy urody Li będą mogli się jej przyglądać pod niemal każdym kątem i w nader obfitej ilości kreacji; dość napisać, że podczas jednej sekwencji muzycznej na przemian pojawia się w 5 różnych kostiumach. Produkcja skupia się na pochodzącej z Niebiańskiego Pałacu Siódmej Siostrze, która po spojrzeniu na Ziemię, nabrała ochoty na przeżycie miłosnej przygody i czym prędzej z niebios przeniosła się na ulice nocnego Hongkongu. Siódma Siostra prędko okazuje się być na wskroś pozytywną, uroczą, ale też nieco infantylną i początkowo bardzo naiwną osobą, którą przed rychłą tragedią ratuje posiadanie przez nią całego wachlarzu magicznych zdolności: manipulacja materią, teleportacja, zmienianie wielkości, niewidzialność, telekineza… Nie stanowi ona jednak typowo stereotypowego ideału, łączącego piękność z naiwnością, lecz osobę, która stopniowo będzie nabierać nieco bardziej krytycznego poglądu na świat (choć jej idealistyczny rys pozostanie nienaruszony). Wiąże się to z faktem, że zakochuje się we właścicielu domu dziecka, który zmaga się z ogromnymi kłopotami finansowymi i za trzy dni jego ośrodek ma zostać przejęty przez oportunistycznego biznesmena, w dużej mierze kontrolowanego przez jego zepsutą moralnie partnerkę.

The Human Goddess jest prymarnie komedią romantyczną, lecz osadzoną w ramach kina fantasy, którego elementy są tu wykorzystywane nader suto (w przeciwieństwie do romantycznych komedii z elementami fantasy typu The Family Man czy Peggy Sue wyszła za mąż). Ponadto jest to po trosze musical, lecz od razu napiszę, że bohaterowie – na całe szczęście – nie przechodzą co chwila w numery taneczno-wokalne; jedynie co pewien czas na ustach Li i postaci wokół niej pojawią się słowa piosenek, które albo zastępują dialogi, albo komentują wybrane wydarzenia. Ching Li oprócz aktorstwa zajmowała się także śpiewaniem popowych utworów, toteż The Human Goddess w naturalny sposób wykorzystuje jej różne talenty.

Jako komedia – co przyznaję z pewnym zaskoczeniem – The Human Goddess wypada udanie. Film rozpoczyna się od serii scen, w których Siódma Siostra spotyka żyjących nocą ludzi: pijaczków, złodziei, oszustów, jest nawet światkiem rabunku i strzelaniny. Dzięki pomysłowo stosowanym mocom protagonistki, nabierają one slapstikowego charakteru i mimo pewnej dozy infantylizmu nigdy nie są zbyt nachalne, dzięki czemu sceny komediowe są naprawdę udane. Ponadto, choć jest to komedia romantyczna, to spora część humoru trzyma się z dala od igrania uczuciami bohaterów; zamiast tego pojawia się kuriozalny pojedynek na czary z magikiem w klubie nocnym, pełna pomyłek i podchodów sekwencja balu w posiadłości oportunistycznego biznesmena czy scena, w której – w innym klubie nocnym – Siódmej Siostrze podli mężczyźni dodają narkotyków do drinka, przez co zaczyna ona tańczyć także na ścianach czy suficie, co w połączeniu ze zniekształcaniem obrazu oraz zmiennymi kolorami kreuje nieco psychodeliczne wrażenie.

Jak można po tym co napisałem wnioskować, The Human Goddess (wydana przez 88 Films na Blu-rayu) zdecydowanie przypadła mi do gustu. Nie jest to film, który uznać należy za klasyk czy szczególnie zachwycającą produkcję, ponadto jest tu kilka wad, z których dwie największe to zgubienie w finalnych aktach humoru na rzecz ckliwego melodramatyzmu oraz ostatnia sekwencja muzyczna – zbyt długa i, przez to, nieco nużąca. W większości jednak The Human Goddess to bardzo przyjemna, pozytywna komedia, prezentująca różnorodne żarty, scalająca kilka gatunków, z lekkością skacząca po wątkach, nienachalnie moralizująca, świetnie zagrana (i zaśpiewana) oraz posiadająca w głównej roli piękną Ching Li u szczytu kariery.

Alfabetyczny spis treści wszystkich opisanych w serii produkcji (z wyróżnieniem gatunków).

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.