Historia serii Koszmar z ulicy Wiązów. Część II (1987-1989): „Welcome to prime time, bitch!”

Koszmar z ulicy Wiązów 3: Wojownicy snów (1987)

Po niezbyt przychylnym przyjęciu Zemsty Freddy’ego (1985) producenci New Line Cinema wiedzieli, że nie mogą pozostać głuchymi na zarzuty fanów i muszą podejść poważnie do produkcji części trzeciej. O zmianie podejścia twórców niech świadczy chociażby czas powstawania produkcji, liczący dwa lata, oraz zaangażowanie Wesa Cravena do procesu pisania scenariusza. Ten we współpracy z Bruce’m Wagnerem sporządził pierwszy roboczy szkic. Bardzo ambitny, bardzo mroczny i idący z pomysłami pierwszego filmu znacznie dalej. Może nawet za daleko.

Całość wymagała gruntownego przepisania, czym zająć mieli się Frank Darabont i Chuck Russell, któremu powierzono także funkcję reżysera. W przeciwieństwie do Cravena i Wagnera, którzy chcieli przekraczać wszelkie granice (nie tylko brutalności, ale i logiki), Russell był zainteresowany eksploracją możliwości świata przedstawionego w pierwszym filmie. Jedynym w gruncie rzeczy ograniczeniem dla wybujałej wyobraźni debiutującego wówczas reżysera był budżet 4,5 miliona dolarów, choć to i tak było zawrotną sumą w porównaniu z poprzednimi odsłonami Koszmaru, które kosztowały po ok. 2 milionów każda.

Główną bohaterką jest kolejna dręczona przez koszmary senne nastolatka, Kristen Parker (Patricia Arquette). Z ostatniego budzi się z żyletką w dłoni i rozciętym nadgarstkiem, co jej matka (Brooke Bundy) interpretuje jako próbę samobójczą. Dziewczyna trafia do miejskiego zakładu psychiatrycznego, gdzie poznaje całą grupę nastolatków zmagającą się z Kruegerem (Robert Englund, oczywiście). Poparzony morderca ze snów nie będzie jednak jedynym ich wrogiem – personel szpitala na wszystkie ich problemy przepisuje środki uspokajające, pozostając ślepym i głuchym na wszystkie argumenty i wydarzenia przemawiające za tym, że Krueger istnieje. Nastolatkowie nie będą jednak całkiem osamotnieni w walce – na pomoc przybędzie im Nancy Thompson (Heather Langenkamp), która właśnie zaczyna praktykę w szpitalu.

Ograniczenia budżetowe nie przeszkodziły Russellowi w dostarczeniu dopieszczonego wizualnie filmu, który poziomem kreatywności przewyższa nawet pierwszą część. Wraz z Darabontem uczynili z Freddy’ego nie tylko ucieleśnienie lęków. Stał się złym bytem, który swoje ofiary zna na wylot, potrafi wydobyć z ich psychiki najgłębiej skrywane pragnienia i lęki oraz wykorzystać je przeciwko nim; dręczy je tak długo, aż w końcu je dopada (pozorując przy tym ich samobójstwo) lub doprowadza do tak silnego załamania, że same targają się na swoje życie. Warto tu zwrócić uwagę, że jedną z inspiracji dla twórców była fala samobójstw nastolatków, która miała miejsce pod koniec lat 80-tych. Freddy byłby zatem także ucieleśnieniem zaburzeń psychicznych, z którymi osoby chore muszą mierzyć się samotnie, bo świat zewnętrzny nie jest w stanie ich tak naprawdę zrozumieć. Również wachlarz jego umiejętności znacznie się powiększył – może zmienić się w gigantycznego węża, uczynić z kogoś żywą marionetką wykorzystując żyły tej osoby jako sznurki i zmusić ją do wyskoczenia przez okno.

Jako postać Freddy doczekał się też niemałego rozwinięcia. Dowiedzieliśmy się na przykład, że czerpie on siłę z dusz zamordowanych dzieci. Trzeci Koszmar daje mu także o wiele więcej mówionych kwestii, a wśród nich one-linery, żeby tylko wymienić kultowe „Welcome to prime time, bitch!”, swoją drogą zaimprowizowane przez Roberta Englunda. Choć jeszcze nie były aż tak komediowe i nie opierały się na suchym humorze, stały się zapowiedzią tego, co stanie się z postacią w kolejnych odsłonach.

Z przytoczonego przeze mnie opisu fabuły widać także, że Wojownicy snów rozwijają temat ignorowania problemów młodzieży przez dorosłych – tutaj jest to o tyle dotkliwsze, że zamiast uciekających od odpowiedzialności rodziców mamy lekarzy, którzy traktują swoich pacjentów niemalże jak więźniów, tym samym skazując ich na pewną śmierć (Lot nad kukułczym gniazdem (1975) był inspiracją już dla Wesa Cravena kiedy sporządzał pierwszą wersję scenariusza). Wojownicy snów do znajomych motywów dorzucają jednak coś jeszcze – elementy fantasy. Z pomocą Nancy postaci uczą się, jak panować nad swoimi snami i odkrywają, że każde z nich posiada podczas śnienia jakąś unikalną moc – np. super siłę, zręczność czy, jak w przypadku Kristen, umiejętność wciągania ludzi do swoich snów – ale nie oznacza to, że ich walka z Freddy’m będzie łatwa i obejdzie się bez ofiar.

Sporządzenie scenariusza do Wojowników snów było wytężoną pracą aż czwórki scenarzystów, nie było jednak tak trudne, jak okres zdjęciowy. Niedoświadczony wówczas Russell miewał problemy z opanowaniem chaosu na planie, ekipa często miała opóźnienie w realizacji, dochodziło do licznych awarii. Wszystkie te trudności nie zdołały się odbić na końcowym produkcie. Fani pokochali Wojowników snów; okazali się oni jednym z najlepiej zarabiających filmów tego roku, rozsławiając tym samym Chucka Russella, który w przyszłości nakręci kolejny kasowy hit – Maskę (1994).

Pierwotnie planowano, by Wojownicy snów byli ostatnią odsłoną serii, ale ponieważ historia lubi się powtarzać, to miliony, które wpłynęły na konto Roberta Shaye’a i spółki, skłoniły ich do zreflektowania swoich poglądów i przygotowania kolejnej kontynuacji…

Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów (1988)

Zbierając się do produkcji czwartego Koszmaru producenci zdecydowali, że będzie to film o wiele droższy od poprzedników. W końcu New Line na tym etapie przestało być małą, ledwie wiążącą koniec z końcem wytwórnią i wyrobiło sobie reputację. Robert Shaye chciał także powierzyć reżyserię komuś mało znanemu, a powód ku temu był prosty – tacy twórcy dużo nie kosztują. I ów ktoś pewnego dnia pojawił się na horyzoncie – Finlandczyk Renny Harlin. Miał on na swoim koncie nakręcone za grosze, ale przy tym całkiem udane Więzienie (1987). I choć Sara Risher (jedna z włodarzy New Line) bardzo go polubiła, Shaye po pierwszej rozmowie niemalże wyrzucił go ze swojego biura. Ta irracjonalna niechęć z czasem tylko nabierała na sile; Harlin był wówczas kompletnym bankrutem noszącym dzień w dzień te same brudne ubrania. Koniec końców, po kolejnych wizytach w biurze Shaye’a, udało mu się zdobyć posadę.

Praca nad scenariuszem czwartego Koszmaru szła gładko, przynajmniej do momentu ukończenia pierwszej roboczej wersji. Wskutek strajku scenarzystów nie było nikogo, kto by całość dopracował, a co za tym idzie, Harlin miał pierwsze duże wyzwanie przed sobą – musiał sprzedać widowni średniej jakości scenariusz. Miał jednak tę przewagę, że wiedział doskonale, co uczęszczająca do kina młodzież chce oglądać, bo… sam nie jeszcze wtedy do tej grupy należał. Chciał także zredefiniować serię będąc zdania, że Freddy Krueger jest kimś w rodzaju „Jamesa Bonda horroru”.

Pierwszą znaczącą zmianą, jaką wprowadził Harlin, był inny niż wcześniej ton opowieści. Podczas, gdy pierwsze trzy części były raczej powolne i poważne, Władca snów poszedł w stronę kina młodzieżowego, stawiając przy okazji duży nacisk na wartką akcję i (czerpiąc inspiracje z Chińskich duchów (1987)) wysmakowaną stronę wizualną obfitującą w szybki montaż. Sceny snów również stały się jeszcze bardziej szalone – zaserwowano nam metamorfozę w owada czy postać uwięzioną w swoistej pętli i powtarzającą w kółko te same czynności. Innymi słowy, Harlin zamienił Koszmar w kino popcornowe, co może być rozczarowujące w kontekście tego, jakie były poprzednie części. Jednak z drugiej strony jego pomysły cieszyły się powodzeniem publiczności.

Fabuła, niestety, jawi się jako dość głupkowata i pełna niejasności. Po wydarzeniach z Wojowników snów Kristen Parker (tym razem w tej roli występuje Tuesday Knight) i reszta jej ocalałych przyjaciół – Kincaid (Ken Sagoes) i Joey (Rodney Eastman) – prowadzą w miarę normalne życie jako uczniowie szkoły średniej. W miarę, ponieważ Kristen ma wątpliwości, czy aby na pewno pozbyli się Freddy’ego. I jak się okaże, całkiem słuszne. Freddy w istocie odradza się w snach dzięki… psu sikającemu ogniem i błyskawicznie rozprawia się z Kicaidem i Joeyem. Teraz zaczyna prześladować samą Kristen, zmuszając ją także do wciągnięcia do swojego snu przyjaciółkę ze szkoły – nieśmiałą Alice (Lisa Wilcox). Okazuje się bowiem, że Freddy nie może sam pozyskać dla siebie nowych ofiar. Ktoś musi mu je przyprowadzić. Koniec końców Kristen zostaje zabita, a jej moc przechodzi na Alice.

Powód, dla którego Freddy powraca, nigdy nie zostaje nam wyjawiony, a ma to o tyle mniej sensu, że finał poprzedniej części miał unicestwić go na zawsze. Jeszcze mniej sensu ma działanie wspomnianej umiejętności wciągania ludzi do snów. Kristen posiadała ją już w poprzednim filmie, ale potrafiła nad nią panować i była ona użyteczną bronią w walce z Freddym. We Władcy snów zarówno ona, jak i później Alice wciągają ludzi do snów kompletnie nieświadomie; nie dowiadujemy się także, dlaczego w ogóle ta druga tę moc otrzymuje. Jak by tego było mało, osobowość Alice zaczyna przyswajać niektóre cechy każdej zabitej przez Freddy’ego osoby. I rozumiem, że twórcy chcieli tutaj pokazać ewolucję bohaterki, od nieśmiałej, śniącej na jawie marzycielki po silną heroinę, jednak trudno jest to wziąć w stu procentach na poważnie. Zwłaszcza, że Alice sama nie pracuje nad sobą, a wszelkie zmiany w jej charakterze przychodzą z zewnątrz.

Na koniec zostawiłem postać Freddy’ego, która w stosunku do poprzednich odsłon również przeszła przez zasadnicze zmiany. Bo to właśnie Władca snów uczynił z niego żartownisia, który każde swoje morderstwo puentuje suchym dowcipem. I choć z jednej strony fani serii za to tę postać tak mocno pokochali i z takimi cechami kojarzy się ona po dziś dzień, tak trzeba przyznać, że na tym etapie całkowicie utracił on swoją przerażającą prezencję. Podczas gdy poprzednie odsłony przedstawiały go jako sadystę z tylko odrobiną chorego poczucia humoru, u Harlina w jednej ze scen nosi on okulary przeciwsłoneczne.

Mimo wszystkich swoich wad, Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów okazał się gigantycznym sukcesem, jeszcze większym niż część trzecia; dostarczył widowni odrobiny strachu, ale też masę zabawy opakowaną w rewelacyjną stronę wizualną. Dzięki niemu Renny Harlin przestał być obdartusem bez grosza przy duszy, a stał się rozchwytywanym reżyserem. Dzień po premierze czwartego Koszmaru zadzwonił do niego sam Steven Spielberg, a dwa lata później znalazł się na planie Szklanej pułapki 2.

Władca snów był też momentem, w którym wszyscy wprost oszaleli na punkcie serii; do tego stopnia, że stało się to wręcz groteskowe. Freddy (niezmiennie grany przez Englunda) występował w teledyskach raperów, był prowadzącym własnego serialu-antologii grozy zatytułowanej Koszmary Freddy’ego (1988-1990), a w sklepach dzieciaki mogły kupić jego maskotki, a nawet piżamy (!) w czerwono-zielone paski. Wszyscy jakby zapomnieli, że był to morderca, w dodatku wyżynający dzieci, i zaczęli go postrzegać przez pryzmat jego poczucia humoru, czyniąc z niego praktycznie klauna.

Koszmar z ulicy Wiązów 5: Dziecko snów (1989)

Jak już pisałem, po sukcesie pierwszego Koszmaru New Line pod wpływem zwykłej chciwości wypuściło sklecony naprędce sequel, którego ambicje były odwrotnie proporcjonalne do talentu twórców i ich zaangażowania w cały proces twórczy. Zemsta Freddy’ego krytykowana była m. in. za fakt poruszania tematu, który był zbyt poważny, by podpinać go pod slasher, w dodatku twórcy nie potrafili nawet przedstawić go w należyty sposób. New Line, oczywiście, zrehabilitowało się dwa lata później Wojownikami snów, ale nie przeszkodziło im to w popełnieniu drugi raz dokładnie tego samego błędu.

Pomysłodawcą piątego Koszmaru była Sara Risher, wówczas świeżo upieczona matka. Poruszenie tematu macierzyństwa wydawało się także producentom naturalnym kolejnym krokiem, wszak ich docelowymi odbiorcami była dorastająca już młodzież. Pomysł wydawał się jednak kontrowersyjny i szukano alternatywy. A ponieważ popularnym stawał się pod koniec lat 80-tych splatterpunk – nurt opierający się na skrajnej przemocy, szaleństwie i obscenicznościach – skontaktowano się z jednym z jego przedstawicieli Davidem J. Schow. Sporządził on roboczy scenariusz zatytułowany Freddy Rules; miał on opowiadać o tak zwanej Otchłani Śpiączki (The Coma Pit), jedynym miejscu, do którego sam Freddy Krueger miał bać się zaglądać. Pomysł niespecjalnie spodobał się włodarzom New Line i został porzucony. Temat macierzyństwa podłapali niedługo potem John Skipp i Craig Spector. Ich scenariusz był dość zawiły. Bohaterka poprzedniego filmu, Alice, miała za pomocą snów swojego nienarodzonego dziecka dostawać się do umysłu Freddy’ego i stopniowo odkrywać dlaczego stał się tym, czym jest. Z oczywistych przyczyn pomysł ten również wylądował w koszu. W końcu przyszła pora na Liesliego Bohema, który proponował, by Freddy próbował opętać dziecko Alice. Miał nawet zaplanowaną brutalną scenę narodzin, w której Freddy jako niemowlę miałby rozszarpać swoimi pazurami brzuch bohaterki. Nikomu się ten pomysł nie podobał, ale tylko do czasu, bo Bohem ostatecznie został oficjalnym scenarzystą tego, co dziś znamy jako Koszmaru z ulicy Wiązów 5: Dziecko snów.

Reżyserią Dziecka snów miał się zająć, również początkujący twórca, Stephen Hopkins. Zadanie, które mu przypadło, nie było wcale proste, miał bowiem uczynić Freddy’ego na powrót strasznym. W dodatku miał to zrobić przy pomocy scenariusza, który nie był nawet należycie wykończony. Powiem więcej – ów scenariusz był wielokrotnie przepisywany już w trakcie kręcenia, a co zabawniejsze, przepisywał go początkowo odrzucony przez wytwórnię David Schow. Zmiany były tak częste, że aktorzy przestali nawet uczyć się swoich kwestii na pamięć, bo doskonale wiedzieli, że następnego dnia dostaną do wypowiedzenia coś zupełnie innego. Nie pomagało też to, że twórcy musieli wyrobić się przed z góry narzuconym terminem premiery. Pośpiech był tak wielki, że ekipa budowała plany w trakcie kręcenia scen, a co za tym idzie jedni stale uciszali drugich. Zwieńczeniem tworzenia tej wieży Babel było nakręcenie zakończenia… którego nawet nie było w scenariuszu i które Hopkins musiał wymyślać całkiem sam.

Alice (ponownie Lisa Wilcox) kończy właśnie naukę w szkole średniej i jest w szczęśliwym związku z Danem (Danny Hassel). Pewnej nocy ma sen o szpitalu psychiatrycznym, w którym młoda zakonnica została zgwałcona przez zamkniętych tam szaleńców. Ową zakonnicą była Amanda Krueger (Beatrice Boepple). Sen ten sprawia, że Freddy odradza się i znów zaczyna mordować. Okazuje się także, że Alice jest w ciąży z Danem i to za pomocą snów jej nienarodzonego dziecka Krueger powrócił.

Trzeba piątemu Koszmarowi oddać sprawiedliwość, że przynajmniej znalazł jakieś w miarę sensowne wyjaśnienie, dlaczego Krueger w ogóle zdołał powrócić. Scenariusz, pod względem konstrukcji i spójności, trzyma się całkiem dobrze i nie zdradza bycia tworem „trzymającym się na taśmie klejącej”. Niestety cierpi z powodu dwóch zasadniczych problemów. Pierwszym jest temat, który porusza. Chyba wszyscy będziemy zgodni, że macierzyństwo jest tematem bardzo poważnym i wymagającym pewnej wiedzy, by można było przedstawić go z należytym szacunkiem. Slasher o mordującym w snach potworze nie jest raczej miejscem, w którym powinno się go poruszać, bo skutki mogą być co najmniej niezręczne – jak wtedy, gdy jeden z bohaterów proponuje Alice aborcję, w dodatku czyni to z niestosowną nonszalancją, biorąc pod uwagę jak delikatny jest to temat. I jest to ledwie jedno zdanie, nie otrzymuje żadnego rozwinięcia. Drugim są bohaterowie – antypatyczni ponad miarę. Każdy rodzic w Dziecku snów jest despotą, który za pomocą swojego dziecka chce spełniać własne ambicje, co byłoby w porządku, gdyby nie ich karykaturalne przerysowanie i, ponownie, brak jakiegokolwiek rozwinięcia tego wątku. Postacie nastolatków są pozbawione wyrazu, z kolei Alice, pod koniec części czwartej silna heroina, zamieniona zostaje w histeryczkę, która z uporem maniaka rozpowiada wszystkim o Kruegerze, a później dziwi się, że wszyscy mają ją za wariatkę.

Jak już wspomniałem, zadaniem Hopkinsa było zwrócić serię na powrót w kierunku pełnokrwistego horroru i tak też się stało, przynajmniej częściowo. Faktem jest, że Dziecko snów ma w zanadrzu dwie niezwykle brutalne i kipiące groteską sceny morderstw (do tego stopnia makabryczne, że MPAA kilka razy domagało się dokonania cięć), jednak strona wizualna całości nie zyskała sobie zbyt wielu miłośników. Film wygląda po prostu brzydko i monotonnie, bo niemal każda sekwencja snów, włącznie z finałem, skąpana jest w mroku i brązie. Praktyczne efekty specjalne nadal robią niemałe wrażenie, lecz uświadczymy też dużo niezbyt udanej animacji poklatkowej. O przywracaniu złowrogiej prezencji Kruegerowi nie ma nawet co mówić, bo to zwyczajnie nie ma tutaj miejsca. Nadal rzuca on suchymi dowcipami, a w jednej scenie jeździ nawet na deskorolce.

Wiele można by Dziecku snów wybaczyć, bo wciąż ma do zaoferowania kilka mocnych scen. Niestety głupota bohaterów jest tak wielka, że całkowicie zabija w widzu chęć nawet pobieżnego śledzenia tej historii. I trudno winić tu reżysera, gdyż udało mu się przynajmniej zamaskować fakt, że film był produkcyjnym bałaganem. Trudno jest też winić scenarzystów, którym zwyczajnie nie dano czasu, by sporządzili kompletny, dopracowany scenariusz. Wina – i sami się do tego przyznali – leży po stronie producentów, którzy raz jeszcze zaślepieni chęcią szybkiego zarobku przepchnęli kiepski film.

Mimo wszystko, Koszmar z ulicy Wiązów 5 nie okazał się klapą finansową. Zebrał negatywne recenzje, ale nadal był hitem, po prostu nie na miarę części trzeciej i czwartej. Wnioski, jakie New Line wyciągnęło z całej tej historii, były jednak zupełnie inne niż w przypadku Zemsty Freddy’ego, a ich konsekwencje – bolesne w skutkach…

C. D. N.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.