Halloween Horror Show II

Share

Jeszcze jeden wieczór i mamy Halloween. Z tej okazji, tak jak rok temu, postanowiliśmy polecić Szanownemu Państwu trochę mało znanych czy zapomnianych filmów grozy, których seanse zdają się nam być odpowiednie do celebracji tejże sympatycznej nocki. O dziesięciu dosyć różnych od siebie tytułach napisało dziesięcioro odpowiednio popieprzonych śmiałków, w tym szóstka gości: Mariusz Czernic (Panorama kina), Michela Ferraro (The Operating Table), Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Patryk Karwowski (Po napisach), Sara Nowicka (Kino w zwolnionym tempie) i Simply (The Blog That Screamed). Zapraszamy do lektury (i seansów)!

PS. A główny obrazek zdobiący niniejszy wpis to fragment plakatu do komediowego Klubu potworów (reż. Roy Ward Baker, 1981).


Mariusz Czernic

The Ghost of Yotsuya reż. Nobuo Nakagawa, 1959

Nikt nie jest zabójcą – dopóki nie popełni pierwszego zabójstwa. Tak jak Iemon Tamiya – samuraj, człowiek wyższego stanu, awanturnik, który aby poślubić ukochaną kobietę zabija jej ojca. Istotnie, zostaje jej mężem, zaś żona nie zauważa u niego kainowego piętna. Za swoją naiwność i oddanie musi zapłacić cierpieniem i śmiercią. Gdy zanikają lojalność, szacunek i honor, pozostaje zemsta – okrutna, nie przynosząca pełnej satysfakcji, ale nie całkiem jałowa. Człowiek musi wiedzieć, że jest nikim wobec potęgi, której gniew może być miażdżący, spotęgowany przez ludzką skłonność do podejmowania złych decyzji. Mówi się, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Z Oiwą jest inaczej – śmierć ją wzmocniła. Za życia była słaba, naiwna i bierna. Po śmierci stała się gniewna, bezlitosna i mściwa. Jako upiór z twarzą oszpeconą przez truciznę prześladuje podłego samuraja, który myślał, że poprzez morderstwo może coś zyskać. Film Nakagawy nie był niczym nowym w japońskiej kinematografii, bo ta historia była w Japonii równie popularna, co 47 roninów. Jednak dzięki wprowadzeniu większej dawki brutalności, licznych barwnych i stylowych ujęć oraz dynamicznej akcji (w ciągu 76 minut dzieje się dużo i trup ściele się gęsto) uważany jest za najlepszą (ale też najwierniejszą) adaptację tej niezwykle ponurej historii, wystawianej regularnie w teatrze kabuki. Upiorny duch z długimi włosami i bladym, oszpeconym obliczem, to jedna z najstraszliwszych postaci filmowego horroru. Nieraz spowoduje, że widz podskoczy w fotelu, będzie odczuwał przygnębienie i wstręt, a może nawet strach.


Oskar Dziki

Następny jesteś Ty reż. Adam Wingard, 2011

Następny jesteś Ty to z pewnością szczytowy punkt na twórczej sinusoidzie reżysera tegorocznego Blair Witch, Adama Wingarda. Ta bezpretensjonalna zabawa kinem home invasion to nie lada gratka dla każdego fana makabry przerzuconej na taśmę filmową. Wingard sprzedaje nam kolejną historię rodziny, której domowa „sielanka” zostaje przerwana przez nieznanych napastników, tutaj przyodziewających sterylnie białe maski zwierząt. Nierówna walka z oprawcami to prawdziwy rollercoaster po znanych kliszach kina gatunku, by na końcu zaskoczyć widza całkiem zgrabnym twistem. Zabawa w kotka i myszkę często i gęsto odwraca rolę, wszak nowo wprowadzona w poczet rodziny dziewczyna okazuje się żeńskim odpowiednikiem Beara Gryllsa. Podszyta ironią mieszanka makabry, komedii sytuacyjnej i dramatu dysfunkcyjnej rodziny to dzieło stałego współpracownika Wingarda, scenarzysty Simona Barretta. Obok młodych aktorów pokroju Sharni Vinson (W Szczękach Rekina 3D 2012) czy Nicholasa Tucciego (Undocumented 2010) okazję zobaczyć mamy także jedną z „królowych krzyku” minionego wieku – Barbarę Crampton, znaną choćby z Reanimatora (1985) i Potwora na Zamku (1995).  Całości smaku nadaje zapętlony w kółko kawałek Looking for the Magic zespołu Dwight Twilley Band, który wprowadzając widza w old schoolowy klimat uprzyjemni oglądany na ekranie rozlew krwi.


Michela Ferraro

Baby Blood reż. Alain Robak, 1990

Zastanawialiście się kiedyś, jaki jest najlepszy sposób na pozbycie się natrętnego adoratora? Oczywiście, że chodzi o brutalny mord! Mord, po którym – zgodnie z mrocznym duchem Halloween – następuje łapczywe wychłeptanie jeszcze ciepłej krwi delikwenta… O skuteczności niniejszej metody zapewne najwięcej ma do powiedzenia Yanka, główna bohaterka Baby Blood (The Evil Within w Stanach Zjednoczonych). Film reżyserii Alaina Robaka, mimo iż stanowi korzenie nowej ekstremy francuskiej, nigdy nie dorównał popularnością takim pozycjom jak Najście duetu Bustillo-Maury czy Martyrs. Skazani na strach Pascala Laugiera, nad czym można jedynie gorzko ubolewać, jako iż zalicza się on do najbardziej spektakularnych przedstawicieli nurtu. Wyżej wspomniana Yanka spodziewa się wyjątkowego dziecka, płód bowiem nie przyjmuje pokornie wszystkiego, co zjada matka, tylko cienkim, nieprzyjmującym sprzeciwu głosikiem (lub, w wersji zdubbingowanej na angielski, dostojnym głosem Gary’ego Oldmana) domaga się konkretnego pokarmu – już wiecie jakiego. Horrorów nawiązujących do lęków ciążowych od czasów Dziecka Rosemary wyszło niezliczenie wiele, Baby Blood jednak nie jest jedynie kroplą w oceanie; dzieło Robaka spragnionemu grozy widzowi oferuje ostrą, absurdalną i często nawet humorystyczną makabrę oraz solidne, pobudzające do refleksji podteksty, które razem składają się na prawie półtorej godziny naprawdę niesamowitego widowiska, wręcz idealnego na halloweenową noc. Jeśli kiedykolwiek mieliście przyjemność zasmakować francuskiego gore, na pewno jesteście w stanie sobie wyobrazić, czego można się spodziewać po niniejszym obrazie, ale ostrzegam: rzeczywistość prawdopodobnie przerasta Wasze najśmielsze oczekiwania.


Kuba Haczek

The House of Mortal Sin reż. Pete Walker, 1976

The House of Mortal Sin to zwieńczenie „podmiejskiej trylogii” brytyjskiego reżysera Pete’a Walkera, na którą składają się też House of Whipcord (1974) oraz Frightmare (1974). Obraz ukazujący zakłamanie i hipokryzję, jaka ma miejsce za murami kościołów; atak wymierzony prosto w  kler – dwóch głównych protagonistów to księża. Młody Bernard Cutler walczy z utratą wiary w posługę kapłańską, spowodowaną ogarniającym go uczuciem do kobiety. Jego  zwierzchnik zaś, ojciec Xavier Meldrun, to dwudziestowieczny inkwizytor – naucza swych parafian moralności za pomocą wszelkich dostępnych narzędzi, w ruch idzie m.in. płonąca kadzielnica, czy choćby zatruty opłatek (sic!). Wszystko to pod przykrywką walki ze złem, jakie panoszy się w uwolnionym spod rygorów moralności brytyjskim społeczeństwie. A że walka skupia się głównie na tłumieniu seksualności – cóż, kler od zarania wieków w tej materii wiedział wszystko najlepiej. Walker nie pozostawia widzowi złudzeń, komentując ustami jednego z bohaterów stan kapłański: „to barbarzyński sposób na życie…to wszystko hipokryzja”. Postać opętanego nawracaniem biednych duszyczek ojca Meldruna nie jest jednowymiarowa: okazuje się, iż jego działania są wynikiem niezdrowej miłości do matki, którą ksiądz opiekuje się na przemian z oddaną mu służącą. Brytyjski twórca nawiązuje tym wątkiem do Psychozy, budując jednak nieco inną relację rodzinną;  znakomicie ukazuje przemyślanymi kadrami swoje podejście do tej materii – ojciec Meldrun jest symbolem tego, co stare i musi odejść – jego „pałac” to groteskowo zapełniony świętymi przedmiotami przedsionek piekła – za jego ścianami dochodzi do wszelkich nikczemności. Walka głównej bohaterki z księdzem (a przez jego postać z nieco tylko przejaskrawioną kościelną etyką) jest z góry skazana na niepowodzenie – kolejne zbrodnie ojca Meldruna uchodzą mu na sucho. W tym kontekście doskonale zrealizowany finał opowieści wcale nie zaskakuje, puentując wymownie obraz –  bowiem, jak wiadomo od wieków, kościół, moi drodzy, to siedlisko wcielonego zła.


Patryk Karwowski

The Perfume of the Lady in Black reż. Francesco Barilli, 1974

Główna bohaterka Silvia (Mimsy Farmer) w trakcie przyjęcia przysłuchuje się opowieści o czarnej magii. Relacje z odprawianych obrzędów powodują, że dziewczyna zaczyna czuć się co najmniej nieswojo. W krótkim czasie przychodzą wizje, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, w końcu koszmary, które stają się coraz bardziej realne. Od tego momentu, aż do bardzo niepokojącego i przede wszystkim mocnego finału, nastrój grozy jest sukcesywnie intensyfikowany. Pierwszy pełnometrażowy film Francesca Barilliego zaliczony do giallo nie należy z pewnością do najbardziej charakterystycznych przedstawicieli żółtego nurtu. Za główną dominantę należy tu uznać stylistykę, bo mordercy w czarnych rękawiczkach próżno tu szukać. Dla mnie debiut Barriliego jest czymś więcej – magnetyzującym horrorem, z melodiami na fortepian, z postaciami, które patrzą ukradkiem na główną bohaterkę, gdy ta popada w amok. W całej produkcji na pierwszy plan wybija się obraz, czyli genialne zdjęcia Mario Masiniego, przepiękne barwy, czasem skąpe oświetlenie i odważne kontrasty kolorów prosto z baśni. Masini przywołał do życia sugestywne i malownicze tonacje. I to właśnie baśń niezwykle hipnotyzująca, na granicy snu i jawy wydaje się być kluczem do wszystkiego, niczym Alicja z krainy czarów Lewisa Carrolla czytana w jednej z filmowych scen. Reżyser w wywiadzie bardzo szybko przyznaje, że jego główną isnpiracją był Roman Polański. Mówi wręcz wprost, że zmiksował po trosze Dziecko Rosemary ze Wstrętem. Jednak wydaje mi się, że w tym koktajlu, to właśnie nakręcone sześć lat wcześniej arcydzieło Polańskiego o Rosemary Woodhouse wybija się na pierwszy plan. Nie ma w tym nic złego, że Barilli sięga po tak znamienite filmowe pozycje. Tym bardziej, że jego film idzie krok dalej. Nawet jeżeli epilog zaskakuje, to nie należy go odczytywać jako dosłowność i uproszczenie. To raczej mocne ugryzienie ze strony włoskiego horroru. Sugestywne, krwawe, piekielnie syte.


Sara Nowicka

Głód miłości reż. Claire Denis, 2001

Film wspaniałej Claire Denis, gościa tegorocznych Nowych Horyzontów, jest bękartem tej halloweenowej listy. Niby klasyfikowany jako horror, a jednak przerażających scen jest w nim jak na lekarstwo. Z jednej strony jest sztandarowym przykładem nowej ekstremy francuskiej, z drugiej reżyserkę bardziej od epatowania przemocą (choć mocnych scen w filmie nie brakuje) interesuje pokazanie samotności i bólu bohaterów. Historia zahacza o wiele popularnych w dziełach grozy tematów. W skutek nielegalnych eksperymentów dwóch farmakologów żona jednego z nich, grana przez zjawiskową Béatrice Dalle, staje się kanibalem-nimfomanką, dla której każdy kontakt seksualny kończy się zmasakrowaniem i zjedzeniem ciała partnera. Podobne instynkty drążą drugiego lekarza (Vincent Gallo), który zamiast oddawać się rozkoszom miesiąca miodowego, stara się ponownie skontaktować z dawnym współpracownikiem. Należy podkreślić, że fabuła jest tu pretekstowa. Głód miłości nie jest nawiązującym do tradycji gatunku horrorem, lecz arthousowym snujem, doprawionym w dodatku pościelową muzyką Tindersticks. Sceny przemocy są tu tak przeestetyzowane, że stają się wręcz piękne, zaś seks jest bardziej zmysłowy i sugestywny niż w większości erotycznych produkcji. Ten transgresyjny, doskonały pod względem artystycznym, obraz ma jeszcze jeden zasadniczy walor. Denis wykorzystała w nim najciekawszy element opowieści o wampirach – problem wiecznego nienasycenia. Właśnie w warstwie opowiadania o związku i niemożliwym do zaspokojenia głodzie miłości film jest najbardziej niepokojący. Groza nie kryje się tu w ciele, morderstwach i krwi, tylko w wizji ponadczasowego braku i samotności. Przyznaję, Głód miłości nie jest najlepszą propozycją na halloweenową imprezę ze znajomymi. Za to na mroczny, świąteczny wieczór tylko we dwoje będzie to wybór doskonały!


Marta Płaza

The Loved Ones reż. Sean Byrne, 2009

Mimo że nie mówi się o niej dużo, a nagradza na arenie międzynarodowej jeszcze rzadziej, to jednak australijska kinematografia pięknie nam rozkwitła w ostatnich latach. Pojawiło się sporo kozackich tytułów, a także utalentowanych twórców, którzy dali jasno do zrozumienia, że trzeba się z nimi liczyć. W Australii rocznie produkuje się stosunkowo niewiele filmów, ale gdy już się to robi, to efektem najczęściej jest prawdziwa filmowa petarda, tak jak chociażby The loved Ones Seana Byrne’a. Reżyser opowiada  historię Brenta – połamanego psychicznie kolesia, który na swoje nieszczęście odmówił niewłaściwej dziewczynie pójścia z nią na licealny bal. Nieśmiała, ale i mocno pamiętliwa Lola postanawia porwać chłopaka na pełen tortur i krwi makabryczny bal w swoim własnym domu. The Loved Ones to pełnometrażowy debiut, o którym wielu twórców może jedynie pomarzyć. Perfekcyjny technicznie (świetne zdjęcia, montaż, ścieżka dźwiękowa) i dokładnie przemyślany fabularnie. Reżyser umiejętnie balansuje na granicy grozy i pastiszu, nie przechylając szali na żadną ze stron. Wnętrze domu Loli to przedziwne, ale i spójne połączenie cukierkowych barw, popu i „dziewczęcości” z makabryczną aurą miejsca zbrodni. Podobna tendencja do łączenia atrybutów charakterystycznych dla zupełnie przeciwstawnych światów będzie przewijać się przez cały film, podtrzymując tym samym stale naszą uwagę. Młody twórca z wyczuciem portretuje w swoim debiucie środowisko nastolatków, stojących u progu dorosłości i różnorakich inicjacji, których symbolem staje się niejako maturalny bal. Prym na tej paradzie blichtru i społecznego ostracyzmu wiedzie Lola, znakomicie zagrana przez Robin McLeavy, która jest niczym ucieleśnienie zemsty wszystkich filmowych outsiderek, gnębionych przez ładniejszych rówieśników. Byrne’owi trzeba głośno przyklasnąć. Od czasów Carrie Briana De Palmy nikt w kinie grozy nie dokonał tak trafnej analizy lęków i fantazji okresu dojrzewania.


Simply

Wild Beasts reż. Franco Prosperi, 1984

PCP – drag o skrajnie nieprzewidywalnym działaniu (nawet Hunter S. Thompson go odradzał) dostaje się do wodnego obiegu zaopatrującego  Zoo w europejskiej metropolii. Po spożyciu tej wody zwierzęta zaliczają „anielski strzał” i wpadają w amok. Słoń indyjski rozwala mur powodując awarię zasilania, padają elektroniczne blokady klatek. Wataha wściekłego zwierza wyrywa się na wolność i rusza w miasto na łów. Samodzielny, fabularny debiut kontrowersyjnego dokumentalisty i prekursora kina mondo to prawdziwa arystokracja w podgatunku animal attack. Prosperi rozpoczął zdjęcia w RPA, lecz po zamachu terrorystów na jego hotel przeniósł się z ekipą do Frankfurtu. Z powodów bezpieczeństwa i ergonomii kręcono nocą, co okazało się istnym strzałem w śródokręcie. Wypuszczenie dyszących żądzą krwi braci mniejszych na opustoszałe przestrzenie neonowej dżungli dało efekt nie tyle onirycznych majaków (to mamy w co drugim horrorze), co wręcz jakiegoś snu wariata i to po krzywym tripie na PCP. Ale co najważniejsze, nie uświadczymy tu grama CGI, ani nawet animowanych modeli. Wyłącznie żywe drapieżniki (i nie tylko), których Prosperi, niczym filmowy Noe, zgromadził całą hordę. Do tego z typowo  włoską bezwzględnością postawił na pełny shock treatment. Dostajemy więc w bród solidnie wykonanego gore, a oscarowo zmontowane ataki zwierząt za każdym razem preludiowane są zapierającym dech suspensem. Na wejściu stado zainfekowanych szczurów oprawia niemal do kości smytlającą się w aucie parę, ślepiec idzie pod kły swojego owczarka niemieckiego (znajome?), nocni ciecie w Zoo zostają przerobieni na szmaty przez wielkie kotowate, a słonie w centrum miasta masakrują kolejną zmotoryzowaną parę (duszenie trąbą i wprasowanie kończyną kobiecej głowy w asfalt). Jednak wszystko kasuje pościg geparda za żółtym VW garbusem – kabrioletem (symbolicznie bez garba) w rytm rock’n’rolla z samochodowego radia. Mamy też prawdziwe mondo, gdy lwy i hiena (sic!) wparowują do hodowlanych boksów i rozszarpują krowy i świnie. Oszalałe stado bydła tratuje ogrodzenie jak u Howarda Hawksa i gna ulicami, fundując nocnym markom Pampelunę do kwadratu. Atmosferę podkręca elektroniczny soundtrack Daniele Patucchiego, a diegetyczne trąbienie słoni idealnie miksuje się z syntezatorowymi blastami. Osobnym szokiem jest finał, gdzie przemoc eskaluje z najmniej oczekiwanej strony. Takiego kina już nie ma i nie będzie.


Wongo

Krew na szponach szatana reż. Piers Haggard, 1971

Ta zapadająca w pamięć produkcja studia Tigon często bywa wymieniana jednym tchem wespół z poprzedzającym ją Pogromcą czarownic (1968) Michaela Reevesa oraz późniejszym o dwa lata Kultem (1973) Robina Hardy’ego i jest moim ulubionym obrazem wchodzącym w skład owej „Nieświętej Trójcy” brytyjskiego folk horroru. Akcja filmu rozgrywa się w XVII wieku na zagubionej wśród lasów prowincji, której sielski spokój zostaje zakłócony wraz z osobliwym odkryciem dokonanym w trakcie prac polowych. Wkrótce miejscowa młodzież – dotąd raczej ułożona i bogobojna – zaczyna zachowywać się w sposób coraz bardziej niepokojący. Pogańskim, wyuzdanym rytuałom przewodzi blondwłosa Angel Blake (Lindę Hayden, wówczas zaledwie osiemnastoletnią, ujrzymy w pełnej krasie w kontrowersyjnej scenie kuszenia pastora). Pod jej wodzą dzieciaki dopuszczają się kolejnych nikczemności, ale w spowitej mistyczną aurą kniei zdaje się kryć coś więcej, coś wyjątkowo szkaradnego… Jeśli cenicie niesztampowe i atmosferyczne kino grozy, a wciąż nie znacie jednego z najlepszych (i najbardziej popieprzonych!) angielskich horrorów lat siedemdziesiątych, to koniecznie nadróbcie tę zaległość (pamiętając przy tym, by sięgnąć po nieocenzurowaną wersję).  Na zachętę dodam jeszcze, że na drugim planie pojawia się tutaj znakomicie wykreowany witchfinder – grany przez Patricka Wymarka surowy sędzia, który ze sforą myśliwskich psów u boku  i starym, dwuręcznym mieczem w garści przystępuje do brutalnej konfrontacji z szatańskim pomiotem i grupą jego czcicieli.


Marcin Zembrzuski

Contamination reż. Luigi Cozzi, 1980

„W tamtych czasach, kiedy szedłeś do włoskiego producenta, żeby przedstawić mu pomysł na film, nie mogłeś tego zrobić, jeśli pomysł ten nie był rip-offem jakiegoś filmu, który zarobił dużo pieniędzy – wspominał Luigi Cozzi gdzieś na łamach magazynu Fangoria. – Więc poszedłem do mojego producenta i powiedziałem, że ten film to będzie taki Alien za grosze. (…) Jak tylko usłyszał hasła <<Alien>> i <<pieniądze>>, to powiedział: Robimy to!” No i zrobili, chociaż bynajmniej nie tylko przebój Ridleya Scotta mieli na celowniku. Z Aliena Włosi wzięli tak naprawdę ledwie dwa motywy: jaja pozaziemskiego pochodzenia i rozrywane klatki piersiowe. Wzięli i połączyli w sposób pięknie absurdalny: jaja, kiedy znajdują się w pobliżu ludzi, zaczynają pulsować i wybuchają, tym samym powodując, że klatki piersiowe tychże pechowców również eksplodują. Bang. No, jest też pewne kosmiczne monstrum i jest nim oczywiście tenże sympatyczny cyklop widoczny na zdjęciu powyżej, ale nie, nikomu na planie nie przyszło na szczęście do głowy, aby miał on jakkolwiek naśladować Xenomorpha. Zresztą akcja filmu rozgrywa się prawie tylko na Ziemi. Cyklop ten za to kontroluje ludzi i tutaj mamy z kolei wpływ Inwazji porywaczy ciał. Co więcej? Rzecz zaczyna się kalką Zombie the Flesh Eaters (czyli swoistego rip-offu Świtu żywych trupów), bo jaja odnajdujemy na pokładzie opuszczonego statku, bynajmniej nie kosmicznego. Mało? „Chciałem zrobić połączenie Aliena z Dziką bandą” – dodawał reżyser. Fabularnie nic tu z Peckinpaha nie ma (no chyba nie liczyliście na wątek grupy rewolwerowców?), natomiast formalnie jak najbardziej – ujęcia wybuchających torsów to popis świetnie zrobionego gore i slow motion. No i tutaj dochodzimy do najciekawszego. Contamination, wbrew pozorom, nie jest obrazem „tak złym, że aż dobrym”. To dziełko złe i dobre jednocześnie. Z jednej strony nielogiczna, kiczowata intryga (śledztwo w sprawie jaj niby pozaziemskich, a jednak z… Kolumbii!), przeważnie marne aktorstwo (w obsadzie m.in. znany fanom włoskiej eksploatacji Ian McCulloch) i często kretyńskie dialogi (- Nie sądzę, aby one pochodziły z naszej planety. – Czy masz na myśli, że pochodzą z kosmosu?). Z drugiej zaś mamy elektroniczno-rockową muzykę kultowego zespołu Goblin (która robi, oczywiście, elegancki klimacik), naprawdę fajnie budowane napięcie (scena, w której jedna z postaci zostaje zamknięta z jajem w łazience!), ciekawą fabularną hybrydę (film krzyżuje ze sobą horror, sci-fi, kryminał, a nawet kino szpiegowskie) czy wreszcie wspomniane mocne efekty gore (flaki latają tu jak u Fulciego). Cóż mogę więcej dodać? Kup kilka piw i do boju.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.