Graveyard Shift (1987). Seks, wampiry i czerwone jarzeniówki

Usłyszawszy tytuł Graveyard Shift większość fanów horroru pomyśli pewnie o adaptacji książki Stephena Kinga z 1990 roku. Mało kto jednak wie, że tytuł ten nosi też starszy o trzy lata trashowy film o wampirach w reżyserii Jerry’ego Ciccoritti’ego. Ten uchodzi dziś za jednego z najsolidniejszych rzemieślników kanadyjskiego przemysłu telewizyjnego, mając na swoim koncie reżyserię odcinków niezliczonych seriali. Jego początki związane jednak były z obskurnym kinem grozy przeznaczonym wyłącznie do dystrybucji na kasety VHS. Debiutował on w 1985 roku komedio-horrorem Psycho Girls, a dwa lata później, korzystając z usług tych samych aktorów, nakręcił omawiane poniżej, kipiące seksem dzieło.

Stephen Tsepes (Michael A. Miranda, tu występujący pod pseudonimem Silvio Oliviero) jest z zawodu taksówkarzem pracującym w nocy. Prywatnie zaś jest wampirem. Jego ofiarami – choć nie jest to do końca trafne określenie – są kobiety bliskie śmierci. Pijąc ich krew i czyniąc z nich swoje kochanki przedłuża ich życie. Czy one same jednak zostają w pełni przemienione w wampiry, nie wiadomo. Ale o tym później. Pewnego dnia do taksówki Stephena wsiada Michelle (Helen Papas) pracująca jako reżyserka teledysków. Jej życie właśnie poszło w rozsypkę – nie tylko projekt, w który zainwestowała mnóstwo czasu i energii został odrzucony przez wytwórnię, ale także dowiedziała się, że jest ciężko chora i od śmierci dzieli ją tylko kilka miesięcy. Między dwójką szybko zawiązuje się romans…

Graveyard Shift swoją premierę miał tylko na kasetach VHS i laser discach, a w niektórych krajach wydany został pod alternatywnymi tytułami Central Park Drifter i Central Park Driver (oba są bardzo mylące, bowiem nie dość, że jest to produkcja kanadyjska, to jeszcze Central Park wcale w niej nie występuje). Scenariusz może stwarzać pewne problemy przy omówieniu, gdyż na pierwszy rzut oka jawi się jako wielki bałagan z poupychanymi wątkami i motywami, które nie są dostatecznie klarowne lub są po prostu niepotrzebne. Zacznijmy od tego, że nie poznajemy dość jasno zasad rządzących wampirami w tym świecie. Widzimy, że Stephen sypia w trumnie, jednak podlegające mu wampirzyce mogą chodzić w ciągu dnia, przez co nasuwają się pewne pytania. Czy Stephen również może chodzić w ciągu dnia, a może jego „kochanki” nie są w pełni wampirami? Jeśli nie są, to czemu czują potrzebę picia krwi? Podobnie nie dowiadujemy się nawet, na co właściwie chora jest Michelle, ani jakie relacje łączą ją z… jej mężem Ericiem (Cliff Stoker). Z jednej strony kobieta nie ma problemu z tym, że ten uprawia szybki seks ze swoją znajomą, z drugiej strony ten jest zazdrosny o Stephena i widać, że jednak troszczy się o swoją żonę. Pokazane jest nam także, że Michelle wygląda jak dawna miłość Stephena, jednak wątek ten nie zostaje szerzej poruszony. W tle przewija się także dwójka policjantów (Don James, John Haslett Cuff) badających serię morderstw dokonanych przez wspomniane wampirzyce. Wątek ten przez niemal cały okres trwania filmu niczemu nie służy i potrzebny jest tylko w zakończeniu, żywcem wyjętym z Omenu (1976) Richarda Donnera.

W tych wszystkich niedomówieniach, fragmentaryczności, czy nawet niespójnościach jest jednak metoda. Czyni to całość tajemniczą i na poły oniryczną, ale także jest bardzo romantycznym zabiegiem, co więcej wydaje mi się, całkowicie zamierzonym. Przykładowo, gdy w jednej ze scen Michelle ma małą sprzeczkę ze swoją znajomą, nie słyszymy tego, co kobiety mówią do siebie. Może i jest to moja nadinterpretacja, ale podobnego zabiegu można doszukać się w romantycznej powieści poetyckiej, w której narrator, będąc najczęściej świadkiem wydarzeń, nie wie wszystkiego, a czasami nawet zdarza mu się nie słyszeć dokładnie dialogów między obserwowanymi postaciami.

Widoczne w filmie Ciccorittiego są liczne inspiracje innymi horrorami wampirycznymi z lat 80-tych, przede wszystkim Zagadką nieśmiertelności (1983) i Fright Night (1985), a także dziełami Mario Bavy. Z tego pierwszego czerpie oniryczną atmosferę i erotykę (o czym za moment). Z drugiego – nawiązania do najbardziej klasycznych motywów wampirycznych i wykorzystywanie ich z podobnym przymrużeniem oka. Warto tu także zwrócić uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze, Michael Miranda z wyglądu jest całkiem podobny do Chrisa Sarandona – odtwórcy roli wampira w Fright Night, a po drugie, postać parającego się okultyzmem przyjaciela Erica przywodzi na myśl Evil Eda z tej samej produkcji.

Z dokonaniami Mario Bavy Graveyard Shift łączy z kolei jego największy atut, czyli strona wizualna. Film może pochwalić się mistrzowskim oświetleniem – ciemne zaułki oświetlane są kontrastującym z mrokiem białym, zimnym światłem, jeździe przez miasto towarzyszą neony, natomiast sceny miłosne reżyser topi w czerwieni. A żebyśmy już nie mieli wątpliwości co do inspiracji Ciccorittiego, jedna z pomniejszych postaci – producent, dla którego pracuje Michelle (Frank Procopio) – nazywa się… Mario Bava. Wspomniane sceny miłosne są najlepiej wyglądającym elementem całego Graveyard Shift. Opiewają one bowiem w liczne zbliżenia oraz dynamiczny, wręcz teledyskowy montaż, przez co trudno jest nie przywołać w myślach rzeczonego wyżej debiutu Tony’ego Scotta.

Film do zaoferowania ma piękne kadry i niekonwencjonalnie prowadzoną, fragmentaryczną fabułę, ale cierpi na kilka bolączek niskobudżetowego kina. Zdarzają się, na przykład, zgrzyty montażowe w postaci zbyt wcześnie przerwanych ujęć. Charakteryzacja czującego głód Stephena (a ma on być wówczas trupio blady) wygląda tak, jakby aktor został po prostu obsypał mąką. Samo gore, choć oszczędne, ma do zaoferowania kuriozalną i bardzo mało przekonującą scenę dekapitacji.

Aktorstwo także nie zachwyca. Michaelowi Mirandzie zwyczajnie brakuje charyzmy i magnetyzmu, by uczynić swoją kreację zapadającą w pamięć widza. Można stanąć w jego obronie mówiąc, że poszedł on w stronę zmęczonego swoim długim żywotem wampira, ale nie zmieni to faktu, że oprócz aparycji zbliżonej do innego, bardziej rozpoznawalnego aktora, nie ma wiele więcej do zaoferowania. Pochwalić natomiast należy Helen Papas, ona bowiem jako jedyna potrafi w pełni zaskarbić sobie sympatię widza i całkiem dobrze odnajduje się w roli kobiety, której życie powoli się rozpada. Ciekawe jest to, że Papas nigdy później ani wcześniej nie wystąpiła w żadnym filmie.

Rzecz cechuje bardzo dużo erotyki, niestety z początku bombarduje nią widza w bardzo nachalny sposób. Po pierwszej scenie miłosnej widzimy jak Eric zabawia się z aktorką pracującą na planie, a zaraz potem trafiamy jeszcze do klubu ze striptizem. Wszystko to w przeciągu zaledwie dwudziestu minut. No i nie należy zapominać, że Stephen swoje kochanki gryzie nie w szyję, lecz zawsze w okolicy biustu.

Graveyard Shift to film z pogranicza. Z jednej strony kunsztowny, zmysłowy i pięknie odrealniony, z drugiej przepełniony tanimi zagrywkami typowymi dla ‚kina gorszego sortu”. Nie zawsze ma sens, jednakże jest to przede wszystkim kino obrazów i motywów. I trzeba podchodzić do nich z wyrozumiałością. W ogólnym rozrachunku jego seans to ciekawe doświadczenie i polecam go każdemu fanowi filmowego trashu.

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.