Filmowe wykopaliska z dzielnicy Poverty Row (Część IV i ostatnia)

Poverty Row to funkcjonujące w niegdysiejszym Hollywood slangowe określenie na wszystkie małe, niezależne studia filmowe zajmujące się produkcją niskobudżetowych obrazów klasy B od lat 20-stych do końca lat 50-tych XX wieku. Szeregi Poverty Row zasilały między innymi Republic Pictures, Producers Releasing Corporation (PRC), CBC Production (przyszłe Columbia Pictures) czy Monogram Pictures. Filmowy asortyment tychże studiów wypełniają przede wszystkim horrory, science-fiction, westerny i kryminały, w większości przypadków należące obecnie do domeny publicznej.

Celem tekstów z cyklu „Filmowe wykopaliska” jest przedstawienie godnych odkurzenia horrorów i thrillerów wyprodukowanych właśnie przez Poverty Row. Oczywiście, wiele z nich, jeśli nie wszystkie, to archaiczne ramotki dostępne czasem w bardzo słabej jakości, lecz jeśli, podobnie jak ja, jesteście miłośnikami monochromatycznego obrazu, starych domostw, szalonych naukowców, kuriozalnych eksperymentów i ogólnie pulpowych klimatów, to moje polecanki są właśnie dla Was.

1933 – The Sphinx, reż. Phil Rosen

The Sphinx zainteresował mnie ponieważ był jednym z nielicznych filmów Poverty Row, które nie należą do domeny publicznej. Dodatkowo zachował się w całkiem dobrej jakości i wystąpił w nim Lionel Atwill znany m.in. z licznych filmów grozy Universala. Początek filmu potrafił zaintrygować. Z gabinetu pana Garfielda wychodzi tajemniczy mężczyzna (Atwill) i pyta sprzątacza Luigiego (Luis Alberni) o godzinę. Chwilę później pan Garfield zostaje znaleziony martwy; nie jest to jednak pierwszy taki przypadek – kolejni brokerzy giełdowi giną przez uduszenie. Ów nieznany jegomość zostaje zidentyfikowany jako Jerome Breen. Jest tylko jeden mały problem – jest on głuchoniemy i rozprawa w sądzie kończy się fiaskiem, a Luigi, jedyny świadek, zostaje wyśmiany. Sprawę wraz z policją bada dziennikarz Jerry Crane (Theodore Newton). Czy Breen jest oszustem? A może ma złego sobowtóra?

Tym, co z The Sphinx można najbardziej zapamiętać, jest absurdalny wręcz sposób, w jaki twórcy starają się zamaskować, że Atwill nie znał kompletnie języka migowego (i chyba nie było nikogo, kto na potrzeby filmu byłby w stanie go tego nauczyć). Nie jestem bowiem w stanie inaczej wytłumaczyć faktu, że ilekroć Breen używa migów, jego dłonie zawsze znajdują się poza kadrem. Ponieważ przez większość czasu przeczuwamy, że jest on kłamcą, każda scena z jego udziałem zawiera w sobie pewien pierwiastek niepewności, a ponieważ przez zdaje się on drwić ze stróżów prawa (ma w końcu idealne alibi), czujemy do niego coraz większą niechęć i mamy nadzieję, że czeka go zasłużona kara. Finalne film musi nam go tak bardzo obrzydzić, w przeciwnym wypadku nie mielibyśmy żadnego powodu, by kibicować pozytywnym bohaterom – pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. Bolączką The Sphinx jest niespójny ton; pierwszy akt ma w sobie wiele komediowych akcentów, co objawia się chociażby w scenie rozprawy sądowej i postaci Luigi’ego. Środek filmu nie zaskakuje niczym i dopiero finał, choć przeciągnięty, prowadzi do całkiem przewrotnego zakończenia. The Sphinx ma w zanadrzu solidną, bardziej stonowaną kreację Atwilla i fabułę mającą w sobie całkiem duże pokłady potencjału, choć niewykorzystanego – z powodu środkowego aktu nie bardzo wybija się ponad przeciętny pulpowy dreszczowiec. Film doczekał się w 1942 roku remake’u zatytułowanego Phantom Killer.

1941/43 – King of the Zombies, reż. Jean Yarbrough i Revenge of the Zombies, reż. Steve Sekely

Zombie nie były tematem szczególnie popularnym w horrorze lat 30-40; miłośnik gatunku wymieni na poczekaniu zaledwie dwie pozycje – Białe zombie (1932) i I Walked with a Zombie (1943). Między nimi powstały także dwie produkcje Monogram Pictures – King of the Zombies i Revenge of the Zombies, które choć nie dorównują wyżej wymienionym, na pewno zainteresują fanów opowieści o żywych trupach. Ich największym atutem jest klimat – powstające ze swoich grobów tytułowe zombie, domostwo przyozdobione egzotycznymi maskami oraz rytuały voodoo na pewno zdobędą serce każdego lubującego się w starych monochromatycznych kadrach. Fabularnie oba filmy są dość standardowe – King of the Zombies opowiada o trzech podróżnikach, których samolot rozbija się na tajemniczej wyspie zamieszkałej przez dra Miklosa Sangre (Henry Victor) i jego siostrzenicę (Joan Woodbury), którzy, jak się później okaże, za pomocą hipnozy i czarów przemieniają ludzi w swoich niewolników. W Revenge of the Zombies poznamy innego naukowca – Maxa Heinricha von Altermanna (John Carradine), którego marzeniem jest stworzenie armii żywych trupów. W swoich eksperymentach wykorzysta nawet ciało swojej zmarłej żony.

Oba filmy, oprócz scenarzysty Edmonda Kelso, łączy pojawiająca się w nich postać czarnoskórego służącego Jeffa (Mantan Moreland), który służy za akcent komediowy. W obu filmach jako pierwszy odkrywa on istnienie zombie, ale nikt w jego historyjki nie wierzy. Fabularnie, jak już wspomniałem, oba filmy nie są niczym szczególnym – King… to w gruncie rzeczy typowe old dark house story, z tylko że z zombie w tle, Revenge… to z kolei historia o szalonym naukowcu, którego eksperyment wymyka się spod kontroli, co skutkuje średnio angażującą bieganiną. Trzeba tym filmom mimo wszystko oddać, że – jak na filmy od Monogramu przystało – raczą widza na sam koniec uroczo kuriozalnymi zwrotami akcji. Niestety, oprócz tego trudno jest mi te filmy rekomendować inaczej niż jako ciekawostki.

1944 – Strangers in the Night reż. Anthony Mann

Anthony Mann to prawdziwa legenda Hollywood – zasłynął on najpierw jako twórca inkorporujący elementy kina noir do westernów, a karierę zakończył jako twórca od widowisk historycznych. Początki jego reżyserskiej kariery związane są jednak z niskobudżetowymi czarnymi kryminałami, z czego poniżej opisywany nakręcony został dla wchodzącego w skład Poverty Row studia Republic Pictures. Fabuła Strangers in the Night przedstawia się następująco: John Meadows (William Terry) jest żołnierzem marines wracającym z wojny. Na froncie prowadził korespondencję z Rosemary – dziewczyną, której imię i adres znalazł zapisane na jednej z książek dostarczanych przez Czerwony Krzyż. Zafascynowany postanawia ją spotkać. Przybywa do domu zamieszkałego przez jej matkę Helgę (Helene Thiming) i służącą Ivy (Edith Barrett), gdzie dowiaduje się, że Rosemary wyjechała na jakiś czas. Po dwóch dniach tajemnicza piękność nadal się nie pojawiła, a ekscentryczne zachowanie Helgi daje Johnowi powód, by myśleć, że coś jest nie w porządku.

Nie trzeba wiele, by samemu odkryć, jaki będzie finał tej historii. Nie można jednak powiedzieć, by Strangers in the Night cokolwiek przez to tracił. Od początku, gdy śledzimy poczynania starej gospodyni i widzimy jak panicznie boi się jej Ivy, czujemy się nieswojo i przy każdej kolejnej scenie wypatrujemy tragedii. Film od samego początku robi wszystko, byśmy siedzieli jak na szpilkach – gdy poznajemy głównego bohatera, zostaje on postrzelony na froncie; gdy odbywa podróż do domu, jego pociąg ulega wykolejeniu, a ponieważ z powodu odniesionej rany zdarza mu się mdleć zachodzimy w głowę, czy i kiedy szalona staruszka postanowi to wykorzystać. Finał także gra na oczekiwaniach widza, droczy się z nim i nawet na te kilka chwil przed ukazaniem się napisów końcowych zarzuca czymś, co kompletnie zbija z tropu. Strangers in the Night to trwający niespełna 57 minut dreszczowiec, który od początku do samego końca trzyma widza za gardło. Można go nazwać – biorąc pod uwagę w jaki sposób buduje atmosferę – swego rodzaju prekursorem „Apartamentowej Trylogii” Romana Polańskiego (podobnie jak The Seventh Victim (1943) Marka Robsona). Bez wątpienia przyszły reżyser Cydu (1961) pokazał tu swój pazur. 

1944 – When Strangers Marry A.K.A. Betrayed, reż. William Castle

Millie (Kim Hunter) to bardzo urocza, lecz również naiwna dziewczyna, która wzięła ślub z niemal zupełnym nieznajomym – Paulem Baxterem (Dean Jagger) – i to po zaledwie trzech spotkaniach. Jej luby jest sprzedawcą i zaraz po ślubie wyjechał w interesach. Po ponad miesiącu otrzymuje od niego telegraf i wyjeżdża do Nowego Jorku, by się z nim zobaczyć. Po kilku zawirowaniach małżonkowie wreszcie się spotykają, jednak policja prowadzi dochodzenie w sprawie morderstwa, w które pan Baxter może być zamieszany, za czym przemawia jego ekscentryczne postępowanie. W rozwikłaniu sprawy pomoże Millie dawny przyjaciel Fred (Robert Mitchum). When Strangers Marry może zaintrygować miłośników horroru chociażby przez fakt, że jest to jeden z pierwszych filmów Williama Castle’a – później prawdziwego mistrza filmowego marketingu – zaintrygować o tyle bardziej, że próbuje on swoich sił w „czarnym kinie”. Już tutaj pokazuje, że jest rzemieślnikiem potrafiącym budować mroczny klimat – jak na film noir przystało, znajdzie się w nim kilka zapadających w pamięć kadrów z użyciem światła i cieni – i stopniowo budować napięcie.

Film zaczyna się od morderstwa popełnionego przez tajemniczego mężczyznę w kapeluszu, a gdy scenę później odkrywany okoliczności, w jakich główna bohaterka zawarła związek małżeński, od razu wiemy, że coś będzie bardzo nie w porządku. I choć przez większość czasu wszystko wskazuje na to, że Baxter jest mordercą, finalnie sprawa będzie o wiele bardziej skomplikowana. Castle wciąga widza w grę – nie znamy w pełni kulisów ślubu Millie z Paulem, tego drugiego widzimy po raz pierwszy zarośniętego po dwóch dniach ukrywania się, w trakcie trwania filmu wraz z bohaterką znajdziemy jeszcze więcej poszlak wskazujących na niego… wszystko to jednak pozory i mylne tropy. I nawet jeśli sam przebieg intrygi jest dość konwencjonalny, When Strangers Marry posiada jeszcze jeden atut – obsadę. Roberta Mitchuma fanom kina noir raczej przedstawiać nie trzeba, z kolei ci zaznajomieni z klasyczną Planetą małp (1968) będą mieli okazję zobaczyć Kim Hunter bez małpiej charakteryzacji, na początku swojej kariery aktorskiej.

1946 – The Flying Serpent, reż. Sam Newfield

W pierwszej części „Wykopalisk” napisałem parę słów o filmie The Devil Bat (1940) z Belą Lugosim w roli głównej; był to jeden z lepszych filmów klasy B z tymże aktorem i swego czasu sukces kasowy. Nie powinno więc dziwić, że studio PRC postanowiło… nakręcić go jeszcze raz. The Flying Serpent opowiada dokładnie tę samą historię, co wspomniany film o zabójczym nietoperzu, dokonując przy tym kosmetycznych zmian. Bohaterem filmu jest archeolog Andrew Forbes (George Zucco). Odnalazł on zaginiony skarb Azteków strzeżony przez tytułowego węża, czczonego niegdyś jako bóstwo. Stwór jest opierzony i atakuje każdego, kto jego pióra posiada, co zostanie przez szaleńca wielokrotnie wykorzystane. Tak jak postać grana przez Lugosiego wykorzystywała płyn po goleniu do oznaczania ofiar, tak Forbes podrzuca pióra każdemu, kogo chce się za pomocą latającego gada pozbyć. Nie chce on bowiem, by ktokolwiek dowiedział się o odkrytym skarbie, bo ani myśli się tym bogactwem z kimkolwiek dzielić.

The Flying Serpent różni się od swojego nietoperzowego protoplasty jedną zasadniczą cechą – jest kuriozalnie zły (sam wąż poziomem tandety ociera się o poziom reprezentowany przez filmy Eda Wooda). Oprócz tego film wypada, niestety, najzwyczajniej w świecie nudno, a na osoby znające The Devil Bat nie będzie czekało żadne zaskoczenie – to dokładnie ta sama historia przebiegająca i kończąca się w ten sam sposób. A szkoda, bo tematyka, po którą The Flying Serpent sięga sprawia, że wyróżnia się on na tle bardziej konwencjonalnych monster movies; takie rzeczy jak wnętrze świątyni Azteków, czy sceny przesłuchań po pierwszych morderstwach bronią się i dają nadzieję, że film wybije się ponad mierność. Tkwił w tym wszystkim potencjał (z czego zdawał się wiedzieć Larry Cohen, ponieważ nakręcił jego remake w 1982 roku, zatytułowany Q), rezultatem jest jednak film, który polecić mogę tylko miłośnikom złego kina, szukającym tytułów do obśmiania.

* * *

Tu kończę ten mały cykl wyliczanek. Produkcji od przeróżnych studiów zaliczanych do Poverty Row jest znacznie więcej, a znalezienie ich w domenie publicznej, poza pewnymi wyjątkami, nie powinno dla nikogo stanowić problemu. Nie będę jednak ukrywał, że wygrzebanie z nich wartościowych produkcji wymaga czasu, wyrozumiałości i cierpliwości, co każdy zauważy, biorąc pod uwagę, ile zajęło mi skompletowanie czterech tylko zestawień (a też nie wszystkie zawarte w nich pozycje byłem w stanie polecić z czystym sumieniem). Niewiele brakowało, a cykl ten pozostałby niezamkniętym. Dlatego też postanowiłem w tym miejscu się zatrzymać. Filmografie Poverty Row to gigantyczna graciarnia pełna szmelcu w postaci generycznych, nudnych i tandetnych produkcji; warto się jednak w nią zagłębić, bo pod grubymi stertami kurzu kryć się mogą prawdziwe perełki.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.