Filmowe wykopaliska z dzielnicy Poverty Row (część II)

Poverty Row to funkcjonujące w niegdysiejszym Hollywood slangowe określenie na wszystkie małe, niezależne studia filmowe zajmujące się produkcją niskobudżetowych obrazów klasy B od lat 20-stych do końca lat 50-tych XX wieku. Szeregi Poverty Row zasilały między innymi Republic Pictures, Producers Releasing Corporation (PRC), CBC Production (przyszłe Columbia Pictures) czy Monogram Pictures. Filmowy asortyment tychże studiów wypełniają przede wszystkim horrory, science-fiction, westerny i kryminały, w większości przypadków należące obecnie do domeny publicznej.

Celem tekstów z cyklu „Filmowe wykopaliska” jest przedstawienie godnych odkurzenia horrorów i thrillerów wyprodukowanych właśnie przez Poverty Row. Oczywiście, wiele z nich, jeśli nie wszystkie, to archaiczne ramotki dostępne czasem w bardzo słabej jakości, lecz jeśli, podobnie jak ja, jesteście miłośnikami monochromatycznego obrazu, starych domostw, szalonych naukowców, kuriozalnych eksperymentów i ogólnie pulpowych klimatów, to moje polecanki są właśnie dla Was.

1935 – Murder by Television, reż. Clifford Sanforth

Drugą część „Filmowych wykopalisk” otwieram niestety sporym rozczarowaniem. Murder by Television skupia się wokół postaci prof. Jamesa Houghlanda (Charles Hill Mailes) – naukowca, który wynalazł nowy, skuteczny sposób transmitowania sygnałów telewizyjnych na cały świat. Zainteresowanych kupnem wynalazku nie brakuje, jednak Houghland ani myśli sprzedawać go komukolwiek. W dniu prezentacji urządzenia naukowiec zostaje zamordowany we własnym domu, gdzie ma zresztą miejsce owa prezentacja.

Trzeba oddać Murder by Television, że nie podejmuje próby demonizacji telewizji, jak mógłby sugerować tytuł, a cała część związana z wynalazkiem Houghlanda należycie intryguje widza. Niestety, wolałbym już nawet takie demonizowanie niż to, co ostatecznie dostaliśmy – boleśnie wręcz schematyczny kryminał, w którym garstka ludzi jest zamknięta w jednym domu i każdy z nich może być mordercą. Problem polega na tym, że jedynymi wyróżniającymi się postaciami jest lokaj Azjata i czarnoskóra pokojówka, z czego oboje nie grzeszą inteligencją. Na ważniejszych bohaterów widz reagować może co najwyżej obojętnością i zagubieniem, bo nie sposób rozróżnić ich na ekranie. Nawet Bela Lugosi, którego imieniem film jest reklamowany, wciela się tu zaledwie w jedną z pomniejszych ról i też nie ma zbyt wiele do roboty. W dodatku Murder by Television zachował się w niezbyt dobrej jakości – ubytki w montażu zdarzają się bardzo często. Albo brakuje przejścia między scenami, poszczególnych klatek, albo nawet całych fragmentów poszczególnych ujęć, co bywa miejscami rozpraszające. Całość popada w sztampę bardzo szybko i mimo trwania zaledwie 54. minut może widza wynudzić i wymęczyć. Interesujący wątek transmisji telewizyjnej całkowicie znika ze sceny po ok. 20-stu minutach, cała reszta z kolei nie jest warta niczyjej uwagi i nie byłem nawet pewny czy film Clifforda Sanfortha umieszczać w tym zestawieniu. Postanowiłem jednak to zrobić, tratując go jako ciekawostkę. Wszakże niewiele znamy przedwojennych filmów o telewizji.

1943 – Dead Men Walk, reż. Sam Newfield

Akcja tego filmu zaczyna się na pogrzebie. Dr Lloyd Clayton (George Zucco) żegna swojego bliźniaka Elwyna (również Zucco) – za życia okrutnego człowieka, obsesyjnie zainteresowanego okultyzmem. Nikt jednak nie wie, że szatańskie zapędy brata Lloyd postanowił zakończyć morderstwem. Tym bardziej nikt nie mógł przypuszczać, że bratobójstwo poskutkuje zmartwychwstaniem zmarłego pod postacią żądnego zemsty wampira. Zabawa z Dead Men Walk polega na tym, że mamy tu do czynienia z dobrze zachowaną w domenie publicznej, mrocznie nakręconą zrzynką z Draculi (1931). Zemsta Elwyna skupia się przede wszystkim na powolnym wysysaniu krwi z siostrzenicy Lloyda (Mary Carlisle) i przemianie jej w podobne sobie monstrum. Lloyd staje się wówczas odpowiednikiem Van Helsinga, a pomagać mu będzie zakochany w dziewczynie David (Nedrick Young) – jako jedyny sceptycznie nastawiony do istnienia wampiryzmu.

Choć z filmu Sama Newfielda zionie wtórnością, potrafi on zaangażować widza, nie tylko dzięki uroczo patetycznej scenie otwierającej („Co wy, ludzie, możecie wiedzieć o stworzeniach nocy!”) czy zdjęciom, ale także dzięki sensownie zbudowanemu napięciu. Wpływ na nie ma przede wszystkim niejednoznaczny moralnie główny bohater, co skutkuje tym, że przez sporą część seansu nie mamy pewności komu w tym wszystkim kibicować. Czy mszczącemu się Elwynowi – niezrozumianemu indywiduum, czy może Lloydowi – na ogół dobremu człowiekowi z jednej strony, a mordercy brata z drugiej. Bliźniaków spowija aura tajemniczości do samego końca, co czyni ich nieco nieprzewidywalnymi. Dodatkowo przez krótki czas David zaczyna Lloyda posądzać o szaleństwo, a w okolicach finału winę za poczynania Elwyna wieśniacy zaczynają przypisywać właśnie temu poczciwemu z braci. Wszystko to cementuje wartkie tempo akcji nie zostawiające miejsca na nudę. Ramota? A jakże! Ale zrealizowana z klasą i z dwoma George’ami Zucco na ekranie.

1944 – Bluebeard, reż. Edgar G. Ulmer

Rzecz dzieje się w Paryżu. Gaston Morel (John Carradine) jest z zawodu lalkarzem, ale zajmuje się także malowaniem portretów. To drugie zajęcie nie należy do jego ulubionych, ponieważ ilekroć namaluje jakąś kobietę, czuje nieodpartą potrzebę uduszenia jej. Artysta jednak musi z czegoś żyć, więc miastem wstrząsa fala morderstw. Bluebeard wyróżnia się tym, że jest dość przyziemną historią o szalonym mordercy. Nie mamy do czynienia z tajemnicą, o morderczych skłonnościach Gastona dowiadujemy się z miejsca, ale intryguje on przede wszystkim przez fakt, że wzbudza u widza sprzeczne ze sobą uczucia. Z jednej bowiem strony będziemy z nim sympatyzować, bo to dość tragiczna postać, a z drugiej bać, bo jest nieprzewidywalny i zabić może w każdej chwili. Oliwy do ognia zresztą dolewa dynamiczna mimika twarzy Johna Carradine’a, w trakcie sceny kilkukrotnie przechodząca od łagodności po wściekłość.

Problematyczny w Bluebeard jest jego ton. Edgar G. Ulmer jest reżyserem znanym przede wszystkim z niskobudżetowych filmów noir i naleciałości tej stylistyki widać niemal w każdej scenie – w oświetleniu twarzy bohaterów i w grze cieniami. Równocześnie przez większość słyszymy w tle wesołą i skoczną muzykę. Z jednej strony będziemy śledzić świetnie odegraną tragedię popadającego w obłęd artysty, a z drugiej komediowo przerysowane śledztwo w sprawie morderstw i paradę karykaturalnych postaci. To daje groteskowe połączenie, od którego widz może się odbić. Warto jednak spróbować. Bo o ile wątek śledztwa mocno kuleje, tak szaleństwo postaci Carradine’a zostało mistrzowsko przedstawione i być może jej zmagania z wewnętrznymi demonami w mrocznym świecie Ulmera podbiją także Wasze serca. Powiem tylko, że wiele film postanawia zostawić na koniec, a o szczęśliwym zakończeniu można tylko pomarzyć.

1946 – The Catman of Paris, reż. Lesley Selander

W 1935 roku Universal postanowił po raz pierwszy wziąć na warsztat temat wilkołactwa i wypuścił film Werewolf of London. Wspominam o nim, bowiem omawiany tu przeze mnie tytuł czerpie z niego całkiem dużo – nie tylko podobny tytuł, ale także szkielet fabularny. Tutaj również mamy do czynienia z bohaterem, który przybywszy z wyprawy do Tybetu zaczyna cierpień na dziwną chorobę, która przeobraża go w krwiożercze monstrum. Na tym jednak podobieństwa się kończą, ponieważ o ile Werewolf wykłada karty na stół natychmiastowo, tak The Catman jest filmem o wiele bardziej tajemniczym… i jakościowo lepszym, ale o tym później. Główny bohater cierpi, co prawda, na chorobę tropikalną, jednak czy na pewno przemienia się w tytułowego człowieka-kota? Sama bestia jest przed nami skrywana niemal do samego końca, przez co możemy się zastanawiać, czy aby na pewno mamy do czynienia z nadprzyrodzoną istotą. Protagonista Charles Regnier (Carl Esmond) może w końcu być po prostu szalony.. Lub człowiekiem-kotem jest ktoś inny.

W przeciwieństwie do Werewolf of London, The Catman jest filmem znacznie mniej archaicznym i faktycznie angażującym. Zamiast kiczowatego potwora w beretce i irytującego protagonisty daje sprawnie poprowadzoną tajemnicę – zwięźle opowiedzianą i z szeregiem zwrotów akcji pod koniec. Realizatorsko również prezentuje niemały rozmach, zwłaszcza jak na standardy tak niskobudżetowych produkcji. Omawiany w poprzedniej części „Wykopalisk” The Ape (1940) wykorzystywał tylko i wyłącznie stock footage w scenach cyrkowych, z kolei The Catman może się pochwalić wypełnionym akrobacjami występem tanecznym nakręconym specjalnie na jego potrzeby. Oprócz tego pokazuje całkiem spektakularną scenę bijatyki, a nawet pościg dorożkami ze strzelaniną. Ironicznie, pomimo „komiksowego” tytułu i absurdalnego pomysłu na siebie, The Catman of Paris okazuje się lepszym filmem o wilkołactwie niż przywołany na początku pełnoprawny przedstawiciel tego gatunku. Choć oparty na jego pomyśle, znacznie go przewyższa aktorstwem, tempem i realizacją. To pozycja w sam raz dla kogoś, kto chce dobrej, lecz niedługiej rozrywki (całość trwa godzinę i dwie minuty).

1946 – Strangler of the Swamp, reż. Frank Wisbar

Gdy film się rozpoczyna, to myślimy, że będziemy mieć do czynienia z typową opowieścią o duchach. Poznajemy historię Douglassa (Charles Middleton) – przewoźnika po bagnie, który został niesłusznie oskarżony o morderstwo i powieszony. Teraz jego duch szuka zemsty na tych, którzy złożyli przeciw niemu fałszywe zeznania. Zostają nam także pokazane rzeczone przeklęte mokradła urzekające swoją duszną, osaczającą atmosferą – gęsta mgła pokrywa wszystko i uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek, bagienna roślinność jest z kolei tak bujna, że wprost przytłacza. Po kwadransie jednak, wszystko to zostaje odłożone na bok i przedstawiona zostaje nowa bohaterka. Maria Hart (Rosemary La Planche) przybywa w rodzinne strony, by przejąć funkcję przewoźnika po swoim zmarłym dziadku (Frank Conlan). Jest przy okazji jedyną osobą, która chce w ogóle pełnić tę funkcję.

Gdy Maria zakochuje się w Chrisie Sandersie (Blake Edwards), mrok niemal całkowicie opuszcza ekran, a tempo znacznie zwalnia. Wątek romansowy może być dla widza uciążliwy, bo choć dobrze zagrany, to mocno odstaje od gęstej atmosfery początku i niczym nie wyróżnia się na tle innych podobnych, zakrapianych komedią, ekranowych miłostek. W tym szaleństwie jest jednak metoda, bowiem Strangler of the Swamp dopiero w finale pokazuje czym jest. A jest baśnią. Maria będzie musiała zawalczyć z mściwym duchem o duszę ukochanego, a wszystko zakończy się z lekka infantylnym, ale pasującym do konwencji happy endem. Mamy więc do czynienia z filmem całkiem sprawnie grającym na oczekiwaniach widza. Horror staje się bajką, a uciążliwy romans zaczyna chwytać za serca. Trudno przejść obojętnie obok takiej konstrukcji fabularnej w pulpowej ramotce i jeszcze trudniej nie pochwalić kolejnej silnej kobiecej heroiny w filmie z lat 40-stych.

C.D.N.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.