Filmowe wykopaliska z dzielnicy Poverty Row (część I)

Poverty Row to funkcjonujące w niegdysiejszym Hollywood slangowe określenie na wszystkie małe, niezależne studia filmowe zajmujące się produkcją niskobudżetowych obrazów klasy B od lat 20-stych do końca lat 50-tych XX wieku. Szeregi Poverty Row zasilały między innymi Republic Pictures, Producers Releasing Corporation (PRC), CBC Production (przyszłe Columbia Pictures) czy Monogram Pictures. Filmowy asortyment tychże studiów wypełniają przede wszystkim horrory, science-fiction, westerny i kryminały, w większości przypadków należące obecnie do domeny publicznej.

Celem tekstów z cyklu „Filmowe wykopaliska” jest przedstawienie godnych odkurzenia horrorów i thrillerów wyprodukowanych właśnie przez Poverty Row. Oczywiście, wiele z nich, jeśli nie wszystkie, to archaiczne ramotki dostępne czasem w bardzo słabej jakości, lecz jeśli, podobnie jak ja, jesteście miłośnikami monochromatycznego obrazu, starych domostw, szalonych naukowców, kuriozalnych eksperymentów i ogólnie pulpowych klimatów, to moje polecanki są właśnie dla Was.

1933 – The Vampire Bat – reż. Frank R. Strayer

Fabuła The Vampire Bat składa się ze wszystkich motywów znajomych fanom klasycznych horrorów. Mieszkańcy małej wioski giną z powodu zagadkowej utraty krwi, a burmistrz (Lionel Belmore) i jego doradcy są całkowicie pewni, że winny zgonom jest nadprzyrodzony byt. Echa filmów Universala, a w szczególności Draculi i Frankensteina (oba 1931), są tu słyszalne w co drugiej scenie. Obok przesądnych wieśniaków znajdzie się miejsce dla sceptycznego protagonisty – inspektora policji Karla (Melvyn Douglas), który będzie się starał uratować swoją ukochaną (Fay Wray) przed rzekomym wampirem. Zobaczymy także Lionela Atwilla w roli (szalonego) naukowca Otta von Niemanna oraz Dwighta Frye’a w roli upośledzonego Hermana uwielbiającego… nietoperze. Za scenerię natomiast posłużą tak znajome widoki, jak gotyckie zamczysko na wzgórzu, jaskinia czy wypełnione menzurkami laboratorium.

Mankamentami filmu jest jego wolne tempo i postacie wieśniaków, miejscami mocno irytujące swoją głupotą. Wampiryzm jest bowiem dokładnie pierwszą rzeczą, jaka przychodzi im do głowy, a gdy obarczają winą za wszystko Hermana, literalnie planują wbić mu kołek w serce, mimo licznych przesłanek przeciw temu pomysłowi. Jednakże trzeba The Vampire Bat przyznać, że potrafił sprawnie wykreować tajemniczą atmosferę i uczynić intrygę zaskakującą. Nie znajdziemy tu wampira, ale dostaniemy coś, moim zdaniem, znacznie ciekawszego. Co? Tego nie zdradzę. W ogólnym rozrachunku The Vampire Bat to ramota poskładana ze znajomych elementów, lecz poskładana na tyle sprawnie, że pomimo pewnej odtwórczości potrafi rozbawić i zaintrygować.

1934 – House of Mystery – reż. William Nigh

Johna Prendergasta (Clay Clement) poznajemy w trakcie ekspedycji naukowej jako pijaka i próżniaka. Przebywając w świątyni bogini Kali niechcący zabija jedną z przebywających tam małp, czym zwraca na siebie uwagę kapłanów. Z pomocą tancerki Chandy (Joyzelle Joyner) uchodzi z życiem, a także kradnie skarb należący do sześciorękiego bóstwa. Kilka miesięcy później kontaktuje się ze swoimi wierzycielami i opowiada im o klątwie, która padła na niego i padnie na każdego, kto na owym skarbie położy ręce. Nie trzeba długo czekać, aż goście zaczną ginąć… Nie będę owijać w bawełnę – House of Mystery nie jest dobrym filmem. Uwzględniam go w tym zestawieniu, ponieważ posłuży mi jako przykład obrazujący pewien trend, którzy zauważyłem wśród horrorów Poverty Row. Dziełko Williama Nigha jest jednym z czterech dotychczas poznanych przeze mnie horrorów, które skupiają się na wielkim morderczym małpiszonie. O jednym z nich, The Ape Man (1943), wspominałem swego czasu przy okazji retrospektywy Monogramu 9. Motyw ten został wykorzystany także przez Universal w Zabójstwach przy Rue Morgue (1932) i Captive Wild Woman (1943).

Fabuła House of Mystery czerpie garściami z dwóch niemych klasyków: The Bat (1926) i The Cat and the Canary (1927), dziedzicząc po nich również lekko przerysowany, komediowy ton. I o ile pierwsze sceny z udziałem gościa w kuriozalnym stroju goryla mogą nastawić pozytywnie, tak gwoździem do trumny całości okazują się bohaterowie – definiowani przez jedną cechę, a co za tym idzie irytujący. Bo czy można obdarzyć sympatią agenta ubezpieczeniowego (Ed Lowry), który niezależnie od sytuacji musi każdej napotkanej osobie wcisnąć ulotkę swojej firmy? Druga połowa seansu, podobnie zresztą jak we wspomnianym The Bat, przeradza się w męczącą bieganinę, która trwa dopóty, dopóki intryga nie postanowi rozwiązać się sama. Każdy sprawdza na własne ryzyko, bowiem ja zarekomendować tego nie mogę.

1940 – The Devil Bat – reż. Jean Yarborough

Nietoperze to coś, co już na dobre przylgnęło do Beli Lugosiego. W The Devil Bat nie wciela się on jednak w żadnego krwiopijcę, lecz w szalonego (a jakże!) naukowca, planującego zemstę na swoich byłych wspólnikach. W wendecie pomóc mu mają zmutowane gigantyczne nietoperze i płyn po goleniu, którego zapach ma wabić rzeczone gryzonie. Wielkie kukiełkowate gacki zaczynają zbierać krwawe żniwo, a sprawę zaczyna badać dwóch dziennikarzy o wątpliwej reputacji (w tych rolach Dave O’Brien i Wallace Ford).

Jeśli Szanowny Czytelnik pomyślał teraz, że ma do czynienia z campowym monster movie wymieszanym z kryminałem, to… ma rację. I to takim z pełnym bogactwem inwentarza – ukrytymi przejściami, wygłaszanymi na głos monologami, a nawet czaszką na laboratoryjnym blacie. Oprócz tego The Devil Bat ma do zaoferowania smoliście czarne cienie rodem z filmów noir i polowania na zabójcze nietoperze między bujnymi drzewami przy akompaniamencie skrzeczących żab. Dostajemy także o tyle skomplikowaną intrygę kryminalną, że główni bohaterowie nie cieszą się wiarygodnością i nikt w ich historię o przerośniętych nietoperzach nie wierzy. Tym, co może faktycznie rozczarować, jest kreacja Lugosiego, zdającego się grać „na autopilocie”. Jest on nieco teatralny, ale też niezbyt wyrazisty. Ogólnie rzecz biorąc, The Devil Bat jest takie, jak można tego po nim oczekiwać – odpowiednio tandetne i kiczowate, ale też intrygujące i posiadające obskurny, pulpowy klimat. W końcu, czy dalibyście wiarę, że wystarczy naładować nietoperza olbrzymią dawką elektryczności, aby ten urósł trzykrotnie i zamienił się w posłusznego zabójcę?

1940 – The Ape – reż. William Nigh

Dr Bernard Adrian (Boris Karloff) jest naukowcem i od jakiegoś czasu wdowcem. Ponieważ nie udało mu się na własną rękę uleczyć żony, nie cieszy się popularnością w miasteczku. Chcąc naprawić błędy z przeszłości, obsesyjnie stara się pomóc sparaliżowanej dziewczynie (Maris Wrixon). Mieścinę nawiedza jednak cyrk, a wraz z nią przerośnięty goryl. Źle traktowane zwierzę ucieka i zaczyna mordować mieszkańców…

The Ape to drugi niskobudżetowy horror z wielką morderczą małpą. Ale zaraz, czy aby na pewno horror? Opis fabuły, który sporządziłem, składa się z dwóch wątków i przez większość czasu nie wiążą się one ze sobą. Podczas tego niespełna godzinnego seansu będziemy na przemian śledzić dramat naukowca chcącego zmyć dawną hańbę i przegięty monster movie z facetem w stroju goryla. Ta pierwsza część wypada zjadliwie dla widza głównie dzięki angażującej kreacji Karloffa, na drugą trudno reagować inaczej niż z obojętnością, wszak zdaje się być zupełnie od czapy. I choć w sumie The Ape daje pozszywany z dwóch przeciętny film, tak obok jego konstrukcji fabularnej trudno było mi przejść obojętnie. Uznałem więc, że warto go na tej liście uwzględnić chociażby jako ciekawostkę.

1942 – The Mad Monster – reż. Sam Newfield

Dla spragnionych filmów o wilkołactwie na pomoc przybywają Sam Newfield i George Zucco. Ten drugi wciela się tu w szalonego doktoraa Camerona. Chcąc dowieść swoich szalonych teorii przytacza krew wilka swojemu ogrodnikowi, upośledzonemu Petro (Glenn Strange), i przemienia go w wilkołaka. Stworzony potwór posłuży mu jako narzędzie zemsty na kolegach po fachu, którzy swego czasu wykpili jego eksperymenty i przyczynili się do wyrzucenia go z uniwersytetu. Brzmi to bliźniaczo podobnie do The Devil Bat, ale mamy tu do czynienia z jeszcze bardziej obskurnym dziełem. Już sam tytuł przykuwa uwagę bijącą zeń sensacyjnością, z kolei motyw lykantropii wymieszany z science-fiction na pewno wyróżnia się na tle filmów, w których wilkołak był efektem działania sił nadprzyrodzonych.

The Mad Monster cechuje surowość i mroczna atmosfera, a niskiej jakości kopia tylko te wrażenia potęgują. W końcu szare, ciasne laboratorium i pokryty pajęczynami gotycki grobowiec nie mogłyby wyglądać tak dobrze na wyczyszczonej kliszy. Charakteryzacja wilkołaka wygląda zaś tak tandetnie, jak można oczekiwać, ale jest to tandeciarstwo zlewające się z i tak tanio wyglądającą całością. Film ma także w zanadrzu kilka pamiętnych scen – trudno mi bowiem przejść obojętnie obok rozmawiającego ze swoimi urojeniami doktora Camerona, czającego się po zarośniętych ciemnych bagnach stwora, czy obok zabicia dziecka (poza ekranem, ale wciąż). Dostajemy zatem maksymalnie kiczowaty, tani monster movie z maniakalnym śmiechem George’a Zucco i pożarem na zakończenie.

1946 – Scared to Death – reż. Christy Cabanne

Samo to, że jest to jedyny film Beli Lugosiego w kolorze, powinien przykuć uwagę niejednego fana kina grozy. Kolorowe zdjęcia wcale nie ujęły mu atmosfery, a wręcz sprawiły, że i tak szalona opowieść stała się jeszcze psychodeliczna. Mamy bowiem do czynienia z pokręconym dreszczowcem, do którego twórcy nie omieszkali wrzucić masy przeróżnych motywów – hipnotyzera, paranoi, zemsty po latach i zamaskowanych zabójców. Historia opowiadana jest nam przez Laurę Van Ee (Molly Lamont), która… leży w kostnicy jako nieboszczka. Za życia podejrzewała swojego męża (Roland Warno) i teścia (George Zucco) o to, że ci planują doprowadzić ją do obłędu i zabić. Paranoja Laury nie jest jedynym zmartwieniem rodziny Van Ee, gdyż ich posiadłość nawiedza hipnotyzer Leonide (Bela Lugosi), a za oknami pojawia się tajemnicza postać w masce.

Trzeba Scared to Death oddać, że potrafi być nieprzewidywalne, a przez żonglerkę motywami widz nie wie, czego tak naprawdę ma się spodziewać. Niestety, nadmiar postaci i wątków miejscami przeradza się w najzwyklejszy chaos i bardzo łatwo się pogubić. Ze śledzenia rozwoju wydarzeń mogą też wytrącać sami bohaterowie – zbyt archetypiczni i odgrywani w karykaturalny sposób. Znajdzie się miejsce dla pozbawionego taktu dziennikarza (Douglas Fowley), jego rozwrzeszczanej asystentki (Joyce Compton) czy dla przygłupiego detektywa ze Scotland Yardu (Nat Pendleton). Scared to Death jawi się w moich oczach jako film nierówny, jednak warty obejrzenia. Albo przymkniecie oko na bohaterów i będziecie dobrze się bawić przy szalonej intrydze, albo się od niej odbijecie.

1948 – The Amazing Mr. X – reż. Bernard Vorhaus

Przyszła pora na prawdziwą perłę wśród zapomnianych klasyków. O atmosferze w The Amazing Mr. X można powiedzieć, że jest ona jak namalowana węglem na płótnie. Mamy do czynienia z niezwykłą żonglerką gatunkową – połączeniem horroru, kryminału i dramatu, do tego z doprowadzoną do ekstremum estetyką rodem z kina noir. Twarze bohaterów będą tonąć w mroku, a w jasnym świetle tańczyć będą kurz i dym. Wszystko to w wielu kunsztownych kadrach skomponowanych przez operatora Johna Altona.

Fabułę filmu wyróżnia jej „przyziemność”; wszyscy niesamowici i tajemniczy panowie mieli w latach 30. i 40. tendencję do bycia szalonymi naukowcami lub kryminalnymi master mindami. Tytułowy bohater Alexis (Turhan Bey) jest iluzjonistą i szarlatanem udającym medium i żerującym na niepogodzonych z losem wdowach. Jego motywacją nie jest chęć władzy czy niespełnione ambicje, a po prostu chęć zysku. Gdy upatruje sobie na ofiary Christine Faber (Lynn Barri) i jej siostrę Janet (Cathy O’Donnell), istotnie wykazuje się przebiegłością, jednak szybko jego plany obracają się przeciwko niemu. Status quo filmu zmienia się diametralnie z aktu na akt, jednak zmiana ta następuje z niesamowitą wręcz płynnością. Rozpoczynamy w zakrapianym oniryzmem horrorze i kończymy w czarnym kryminale, a nim zobaczymy napisy końcowe, intryga nabierze na niejednoznaczności. The Amazing Mr. X powinien zainteresować każdego wielbiciela kina noir i klasycznych dreszczowców. Ba! to idealny materiał na film kultowy. Nie tylko jest już dostępny w domenie publicznej, ale także zachował się w bardzo dobrej jakości. Bardzo polecam.

C.D.N.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.