[DVD] Tetsuo: The Iron Man & Tetsuo: The Body Hammer (1989 & 1992)

Share

Na zakończenie ubiegłego roku, po serii udanych projektów, ekipa z What Else Films?! przygotowała dla fanów prawdziwą bombę: fantastyczne dwupłytowe wydanie dwóch części Tetsuo w reżyserii Shinyi Tsukamoto.

Cofnijmy się do lat 90. Gdyby wtedy ktokolwiek powiedział, że arcydzieło japońskiego reżysera trafi kiedyś do oficjalnej dystrybucji w Polsce, to najprawdopodobniej zostałby srogo wyśmiany. Tetsuo: The Iron Man w świadomości rodzimego widza to w najlepszym wypadku seanse w lokalnych DKF-ach, w najgorszym – nielegalny obieg. Fakt, że to właśnie ten film, o którym pierwsza wzmianka w polskim filmoznawstwie pojawia się dopiero w 1996 roku za sprawą Andrzeja Pitrusa i jego artykułu w magazynie „Kino”, tak późno trafia u nas na DVD, świadczy najlepiej o tym, jak długą drogę musiał przejść polski rynek dystrybucyjny. Na szczęście się udało i dziś fani japońskiej kinematografii mogą cieszyć się rewelacyjnym pod względem wizualnym i technicznym wydaniem DVD zarówno Tetsuo, jak i jego kontynuacji, Tetsuo: The Body Hammer.

Pierwszy z filmów to pełnometrażowy debiut Shinyi Tsukamoto. Mimo niewielkiego budżetu okazał się wielkim sukcesem artystycznym, który rozreklamował nazwisko reżysera, także za granicą. Tetsuo: The Iron Man łączy cyberpunkową tematykę (której po czasie stał się zresztą swoistym manifestem) z wideoklipową narracją i konwencją japońskich opowieści kaiju, które traktowały o różnego rodzaju monstrach. W filmie nie sposób nie dostrzec również klimatu cielesnych horrorów Davida Cronenberga; ukazywanych w nich obsesji oraz lęków – przed utratą własnej tożsamości na rzecz, w tym wypadku, postępującej mechanizacji życia.

Tetsuo to utrzymana w surrealistycznej estetyce opowieść o pewnym Japończyku, który z niewiadomych przyczyn zaczyna przeistaczać się w maszynę po tym, jak wszczepia sobie w ranę metalowy pręt. Mężczyzna bardzo szybko podlega kolejnym mutacjom. Metal coraz bardziej wdziera się w jego ciało, wypierając żywą tkankę. Punktem kulminacyjnym filmu, który pozbawiony jest linearnej fabuły, stał się przedziwny pojedynek głównego bohatera z jego demonicznym alter ego – człowiekiem również zmutowanym w monstrum przypominające cyborga.

Tetsuo to w pełni autorski projekt Tsukamoto. Japończyk był reżyserem, scenarzystą, aktorem, montażystą, operatorem, producentem oraz autorem efektów specjalnych. Jego debiut pełnometrażowy – około siedemdziesięciominutowy, czarno-biały film, nakręcony w klimacie sennego koszmaru, uznawany jest za perłę cyberpunku, nurtu w kinematografii, który portretuje zależności między społeczeństwem i otaczającą je i deformującą technologią komputerową, a nierzadko wyraża lęk przed industrializacją i dehumanizacją życia codziennego. Dla przykładu tutaj głównym miejscem akcji jest szary, przemysłowy pejzaż, pełen betonu i metalu. Dla ludzi nie ma w nim zbyt wiele miejsca.

Obsesja na punkcie stali jest cały czas obecna w filmie Tsukamoto, który wizualizuje ją za pomocą życia osobistego bohatera, przeobrażającego się z biegiem akcji w metalowe monstrum. Tę obsesję widać nawet w najbardziej intymnych momentach jego życia. Obserwując spożywającą posiłek partnerkę, główny bohater słyszy dźwięk śrub i chrzęszczącego metalu, a w trakcie zbliżenia seksualnego dostrzega, że jego genitalia przypominają teraz metalowe wiertło.

Obsesja determinuje nie tylko życie bohaterów, przenika również inne warstwy filmu – chociażby muzykę autorstwa Chu Ishikawy, która pełna jest zgrzytów, kakofonicznych uderzeń i metalicznych odgłosów. Znakomicie komponuje się z charakterem filmu, podkreślając jego niepokoje i surrealistyczny klimat. Również same odgłosy z filmu są wyjątkowo podrasowane, aby brzmiały, chrzęszczały i uderzały jeszcze mocniej. To techniczne złomowisko widoczne jest również na gruncie chaotycznej narracji, pełnej jakby przypadkowych ujęć i szybkich cięć. Obrazy w filmie Tsukamoto łączą się ze sobą bez wyraźnej logiki, tworząc montażową zbitkę pojedynczych bytów. Film, niczym sam Tetsuo, mutuje z każdą minutą w coraz dziwniejsze formy i kształty.

Montaż w filmie Japończyka nie byłby aż tak wyrazisty, gdyby nie klimatyczne, chropowate, czarno-białe zdjęcia. Naznaczone momentami komiksową estetyką (pierwowzorem Tetsuo jest wszak bohater kultowego komiksu i filmu anime Akira autorstwa Katsuhiro Otomo) szczególnie podkreślają surrealistyczny koszmar bohatera. Każdy kadr to wysmakowana walka między człowieczeństwem (uosabianym przez ludzką tkankę) a pożerającym ją metalem. W końcu obydwa te światy zaczynają się ze sobą mieszać i zlewać.

Druga część historii, którą trudno nazwać sequelem sensu stricto (ponieważ jest raczej odmienną wariacją na ten sam temat), powstała trzy lata później, chociaż wczesne prace nad Tetsuo: The Body Hammer Tsukamoto prowadził już w roku powstania pierwszej części. Udało mu się zaprosić część ekipy do pracy po raz drugi, w czym z pewnością pomógł status znanego filmowca, wypracowany dzięki sukcesowi debiutanckiej historii. Tsukamoto po raz kolejny odpowiadał za najważniejsze aspekty produkcji swojego filmu, mimo że tym razem do pomocy miał bardziej doświadczonych filmowców. Wiązało się to poniekąd z tym, że w czasie kręcenia Body Hammera Japończykowi skończyły się pieniądze. Zmuszony szukać finansów gdzie indziej, zawarł umowę z Toshiba EMI, która – w zamian za wkład finansowy – dostała część praw do filmu, zapewniając mu tym samym profesjonalną promocję, o której Tsukamoto przy produkcji swojego debiutu nawet nie mógł marzyć.

Wydawać by się mogło, że nieporównywalnie większy budżet wpłynie tylko pozytywnie na kształt historii, tak się jednak nie stało. Japończyk, poddając się nieograniczonym możliwościom finansowym, tym razem postawił na efekciarstwo, nie na jakość.

W stosunku do pierwowzoru znacznemu rozbudowaniu została poddana fabuła. Tym razem bohaterem jest Taniguchi Tamoo, niepozorny salaryman. Zdawać by się mogło, że to zwyczajny obywatel, mąż i ojciec. Któregoś dnia tajemnicza organizacja uprowadza jego synka. Porywacze ostatecznie decydują się pozostawić dziecko i wszczepić w pierś mężczyzny tajemnicze urządzenie. Gdy Tamoo próbuje pokonać oprawców, niespodziewanie pod wpływem wściekłości w miejscu jego ręki wyrasta broń, z której zabija własnego syna. W końcu ta napędzana gniewem i metalem osobowość zaczyna dominować nad prawdziwym „ja” mężczyzny. Gdy zostaje porwany przez grupę prześladowców, poddających go makabrycznym eksperymentom, zaczyna coraz szybciej przemieniać się w maszynę.

The Body Hammer to – na pierwszy rzut oka – bardziej profesjonalnie nakręcona, bardziej rozbudowana i kolorowa wersja kultowego debiutu Tsukamoto. Szkoda tylko, że pod tą komiksową estetyką, pełną wybuchowych scen i nieco przejaskrawionych wątków, zatarł się tak naprawdę pierwotny sens historii. Wyobraźnia reżysera nadal może zachwycać, film ma wszak znakomite zdjęcia, ciekawe rozwiązania fabularne i świetny montaż. Kuleje jednak najważniejszy aspekt filmu: sama historia.

The Iron Man wydawać się może zdecydowanie dojrzalszym i bardziej przemyślanym tworem. Od ważkich rozważań społecznych Tsukamoto w drugiej części odchodzi tak naprawdę na rzecz stylowej rozpierduchy, w stylu filmów akcji. Nadal gdzieś w tle tkwią zalążki tej intrygującej oceny zmieniającego się świata. Tsukamoto za pomocą historii Tamoo zdaje się okazjonalnie mówić o technokratyzacji społeczeństwa i rosnącej potrzebie destrukcji i przemocy, wreszcie o samym kryzysie męskości. Wszak to właśnie w japońskiej kulturze postać ojca jest szczególnie istotna. Tutaj z kolei ta właśnie osoba przynosi śmierć. Wszystkie te wątki, jedynie delikatnie podjęte, tak naprawdę zostały przykryte przez efekciarstwo, sprowadzając film jedynie do samej formy. Starcia mechanicznych tworów wciąż mogą zachwycać pomysłowością, jednak z powodów wielu dłużyzn zwyczajnie nudzą.

Tsukamoto popisał się również świetnym pomysłem na kreację przeciwników Tamoo, którzy w swoim industrialnym, mechanicznym świecie poddają się niekończącym się treningom. Karykaturalni, z pewnością mocno przejaskrawieni i komiksowi, są mimo wszystko ciekawym motywem w filmie. Co więcej, Japończyk wciąż umiejętnie portretuje samotność i zagubienie człowieka w bezlitosnej metropolii z betonu, która zdaje się mieć daleko gdzieś swoich mieszkańców. Szkoda tylko, że to, co dobre, w drugiej części filmu jest jedynie zaznaczone.

Samą historię wypada więc traktować poniekąd jako zabawę formą i konwencją. Technokratyczna rzeczywistość i wątki, które absorbowały twórcę już na początku jego kariery, miały powracać również w jego późniejszej twórczości, jak chociażby w znacznie lepszym Tokyo Fist.

WYDANIE DVD

Panie z What Else Films?!, którym niniejszym dziękuję za egzemplarz recenzencki, zadbały o bardzo efektowne wydanie DVD. Filmy odnowione cyfrowo przez samego Tsukamoto mają oryginalny format obrazu. Co więcej, każdy z nich został uzupełniony o bardzo ciekawe dodatki. Część pierwsza o interesujący esej Tetsuo. Człowiek z żelaza – Poza granice autorstwa niedawno zmarłego Krzysztofa Gonerskiego, który ma na swoim koncie cenioną książkę Strach ma skośne oczy: Azjatyckie kino grozy. Do drugiej płyty dołączono z kolei wywiad z samym reżyserem. Wisienką na torcie jest bardzo eleganckie pudełko, z wyrazistą grafiką w środku jak i na obydwu płytach.

Marta Płaza

Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.