Drugsploitation, mon amour Vol. 2

W niedzielę uraczyliśmy Was pierwszą częścią wyliczanki o drugsploitation. Dziś powracamy z kolejną porcją narkotycznych doznań na celuloidzie. Startujemy w roku 1969 – od zmierzchu hipisowskiego Lata Miłości, skąd przejdziemy przez burzliwe lata 70., po dekadenckie ejtisy. W zestawieniu znalazło się miejsce na kino niezależne, dramat obyczajowy, artsploitation, horror, film animowany, a nawet… polski przyczynek do narkotykowego kina gatunków. Za różnorodność odpowiadać będzie Wasza stała kinomisyjna ekipa ćpunofilów oraz zaproszeni goście: Jakub Krysiak (Wieczorny Seans Filmowy) oraz Kuba Haczek i Simply z The Blog That Screamed.

Nie przedłużając: zapraszamy do lektury i życzymy samych pozytywnych odlotów, okazjonalnej zwiechy i przyjemnych flasbacków!

P.S. Powyższy kadr to fragment plakatu do filmu Acid – Delirium of the Senses, który poniższą wyliczankę otwiera.

Caligula von Kömuda


1969 – Acid – Delirium of the Senses (reż. Giuseppe Maria Scotese) – Caligula von Kömuda

„To wszystko wydarzyło się naprawdę”, jak głosi napis na samym początku filmu. Bo Giuseppe Scotese się nie patyczkuje i – obierając paradokumentalny styl – wytacza najpotężniejsze działa. LSD, nowy ulubiony narkotyk młodzieży, to zagłada współczesnego społeczeństwa. Na całość składa się kilka przeplatających się historii „ludzi upadłych”, w których poznajemy zgubne skutki używania psychodelików. Samobójstwa, paranoja, kontakty z przestępczym półświatkiem. Wreszcie: grzeszne prywatki. W jednej spośród tutaj przedstawionych, dziewczęta w mini tańczą nad świeczką, która stawiana jest – niczym poprzeczka – wciąż wyżej i wyżej. Orgia zmysłów, delirium, odszczepienie, groza, obłęd. Degrengolada ze wszech stron, bo każdy kto kiedykolwiek zarzucił „kwasa”, prędzej czy później marnie kończy. Jako narkoman, wyrzutek, kryminalista. Jest też wątek o mocnym zabarwieniu rasowym, gdy jedna z regularnie nadużywających LSD daje swemu czarnoskóremu chłopakowi rewolwer do dłoni i każe mu celować do portretu jej przodka – posiadacza setek niewolników. Tak wygląda prawdziwa Amerika – kraina wolności i… zepsucia. Od spełnienia marzeń jest tylko krok ku samozatraceniu – co do tego wątpliwości nie pozostawia pouczający ton narratora, który to całe upodlenie widział na swe własne oczy, by teraz móc nas przestrzec. Kończymy w ferii psychodelicznych dźwięków i barw, na imprezie, gdzie tańce i swawole, a do tego polewanie nagiej niewiasty bitą śmietaną. To jest właśnie Twój mózg na narkotykach i to Ty zdecydujesz czy tak właśnie chcesz skończyć… Scotese, który w latach 40. i 50. realizował głównie kino przygodowe, by w kolejnej dekadzie przerzucić się na dokumenty, proponuje tutaj fabularyzowany reportaż z wpływami mondo. Podlewa przy tym całość sowitą porcją dydaktyzmu, co dodatkowo uwypukla eksploatacyjny charakter przedsięwzięcia. Z perspektywy czasu ciężko bowiem traktować Acid inaczej niż jako przeterminowaną agitkę, choć jednocześnie to wyjątkowo ładny dokument epoki. A przynajmniej tego, jak epokę Dzieci Kwiatów wyobrażać sobie musieli twórcy z Półwyspu Apenińskiego. Odarta z koherentnej fabuły na rzecz szeregu epizodów, ta halucyno-fantazja śmiało penetruje koloryt czasów. Niby „ku przestrodze”, a tak naprawdę z wyraźnymi ciągotami w stronę psychodelicznych odlotów.


1969 – Easy Rider (reż. Dennis Hopper) – Simply

,,Kino w ogóle nie pokazuje ludzi, jakimi naprawdę są. Psia krew! W całym kraju, na każdej imprezie pali się zielsko i zarzuca LSD, a na ekranach wciąż tylko Doris Day i Rock Hudson!” – ubolewał pod koniec lat 60. Dennis Hopper. Kultura psychodeliczna, jako integralny element kontrkultury i kontestacji lat 60. sama w sobie stawała się manifestem. W podzielonej ideowo Ameryce ,,dekady pod wpływem”, deklarowała określoną postawę: polityczną, kulturową i moralną. Przynajmniej do czasu, aż padła ofiarą własnej entropii i wszystkie wartości rozpuściły się po prostu w kwasie. Easy Rider, wyprodukowany przez niezależne studio BBS Productions (AIP wolało nie ryzykować) był pierwszym, szeroko dystrybuowanym filmem, który odsłonił psychodeliczne oblicze Ameryki dla mainstreamu, odnosząc niewyobrażalny sukces kasowy. Rękojmią wiarygodności Easy Ridera było to, że wszyscy autorzy (bo to ideał dzieła zbiorowego), jak Hopper, Fonda, Southern, Nicholson, czy producent Schneider, jako insiderzy od lat wciągnięci w ganję i kwas, dokładnie wiedzieli, o czym robią film. Który w sporej części powstawał tak, jak płyty 13th Floor Elevators – pod wpływem. Substancje psychoaktywne jako stałe rekwizytorium są tu prawdziwe (gdyby nie, Hopper by zabił!). Zaczyna się od paru woreczków czyściutkiego koksu, zakupionego od Meksykanów, który chłopaki dilują z mocną przebitką dzianemu sygneciarzowi (Phil Spector). Za utarg fasują choppery i wyruszają  z LA do Nowego Orleanu, przez offroadową Amerykę Steinbecka, Guthrie’ego i Forda. W przeciwnym kierunku do szlaku pionierów, ku wschodzącemu słońcu! Nie wytwarzają kapitału, nie szukają swego miejsca pod dom. Pas Biblijny im tego nie wybaczy. Uderzające, jak bardzo ,,czysty” jest to film. Ujęcia swobodnej jazdy nie są dopalane psychodelicznymi efektami, samą aurą i potęgą krajobrazu można się naćpać, zwłaszcza pod lizergowe country grupy The ByrdsA jeszcze bardziej, gdy Laszlo Kovacs w jednej panoramie chwyta zrównanie dnia z nocą, w Monument Valley w Arizonie. Ganję pali się oczywiście non stop, ale na postojach. Do historii przeszła scena ujarania alkoholika i cannabisowego debiutanta, kiedy Jack Nicholson za każdym dublem (a było ich sporo) kurzył kolejne jointy, a Dennis reżyserował go robiąc małpie miny i wygibasy. Pełnowymiarową, Cormanowską jazdę po LSD dostajemy blisko finału, gdy bohaterowie zarzucają kwas z sympatycznymi kurwami na zabytkowym cmentarzu, podczas święta Mardi Gras. Gdy film miał premierę w TVP w połowie lat 80, całą tę scenę wycięto. Polską odpowiedź na Easy Ridera napisał w latach 70. Janusz Głowacki dla Marka Piwowskiego: Himilsbach z Maklakiewiczem jadą na rowerach z Zakopanego do Gdańska. Jak wspominał, skrypt nie przeszedł kolaudacji, bo cenzorom nie spodobało się, że już na początku ktoś kradnie im te rowery. Przyczepili się też do finału, kiedy bohaterowie docierają do celu i zaczynają tańczyć na plaży z radości, że mamy dostęp do morza.


1969 – The Big Cube (reż. Tito Davison) – Caligula von Kömuda

Lana Turner gra słynną aktorkę teatralną Adrianę Roman, która wraz z zamążpójściem podejmuje decyzję o przejściu na emeryturę. Jej wybranek Charles Winthrop (Daniel O’Herlihy) jest wpływowym potentatem z wkraczającą w dorosłość córką. Lisa (Karin Mossberg) naturalnie nie znosi swojej macochy, co popycha ukochaną córeczkę tatusia w kierunku szemranego towarzystwa. Nowy chłopak Lisy, Johnny (George Chakiris) to wyrachowany podrywacz i manipulator łasy na fortunę jej ojca. Młody Casanova został niedawno wydalony ze studiów medycznych za nielegalną produkcję i sprzedaż LSD. Kiedy w tragicznym wypadku na jachcie ginie ojciec Lisy, Johnny obmyśla plan pozbycia się Adriany i przejęcia rodzinnego majątku… Obraz Tito Davisona ubiera neo-noirową intrygę kryminalną w fatałaszki kontrkulturowych bachanaliów. Scenariusz silnie polega na wojnie pokoleń, kreśląc jednocześnie pesymistyczną wizję: młodzi są zepsuci, chciwi, za nic mają sobie jakiekolwiek autorytety, a co najgorsze – są pozbawieni sumienia i zasad wszelakich. Dorośli tymczasem żyją w świecie oderwanym od rzeczywistości, nieświadomi tego, co czai się za progiem: napędzana narkotykami rewolucja. W pakiecie otrzymujemy odrobinę swingującej frywolności i barwne wizualia, które ucieszą oko entuzjastów szyku doby pop-artu na dragach. Pomimo jednoznacznie eksploatacyjnej formuły The Big Cube wybija się ponadto za sprawą wysokich walorów produkcyjnych (zdjęcia, montaż) i dobrego w większości przypadków aktorstwa (Turner, O’Herlihy, Richard Egan). Szkoda jedynie, że w ostatnim akcie rzecz traci impet, wyrzuca do kosza budowane wcześniej napięcie i skręca w stronę taniego moralizatorstwa doprawionego psychoterapeutyczną sesją dla ubogich. Jako podkręcony psychodelicznymi wtrętami portret agresywnego, opartego z jednej strony na buncie, a z drugiej na arogancji pokolenia, rzecz sprawdza się jednak bez zarzutu, stanowiąc sugestywny suplement do Lata Miłości dosłownie na moment przed tym, jak rodzinka Mansona rozpętała swoją rzeź, a Stonesi pogrzebali hipisowskie ideały w błocie i krwi na torze wyścigowym w Altamont.


1970 – Awakening of the Beast (reż. José Mojica Marins) – Kuba Haczek

W Awakening of the Beast José Mojica Marins w unikalny sposób połączył quasi-dokumentalne wstawki o charakterze edukacyjnego filmu o szkodliwości LSD z wizjami narkotykowych odlotów. Film podzielony jest na dwie części: pierwsza jest zbiorem krótkich nowelek ukazujących dewiacje, jakich dopuszczają się ludzie po zażyciu narkotyków. Mamy więc oddawanie moczu do nocnika przez młodą kobietę na oczach rozochoconych starców (w tle wybrzmiewa antywojenny protest song), sceny z amatorami damskiej bielizny i Mojżeszem gwałcącym niewiastę kijem (!),  producenta żarłoka, który po kwasie dostaje chcicy na młode aktorki, czy kobietę czerpiącą przyjemność z czochrania czupryny kuca podczas podglądania scen seksu. Z owego perwersyjnego panoptikum szanowany doktor Sergio wybiera kilkoro do eksperymentu: wyświetla im film z udziałem Józka Trumienki, by po seansie zaaplikować ochotnikom LSD. I tutaj rozpoczyna się druga, „kwaśna” część filmu, wyraźnie inspirowana artaudiańskim tańcem zdeformowanych w przerażających pozach ciał. Marins za pomocą skojarzeniowego montażu ukazuje nam psychodeliczne wizje w pełnym kolorze. W korowodzie kolejnych, coraz bardziej przyhajcowanych kadrów dominuje ukazanie poniżenia, otępienia, a w końcu i potępienia. Każda z postaci cierpi piekielne męki, które ukazują im zgubny wpływ narkotyku na pobudzony wcześniej umysł. Gdy w finale okazuje się, iż podano im placebo, zaś wizje pochodziły z ich wyobraźni, przypalonej jedynie seansem horroru z udziałem Marinsa, Awakening of the Beast zyskuje nagle nowy wymiar, zaś reżyser burzy czwartą ścianę, znakomicie podkreślając oryginalność dzieła. Tworząc film, Marins był pod wrażeniem sceny, jaką zobaczył na jednej z brazylijskich ulic, gdzie uzbrojony policjant pobił do nieprzytomności ciężarną prostytutkę, będącą pod wpływem narkotyków. Gdy dołączymy do tego anarchistyczno – hipisowskie cytaty na jakich opiera się film (momentami dość bełkotliwe), nie dziwi iż został zbanowany w Brazylii, w Ameryce zaś został wydany dopiero w 1993 roku przez Something Weird Video. Drugsploit unurzany w horrorowym sosie z soczystym dodatkiem perwersji? Takie delicje tylko od najlepszego dilera.


1970 – Microscopic Liquid Subway to Oblivion (reż. John W. Shadow) – Caligula von Kömuda

W związku z coraz poważniejszym problemem narkomanii wśród studentów college’u, profesor dr. John (Alex Rebar, który siedem lat później wcieli się w Niewiarygodnie topniejącego człowieka) postanawia wziąć sprawy we własne ręce. Zaprasza na weekendowy wypoczynek w domku letniskowym ucznia, którego podejrzewa o silne uzależnienie od heroiny. Jego plan jest prosty: przeprowadzić przymusowy odwyk. W trakcie pobytu sprawy szybko wezmą jednak nieoczekiwany obrót, gdy pod wpływem krnąbrnego studenta w zabójczym narkotyku rozsmakuje się młoda małżonka profesora… Awangardowe drugsploitation, które śmiało porzuca kwasowe odloty lat 60. na rzecz browna. Wprawdzie w warstwie wizualnej wciąż mamy do czynienia z psychodelą, a na soundtracku dalej pobrzmiewają cokolwiek hipisowskie klimaty, jednak nastrój skręca w kierunku dekadenckiego brudu, który z czasem przeradza się w kakofoniczny obłęd. Nasz profesorek to megaloman i tyran, który nie tyle działa w dobrej wierze, co próbuje bawić się w Boga, a jego dający w kanał podopieczny to dlań jedynie królik doświadczalny. Młody buntownik – nim sam przywiąże się do łóżka, by wypocić z siebie opioidowe gówno – zawróci w głowie znudzonej pani profesorowej o bajecznej urodzie Ewy Aulin. Aulin, w tamtym czasie w życiu prywatnym żona reżysera, stanowi zresztą najjaśniejszy punkt programu. Pal licho, że – podobnie jak reszta aktorów – nie potrafi grać, przynajmniej wygląda przepięknie. Stojący za kamerą John W. Shadow to z kolei muzyk, któremu zamarzyła się kariera filmowca (sam napisał utwory znajdujące się na ścieżce dźwiękowej), co poniekąd tłumaczyć może zarówno pokraczny styl jego dzieła, jak i dość realistyczne, jak na tamte czasy, podejście do zagadnienia heroinizmu. Pan Shadow nie miał niestety wielkiego szczęścia – w dwa lata później jego związek ze szwedzką boginią rozpadł się, a jego jedyny film błyskawicznie popadł w zapomnienie. Dziś stanowi rarytas dla wytrwałych badaczy eurotrashu: na tyle „unikatowy”, że jedyna dostępna kopia to VHS-owy bootleg z wtopionymi w mglisty obraz napisami w języku greckim. Brzmi wystarczająco obskurnie? Ba! Najlepsze co może Wam się przytrafić zaraz po najbardziej obsranym kiblu w Szkocji! Potraktujcie to jako rekomendację.


1972 – Blood Freak (reż. Brad F. Grinter) – Marcin Zembrzuski

Swego czasu reklamowany na amerykańskim rynku VHS hasłem „A Dracula on drugs”, Blood Freak to cudownie idiotyczny quasi-horror o sympatycznym weteranie wojennym imieniem Herschell (w tej roli współreżyserujący film Hawkes), który wróciwszy z Wietnamu przemierza ojczyznę na swoim motocyklu bez konkretnego celu. W ten sposób w końcu ląduje na pewnej post-hipisowskiej imprezie. Jest wprawdzie moralnym twardzielem, który odmawia zarówno spalenia jointa, jak i przygodnego seksu, jednak gospodynie imprezy proponują mu, aby z nimi na jakiś czas zamieszkał, a to oznacza kłopoty! I tak oto już wkrótce bohater daje się przekonać do skosztowania lokalnej ganji, od której natychmiast się uzależnia, co wywołuje u niego napady agresji. W międzyczasie podejmuje też pracę na okolicznej fermie indyków, które faszerowane są różnymi chemikaliami przez naukowców. Na nasze szczęście, Herschell daje się namówić do eksperymentu polegającego na tym, że spożyje solidną porcję wiadomego mięsa. Po posiłku dostaje ataku, po którym transformuje w dzikiego mordercę o gigantycznej indyczej głowie i uzależnionego od spożywania krwi młodych (i atrakcyjnych) palaczek marihuany… Blood Freak często znaleźć można na listach najgorszych filmów w historii i całkiem słusznie. Podobnie do obrazów Eda Wooda (a w przeciwieństwie do największych śmiecio-klasyków Teda V. Mikelsa), jego porażająca na każdym kroku nieudolność potrafi przynieść niemało frajdy. Zwłaszcza, że, jak powyższy opis wskazuje, kuriozalności tutaj zdecydowanie nie brakuje. Kiepskie aktorstwo, kretyńskie dialogi, niedorzeczna fabuła, niechlujny montaż, amatorski dźwięk (w kółko odtwarzany ten sam krzyk robi wrażenie) i tyleż śmiałe, co tandetne efekty gore (posoka lejąca się strumieniami w pięknie frenetycznych scenach mordów) przynoszą wzorcowe Złe Kino. Osoby liczące na nawał scen akcji ostrzegam jednak, że film rozkręca się powoli – przemiana bohatera następuje gdzieś w połowie – ale po drodze można śmiało delektować się kawałem naiwnie moralizatorskiego drugsploitation za pięć dolców. Inna sprawa, że kiedy już film zamienia się w opowieść o morderczym pół-człowieku, pół-indyku, to zbliża się do rejonów proto-slashera. Prezentuje wszakże zwyrola w masce, który czai się w ciemnościach na grzeszne piękności, aby je ukarać podrzynając im gardła. Innymi słowy, rzecz godna polecenia tak koneserom ekscentrycznej tanizny klasy najniższej, jak i osobom zainteresowanym historią kina (podłych) gatunków.


1970- Pick-up (reż. Bernard Hirschenson) – Caligula von Kömuda

Carol (Jill Senter) i Maureen (Gini Eastwood) łapią stopa gdzieś na odludziu na Florydzie. Zabiera je podróżujący przerobionym na kampera busem Chuck (Alan Long). Chłopak ma dostarczyć wóz do jego właściciela, jednak trójka podróżnych decyduje się na mały piknik, w efekcie czego zbaczają z drogi i zostają unieruchomieni na bagnach… Jedyna fabuła w dorobku Bernarda Hirschensona (facet pracował też jako operator przy kilku filmach dokumentalnych) to „spóźnione” hippiesploitation (zdjęcia miały miejsce w 1972 roku, na ekrany film trafił trzy lata później) z nieoczekiwanie artystycznym zacięciem. Od momentu przybycia postaci na bagna mamy bowiem do czynienia z mieszanką erotyki i scen wizyjnych – czasem niemal przeestetyzowanych (seks na huśtawce zawieszonej pośrodku lasu), kiedy indziej zaś z pogranicza horroru (zaskakująca i wbijająca w fotel scena z klaunem na polanie). Wróżąca z tarota, introwertyczna hipiska zwiastuje nadciągającą tragedię, a przedłużający się pobyt na prowincji przybiera formę upiornego bad tripu (co ciekawe, używanie psychodelików jest tu jedynie sugerowane – oficjalnie beztroskie dzieciaki palą jedynie trawkę). Nad całością unosi się fatum, które w końcu przynosi eksplozję bezsensownej przemocy. W tle zaś ledwie naszkicowany portret pokolenia, które miało dosyć drobnomieszczańskiej moralności „dorosłych” – to za sprawą retrospekcji przedstawiających urywki z wcześniejszego życia postaci (wykorzystywana seksualnie przez księdza dziewczyna zwróci się później ku okultyzmowi i pogańskim bóstwom). Newage’owe ćpuństwo konkretne, chwalone jednak (słusznie!) przez nielicznych krytyków, którzy mieli przyjemność z nim obcować jako przykład pozycji, która śmiało wychodzi poza ramy taniej eksploatacji. Pojawiające się tu i ówdzie porównania z Easy Rider czy Zabriskie Point (1970) wydają się być wprawdzie trochę na wyrost, niemniej deliryczny, kwasowy puls Pick-up zostaje z widzem na długo po seansie.


1977 – Blue Sunshine (reż. Jeff Lieberman) – Marta Płaza

Uważajcie drogie dzieci z narkotykami, bo po latach możecie stać się mordercami! Film Liebermana ma zaiste absurdalny punkt wyjściowy. Oto grupa beztroskich hipisów, która w czasach studenckich ostro eksperymentowała z dragami, po latach zaczyna odczuwać makabryczne efekty swoich doświadczeń – najpierw zaczynają tracić włosy, a następnie mordować wszystkich dookoła. Jeff Zipkin, jako jedyny ocalały przy zdrowych zmysłach, próbuje dociec o co w tym wszystkim chodzi. W końcu trafia na trop dilera, który przed dziesięcioma laty handlował nową, tajemniczą odmianą LSD o nazwie „blue sunshine”. Film Liebermana, wywodzący się z cronenbergowskich cielesnych fiksacji i  swoista zapowiedź carpenterowskiego Oni żyją (1988), szybko pogrąża się w paranoi. Znakomitą muzyką, stale podtrzymywanym napięciem i sprawnie stopniowaną makabrą (nie za dużo, nie za mało – krew leje się stosunkowo rzadko) prowadzi nas prosto w otchłań psychodelicznego szaleństwa. Bladoniebieski księżyc przecinający ekran na początku filmu jest niczym ten omen zwiastujący zbliżający się rzeź. Pomysł wyjściowy był ryzykowny. Nietrudno było popaść w niezamierzoną parodię, ironicznie wyśmiewając jego założenia. Na szczęście opary absurdu nie przysłoniły tego, co w historii jest najlepsze – jej horrorowego potencjału, jak i dramatycznego zacięcia. Po wyjątkowo intensywnym, niemal slasherowym początku (wprawka przed nakręconym kilka lat później Tuż przed świtem [1981]?) przychodzi nieco rozwleczony środek. Zipkin w pojedynkę, niezrozumiany przez innych, próbuje rozwiązać zagadkę nietypowego zachowania dawnych miłośników narkotycznych podróży.  Na szczęście makabra stale czai się za rogiem, najczęściej uśpiona, ale potrafiąca dać o sobie znać, szczególnie w najmniej spodziewanych momentach, wtedy gdy akcja zbyt mocno się wycisza. Może i twórcy zrezygnowali z efekciarskich scen tripowania, ale czasami to właśnie rzeczywistość „po” bywa szczególnie odjechana.


1980 – Toxic Zombies (reż. Charles McCrann) – Oskar Dziki

Niskobudżetowe filmy to często efekt napędzanej szczerą miłością determinacji do stworzenia swojego kawałka celuloidowego świata. Zależność tę poznał aż nadto Charles McCrann, prawdziwa jednoosobowa orkiestra! Facet bowiem przy większości swoich produkcji odpowiedzialny był za montaż, kamerę, reżyserkę, scenariusz, a nierzadko również wskakiwał w buty aktora. Właśnie takim owocem, a lepiej powiedzieć kwiatem miłości do kina jest jego Toxic Zombies, undergroundowy horror nakręcony z myślą o kinie samochodowym. Czy sam McCrann jest zapalonym entuzjastą ziółka? Tego nie wiem, niemniej już w pierwszych minutach na koczujących w lesie hipisów rzuca on federalnych agentów o aparycji typowych rednecków z przydrożnego baru w Ketnucky. Starcie kończy się masakrą, a lokalne władze postanawiają rozpylić nad polem maryśki eksperymentalny detergent. Reszty historii domyślić się możemy z samego tytułu. Toxic Zombies to nie lada gratka dla wszystkich wielbicieli kina spod znaku Herschella Gordona Lewisa i wielu mu podobnym, zapomnianych już twórców niskobudżetowych horrorów. To przede wszystkim nieskrępowana, sympatyczna i dość umowna rzeź, która nie ma absolutnie innych ambicji, by być tylko tanim eskapizmem. A to wszystko w przyjemnych dla oka leśnych plenerach, które twórca w pełni wykorzystał. Znajdziemy tutaj nawet dynamiczne ujęcie z punktu widzenia pierwszej osoby, którego nie powstydziłby się Sam Raimi!


1983 – Toxic Love (reż. Claudio Caligari) –Caligula von Kömuda

… czyli wszystko, co chcielibyście wiedzieć o narkotykach, ale baliście się zapytać. Film Caligariego to portret grupy rzymskich ćpunów, w którym wyraźnie pobrzmiewają posępne echa włoskiego neorealizmu. Surowy, brutalny, nieuładzony. Reżyser skompletował obsadę w całości z naturszczyków, narkomanów w prawdziwym życiu (główny aktor, Cesare Ferretti, zmarł na AIDS sześć lat po premierze, większość pozostałych odtwórców również skończyła marnie, czy to z powodu chorób czy przedawkowania). Ultra-realistyczne sceny przygotowywania „smacka”, celebracji wspólnego zażywania, wkłuwania się w zaropiałe żyły – Toxic Love może zahaczać o eksploatację, ale to przede wszystkim chropawa, obskurna pocztówka z piekła. Napisany ze wsparciem Guido Blumira, socjologa który przez lata zajmował się tematyką narkomanii, scenariusz nie demonizuje swych bohaterów, w rzeczowy sposób skupiając się na ich codziennej aktywności: wieczna pogoń za działką, drobne kradzieże, prostytucja, wreszcie – próby zerwania z nałogiem. W centrum mamy parę zakochanych, którzy bezskutecznie próbują odbić się od dna, który to wątek wnosi do całości niezbędny „czynnik ludzki”. Beznamiętna zrazu maniera filmu zostaje przełamana finałowymi partiami, w których zawarta została esencja dragów: całe piękno i koszmar uzależnienia jako nieustającej ucieczki i zarazem pogoni za tym „pierwszym strzałem”, za ulotnym uczuciem spełnienia i pogodzenia z szarym, brudnym światem. Caligari uchwycił to bezbłędnie za pomocą zaledwie kilku minut materiału, łącząc turpistyczny naturalizm z chwytającymi za serce retrospekcjami: zero wizualnych odlotów, tylko cielesność, coraz bardziej wątła, podobnie jak psychika. Hedonistyczna celebracja życia przeradzająca się w obrządek śmierci – agonia w konwulsjach pod pomnikiem ku pamięci Piera Paolo Pasoliniego w Ostii nabiera tu wyrazu symbolicznego. Zderzając w prosty sposób niewinność pierwotnego zauroczenia hajem z tragizmem rynsztoka chwil ostatnich reżyser osiąga piorunujący efekt. Bo choć od początku przeczuwamy, że w tej historii nie będzie miejsca na happy end, to zakończenie wciąż strzela prosto między oczy. Mistrzostwo w swoim gatunku, które daleko w tyle zostawia pretensjonalną emo-stylistykę Requiem dla snu (2000) czy reportażowy styl My, dzieci z dworca Zoo (1981). Must-see!


1984 – Czas dojrzewania (reż. Mieczysław Waśkowski) – Wongo

Banda motocyklistów urządza najazd na uprawę maku. Pod osłoną nocy rozpoczynają opiumowe żniwa zakłócone przez wściekłego właściciela pola z siekierą i owczarkiem niemieckim. Intruzi dzierżą w dłoniach brzytwy, którymi ścinali makówki, połyskujące w ciemności kaski budują klimat rodem ze Strip Nude for Your Killer (1975), w tle pulsuje elektroniczna muza Józefa Skrzeka, jakiej nie odrzuciłby żaden makaroniarski producent, a giallo factor rozsadza ekran! Scena otwierająca Czas dojrzewania zwala z nóg i kosi równo, przypominając jednocześnie, że w latach 80. mieliśmy kino prawie jak we Włoszech. Pies zostaje poszlachtowany z rzeźnicką biegłością, a gospodarz rejteruje w popłochu. Kultowego waloru dodają personalia wcielającego się weń aktora, bowiem to Franciszek Trzeciak – srogi eksploatatorski umysł skryty za swojskim wąsem, autor promowanego seksem i przemocą Na całość (1986). Widza nastawionego na kolejną perłę milicjottesco lub unikatowe agro-giallo czeka zaskoczenie: po tym fenomenalnym prologu opowieść przeskoczy na tor kompotowego moralitetu. Poznajemy zatrudnionego w gdańskiej stoczni Romka oraz jego dawną sympatię, 17-letnią Małgosię – aktualnie na gigancie, po ucieczce ze skradzioną rodzicom forsą. Dziewczyna ląduje w obskurnej mecie, gdzie pod wymalowanym na ścianie hasłem „No Future” dają po kablach wyniszczone ćpuny w ostatnim stadium nałogu… Główną rolę żeńską odtwarza młodziutka Maria Probosz, seks-symbol schyłkowego PRL-u. Jej nazwisko gwarantowało „momenty”, więc porcja śmiałej golizny nie stanowi niespodzianki. Zdumiewać może za to pierwsza w polskim kinie próba artystycznej wizualizacji narkotykowego odlotu. Transowy ciąg obrazów płynących na łagodnym syntezatorowym podkładzie, zniekształcone filtrami i kalejdoskopowymi deformacjami kadry, odrealnione ujęcia kwitnących łanów maku. Na tle sierioznych umoralniaczy – takich jak Alabama (1984) czy …Jestem przeciw (1985) – film Waśkowskiego wyróżnia się odjechanymi fragmentami i często nieintencjonalnym czynnikiem rozrywkowym, wynikłym z niezgrabnej realizacji przyjętych założeń. Jak na twardogłowego partyjniaka przystało, towarzysz Mieczysław (wieloletni sekretarz POP PZPR przy PRF „Zespoły Filmowe”) łączy krucjatę antynarkotykową z profilaktyką antykapitalistyczną – dowalając reprezentantom tzw. prywatnej inicjatywy. Znamienne, że ojciec Gośki okazuje się być dorobkiewiczem-badylarzem, właścicielem pokrytego makiem areału (to jego widzimy na początku). Zamiast czuwać nad wychowaniem latorośli wolał poświęcać czas mamonie; własnoręcznie zasiał „kwiaty zła”, które zrodziły nieszczęście. W opozycji zostaje ukazany zdrowy aktyw robotniczo-chłopski: na poszukiwanie zaginionej wyrusza Romek wraz z kumplami z pracowniczego hotelu. Czy jednak zdążą ocalić dziewczynę przed „złotym strzałem”? Dzieło wieńczy symboliczny akt proletariackiej sprawiedliwości, wymierzonej w iście pulpowy sposób. Jeden ze stoczniowców przywdziewa strój motocyklisty i pędzi niczym mściciel z Prywatnego śledztwa (1986), aby podłożyć ogień pod przeklętą plantację.


1990 – Tajemnica zaginionej skarbonki (reż. Milton Gray, Marsh Lamore, Bob Shellhorn, Mike Svayko) – Jakub Krysiak

Bohaterowie wszystkich bajek, łączcie się! Michał, brat Kasi kradnie z jej pokoju skarbonkę by zdobyć pieniądze na kolejną porcję narkotyków. Kreskówkowi bohaterowie m.in. Alf, Garfield, Kubuś Puchatek, Michelangelo czy Królik Bugs łączą siły by wyciągnąć nastolatka ze szponów nałogu. Tajemnica zaginionej skarbonki to chyba największy kreskówkowy crossover w historii, bajkowo-antynarkotykowy ekwiwalent Avengers: Wojna bez granic (2018). Ta krótkometrażówka wypełniona jest kultowymi postaciami, humorem, pokręconymi scenami i dużą ilością moralizatorskiej gadki, która w takiej produkcji jest pożądana i na miejscu. Stylistycznie bajka jest utrzymana w podobnym tonie co substancje o których traktuje. Mamy więc przeniesienie się w czasie z Bugsem, podróż do własnej wyobraźni, przejście przez lustro z Alfem, Tygryska rzucającego tonącemu bohaterowi ponton-krwinkę czy symboliczny zjazd wagonikiem z Kermitem i Piggy. Do tego dochodzą dialogi pokroju: „Ale koka to mocny towar” czy „Używasz-przegrywasz”, które tworzą dziwnie psychodelicznie-kreskówkowo-niepokojąco-komiczny efekt. Ta animacja kontynuuje tradycję propagandowo-edukacyjnych filmów z lat 30. – wystarczyłoby wstawić Betty Boop, Myszkę Miki oraz Popeye’a by obraz mógł powstać i 50 lat wcześniej. W 1998 roku wszystkie polskie stacje telewizyjne wyświetliły ten obraz równocześnie by uchronić naszą dziatwę przed zgubnym działaniem maryśki, amfy i koki.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.