Death Weekend (1976). Ostatnia podróż

Share

Diana (Brenda Vaccaro) wraz ze swoim partnerem, bogatym dentystą Harry’m (Chuck Shamata), przemierza właśnie kanadyjskie drogi w ekskluzywnej Corvettcie. Celem jest spędzenie upojnego weekendu w należącej do Harry’ego chacie znajdującej się gdzieś na odległej prowincji. Podróż uprzykrza im grupa drobnomieszczańskich mężczyzn, którzy po przegranym wyścigu przez lesiste drogi szykują swoistą zemstę na goszczącej ich strony parze mieszczuchów.

Scenariusz do Death Weekend napisało życie. Co więcej, życie samego reżysera Williama Frueta, który machnął tekst jeszcze przed swoim debiutem pt. Wedding in White (1972). Co prawda, przygoda autora skończyła się happy endem, jednak miał on gotowy skrypt na film, który albo pozwoli mu wyjść z finansowego dołku, albo przekreśli jego karierę filmową. Ryzykując oskarżeniem o bycie plagiatorem wydanych pięć lat wcześniej Nędznych psów (1971) Sama Peckinpaha, Fruet postawił wszystko na jedną kartę. Tak oto przy pomocy wytwórni Cinplex powstało niesławne dzieło.

Co ciekawe, na składający się z 500 000$ budżet filmu aż połowę rzuciło CFDC (Canadian Film Development Corporation). Jest to drugi, po Dreszczach (1975) Davida Cronenberga, przypadek kiedy przy produkcji kina klasy B użyto rządowych funduszy. Dziwi to jeszcze bardziej, gdy mowa tutaj o rasowym kinie rape’n’revenge. Tak jak jego amerykański kolega po fachu Meir Zarchi i jego I Spit on Your Grave, Fruet namieszał w kociołku kanadyjskich krytyków filmowych stając się nadzieją horroru drugiej kategorii. Patrząc z perspektywy czasu przyjął sobie tę opinię do serca i cementował ją takimi obrazami, jak dość sprawny survival Trapped (1982) czy serialowy Piątek trzynastego (1987-1990).

Death Weekend można śmiało umieścić gdzieś na wyższych półkach filmowej eksploatacji. Choćby przez sposób, w jakim ukazywane są nam znamiona gatunku rape&revenge, a ekspozycja tychże jest bardzo łagodna. Nie uświadczymy tutaj tak obrazoburczych, przedstawionych w wyjątkowo naturalistyczny sposób, scen gwałtu jak choćby w wspominanym I Spit on Your Grave czy pomysłowych scen zgonu jak w Ostatnim domu po lewej (1972) ś.p. Wesa Cravena. Jednak mimo oczywistych podobieństw do tych klasyków, film Frueta wyróżnia się mocno brudnym, wręcz depresyjnym, jesiennym klimatem. Wszystko tutaj, nawet wnętrza posiadłości bogatego stomatologa, spowijają mrok i jego różne odcienie. Nie pomaga nawet fakt, że większość akcji dzieje się w dzień, za oknem wszakże panuje szarobura jesień.

Estetyka jest spójna do opowiadanej historii i wszystkich składających się na nią komponentów. Próżno tutaj szukać kontrastu, który serwował nam Craven w postaci dokumentalnie wręcz nagranych scen gwałtu i mordu oraz komicznego wątku lekko przygłupich policjantów. Jeśli już przy postaci Wesa jesteśmy, Death Weekend bliżej raczej do jego Wzgórza mają oczy (1977). Główna bohaterka po dokonanym na niej gwałcie zmienia się bezlitosny, chodzący pluton egzekucyjny, wymierzający sprawiedliwość swoim oprawcom. Brenda Vasscaro, filmowa Diane, grała jednocześnie w telewizyjnym serialu Sara (1976), który stał w opozycji do brutalnego exploitu, który mogło zniszczyć jej dalszą karierę na srebrnym ekranie.

William Fruet stworzył obraz, który odpowiednio oddaje problematykę nakręcającej się spirali przemocy. Z pozoru niewinne zaczepki na szosie z biegiem czasu stają się morderczą grą o przeżycie, w której żadna strona ostatecznie nie stoi na z góry przegranej bądź wygranej pozycji. Choć nawet jak na czasy powstania filmu historia nie powalała świeżością, nie ustrzegła się gatunkowej sztampy, to czuć tutaj autorską rękę twórcy. Czy jest to dobra pozycja, by wgryźć się w nurt rape&revenge? Tak, jeśli nie jesteś gotowy na seanse, w których krew i sperma leją się po sponiewieranych, nagich ciałach kobiet. Jeśli jednak szukasz czegoś łagodniejszego lub widziałeś większość klasyków R&R, to śmiało sięgnij po Death Weekend, solidną produkcję klasy B.

Oskar Dziki
Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.