Czy ten pan to pani, czyli wokół filmu Glen czy Glenda (1953)

Marlena Dietriech, posągowa piękność, „której męskość podobała się kobietom, a urok erotyczny – mężczyznom”; Harold Lloyd udający sportsmenkę w Spit-Ball Sadie (1915); Charlie Chaplin występujący jako mężczyzna i kobieta w swoich filmach Charlie kokietuje (1914) i Panna Charlie (1915); a nawet Katherine Hepburn, w jednej ze swoich pierwszych ról (Sylvia Scarlett – 1934), przebierająca się za chłopca… Mogłoby się wydawać, że nienormatywna społeczność miała nieco ułatwione zadanie, skoro już gwiazdy kina niemego przecierały szlaki na drodze do zrozumienia świata queer. Nic bardziej mylnego.

Parafrazując spostrzeżenia Andrew Grossman z eseju Transvestism in Film trzeba odnotować, iż pierwsze próby przedstawienia wątków drag były zazwyczaj dozwolone tylko w komediach slapstickowych, w których seksualność bohatera zostawała zupełnie pominięta. Pojawienie się postaci trans na ekranie ograniczano do żartów, niegroźnych złośliwość i zapewnień, że ludzie mogą zmieniać ubrania, ale nie ich tożsamości seksualne. Na początku XX wieku queerowy świat sprzedawano więc jako farsę, gdzie źródłem komizmu była rozbieżność między biologią aktora a jego ekranowym wcieleniem. Można było mówić wręcz o próbie bagatelizowaniu transwestytyzmu za pomocą prześmiewczego wydźwięku pierwszych filmów. Ich fabuła opierała się najczęściej na intrydze, która zmuszała heteroseksualnego bohatera do tymczasowych przebieranek tylko po to, aby zostać szczęśliwie zdemaskowanym w finale opowieści. Transwestytyzm musiał być więc przedstawiany obojętnie lub żartem, aby był akceptowalny.

Lata mijały, kino otwierało się na nowe aspekty życia, ale wciąż nie na życie osób trans. Spisany w latach 30. Kodeks Haysa skutecznie utrudniał życie filmowcom, zmuszając do zepchnięcia wątków erotycznych i odnoszących się do ludzkiej seksualności między wiersze. Na cenzurowanym były również wątki homoseksualne. Uznawano jedyny słuszny obraz ludzkiej seksualności i klasyczny podział płci. Obostrzenia te miały zdominować kształt kinematografii niemal do końca lat 50., podporządkowując ją konserwatywnej wizji świata. Powiewem świeżości miała być rozwijająca się scena awangardowa, której twórcy oferowali wąskiej grupie odbiorców filmy pokazujące wątki drag w mniej zawoalowany i wyraźnie seksualny sposób. Prezentowano historie, w których cross-dressing był częściej aktywnym stylem życia aniżeli rodzajem patologii.

Autorem jednego z pierwszych i z perspektywy dnia dzisiejszego przełomowych obrazów queer był 29-letni Nowojorczyk – Ed Wood. Na początku lat 50. jeszcze nie „najgorszy reżyser w historii kina”, a niegroźny pasjonat, mający na swoim koncie kilka krótkometrażowych wprawek. W swoim pełnometrażowym debiucie, mającym premierę w 1953 roku, postanowił skoczyć na głęboką wodę, podejmując temat transwestytyzmu i transgenederyzmu, który dla amerykańskiego społeczeństwa wciąż skrywał wiele tajemnic. Film Wooda, pierwotnie zatytułowany nieco bardziej wprost: I Changed My Sex!,  mógł szokować publiczność wyjątkowo śmiałą tezą mówiącą, iż ludzka płeć kulturowa mogła różnić się od tej biologicznej.

Glen czy Glenda był filmem luźno opartym na autentycznej historii Christine Jorgensen, która przyszła na świat na nowojorskim Bronxie jako George Jorgensen Jr. Amerykanka duńskiego pochodzenia stała się sławna na początku lat 50., kiedy jako pierwsza osoba w historii zaczęła mówić głośno o przebytej operacji zmiany płci. 1 grudnia 1952 roku jej twarz pojawiła się na okładce dziennika New York Daily News. Magazyn dokładnie opisał również cały proces jakiemu została poddana kobieta, w artykule Ex-GI Becomes Blonde Beauty. Producent, George Weiss, próbował namówić Jorgensen, aby pojawiła się na planie u Wooda, ta jednak ostatecznie odrzuciła ofertę.

W jednej z pierwszych scen filmu widzimy policjantów odnajdujących zwłoki nieznanego transwestyty, który popełnił samobójstwo. Inspektor prowadzący śledztwo, chcąc zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości, zwraca się do psychiatry z prośbą o wyjaśnienie, czym właściwie jest transwestytyzm. Lekarz postanawia więc przybliżyć mundurowemu dwie historie z życia przedstawicieli nienormatywnej społeczności.

Głównym bohaterem pierwszej z nich jest niejaki Glen (w tej roli sam Ed Wood, występujący pod pseudonimem Daniel Davis), szczęśliwie zakochany w uroczej Barbarze, którą już niedługo zamierza poślubić. Wszystko byłoby w idealnym porządku, gdyby nie nietypowe zamiłowania mężczyzny. Okazuje się, że Glen uwielbia przebierać się w damskie ciuchy, przemierzając ulice miasta jako Glenda. Przeżywa przy tym nieliche rozterki, zastanawiając się czy powiedzieć ukochanej o swoich niezwykłych potrzebach. Zanim poznamy ostateczną decyzję bohatera, obserwujemy scenki z jego życia codziennego: zakupy eleganckiej bielizny, spacery, rozmowy z przyjaciółmi na temat jego dylematu. W końcu pojawiają się nawet koszmary i wizje – będące przedłużeniem lęku głównego bohatera przed odrzuceniem. Ostatecznie Glen decyduje się powiedzieć narzeczonej prawdę na temat swoich nietypowych zamiłowań, które ona okazuje się akceptować. Co ciekawe, kulminacyjnym punktem historii nie jest wcale moment wyznania prawdy, ale gest Barbary, która wręcza ukochanemu swój elegancki sweterek z agory, o którym marzył on od dłuższego czasu.

Istotność tej części garderoby, nie tyle dla postaci zagranej przez Eda Wooda, co dla niego samego, została podkreślona w filmie biograficznym Ed Wood (1994) w reżyserii Tima Burtona. Ed (w tej roli Johnny Depp) pojawia się na planie w makijażu, peruce, spódnicy i moherowym sweterku swojej żony, który to ukradkiem wcześniej dotykał. Jak słusznie zauważa Małgorzata Radkiewicz w swojej książce poświęconej kinu queer, różowy kolor swetra „staje się manifestacją autorskiej nienormatywności (…). Niedoceniany twórca ekranowych spektakli czyni z gestu drag element swojej twórczości – równie sztucznej i kampowej, jak jego kostium i wizja kina”. Nie bez powodu  Ed Wood, który sam był transwestytą,  przyznawał, że Glen czy Glenda to tak naprawdę jego historia.

Druga część jego pełnometrażowego debiutu poświęcona jest historii Alana, chłopaka wychowującego się w niespecjalnie przyjaznym domu. Matka nie ukrywa, że zawsze chciała mieć dziewczynkę, ojciec z kolei w ogóle nie przejmuje się jego losem. Widzimy jak Alan już jako młody chłopiec odkrywa żeńską naturę swojej osobowości, znajdując radość w kobiecych ubraniach i obowiązkach, co ma go w kolejnych latach doprowadzić do operacji zmiany płci. Znacznie krótsza, historia Alana została stworzona głównie z myślą o zapotrzebowaniu  dystrybutora na film o zmianie płci, czym pierwotnie Glen czy Glenda miał być. Po części ze względu na prywatne doświadczenia Wooda, historia nieco jednak zmieniła swój wydźwięk.

Ostatecznie, film mógł być dla reżysera szczególnie ważny, nie tylko ze względu na osobiste wątki, ale i początek współpracy (oraz przyjaźni) z Belą Lugosim. Niegdyś wielki aktor kina grozy, wówczas już spłukany i uzależniony cień samego siebie, miał wystąpić tutaj za kwotę rzędu pięciu tysięcy dolarów. W rzeczywistości liczba ta była prawdopodobnie czterokrotnie niższa, a aktorowi dostała się rola nieco szalonego naukowca objaśniającego widzom biologiczne uwarunkowania transwestytyzmu. Jego monologi, sceny przedstawiające operację zmiany płci oraz życie „po” Wood potraktował jako dowody na to, że queerowa społeczność żyje i coraz głośniej domaga się swoich praw. Nakręcone w zaledwie cztery dni, transgresyjne dzieło niosło więc przesłanie tolerancji i zrozumienia dla jednostek transpłciowych. Historie Glena i Alana znalazły szczęśliwe zakończenia. Bohaterowie znaleźli radość życia i spełnienie u boku swoich bliskich bądź w swoich prawdziwych ciałach. Z drugiej jednak strony, co z innymi Glenami i Alanami tego świata, przed którymi wciąż piętrzą się trudności i czyhają niebezpieczeństwa? – zapytuje w finale filmu reżyser,  kwestię akceptacji transwestytyzmu i transgenderyzmu w przyszłości pozostawiając otwartą.

Film nie doczekał się co prawda kontynuacji, choć Wood nie chciał tak szybko rozstawać się ze swoimi bohaterami.  Glen/Glenda pojawiają się więc ponownie w dwóch nowelach mistrza złego smaku, który później przez wiele lat pracował też jako pisarz specjalizujący się w tanich pulpowych powieściach. W Killer in Drag (1963) Glen/Glenda staje się seryjnym mordercą, a w kolejnej części, czyli Death of a Transvestite (1967), trafia do więzienia i kończy na krześle elektrycznym. W latach 60., kiedy (pop)kultura zaczęła zgłębiać najmroczniejsze i najbardziej przegięte zakamarki ludzkiej natury, przywrócenie do życia najsłynniejszego transwestyty wczesnego kina queer nie mogło już jednak nikogo zaszokować.

Pomimo tego, że dziś już na dobre przylgnęła do Eda Wooda łatka najgorszego reżysera w historii (nawet Uwe Boll podkreślał w jednym z wystąpień, iż nie jest nowym Woodem),  nie można odmówić mu pomysłowości i odwagi. Ograniczony budżet zdawał się mu tylko „pomagać”. 1953 był więc z jednej strony rokiem Dzikiego i męskiego Marlona Brando, seksownej Marylin Monroe próbującej poślubić milionera i udowadniającej, iż mężczyźni wolą blondynki, z drugiej zaś Glena – bohatera krzyczącego głośno, że płeć nie ma większego znaczenia, mężczyzna to nie tylko twardziel w skórzanej kurtce, a rola kobiety wcale nie musi się ograniczać do uwodzenia. Na 11 lat przed przełomowymi Notatkami o kampie Susan Sontag i 16 lat przed zamieszkami w nowojorskim klubie Stonewall, Wood jako zapalony młody filmowiec, bez talentu, ale za to z ogromnymi ideałami, był jednym z pierwszych głosów amerykańskiej queerowej wspólnoty. Mimo technicznych nieporadności i licznych potknięć, jego fabularny debiut stał się poniekąd zapowiedzią zmiany w kulturowym postrzeganiu społeczności queer. Zwracając uwagę na prawdziwą tożsamość tej grupy, jej pragnienia i prawa, okazał się być jednym z pierwszych filmów portretujących przedstawicieli nienormatywnej społeczności jako „figury pozytywnej identyfikacji”.

Źródła:

Andrew Grossman, Transvestism in Film

Małgorzata Radkiewicz, Oblicza kina queer

tygodnikprzeglad. pl/blekitny-aniol-seksu/

Linda Parys, Kamp według Susan Sontag

www.imdb.com

1 Komentarz

  1. Dziś, trochę przypadkiem, obejrzałem drugi raz ten film i jestem pod sporym wrażeniem. Zwłaszcza sekwencja oniryczna fajnie działa, potęguje to szalony refren w wykonaniu Lugosiego o smoku, ogonach szczeniąt i ślimakach. I polecam też zwrócenie uwagi na dźwięk w tej sekwencji, jest ciekawie wykorzystany i mam nie odparte wrażenie, że bardzo ceniony reżyser dość uwarzenie oglądał te sekwencje. Jego debiut jest mu dłużny. I dziwie się, że autorka nie odnotowała pożyczenia jednej ze scen z debiutu Eda w filmie hiszpańskiego mistrza o zmianie płci. Aż byłem zdziwiony tą bezpośrednią inspiracją. Może Ed był nazwany najgorszym reżyserem świata ale inspirował najlepszych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.