Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza (1957). Czego boją się mężczyźni?

Lata 50. w popkulturze kojarzą nam się przede wszystkim z dominacją kina science fiction, które na pewien czas wyparło starodawny, gotycki horror znany choćby z produkcji wytwórni Universal. Najeźdźcy z kosmosu, szaleni naukowcy, zmutowane zwierzęta i różnorakie ofiary radioaktywnego promieniowania. Oto chleb powszedni pożeracza pulpy z tego okresu. Kino przede wszystkim rozrywkowe, stojące na głowie po to, by zadziwić swojego widza i jak bardzo często mówimy dzisiaj: urokliwe, czy też nawet naiwne. Bywa jednak, że jest to wyłącznie kwestia pierwszego wrażenia i pod tak zwanym “kiczem” skrywa się komentarz polityczny czy społeczny. Tak jest w wypadku najwybitniejszych przedstawicieli tego gatunku: Inwazji porywaczy ciał (1956), Dnia w którym zatrzymała się ziemia (1951) czy właśnie Człowieka, który się nieprawdopodobnie zmniejsza.

Fabuła jest następująca. Scott Carey wiedzie szczęśliwe, ale też i zwyczajne życie. Stała praca, żona, dom na przedmieściach. I w zasadzie to tyle, co o nim wiemy. Niewiele, ale też o to w tym chodzi, by centralna postać filmu była niewyróżniającym się z tłumu człowiekiem, mającym służyć za obraz przeciętnego przedstawiciela swojej płci z tej epoki. Będąc na wakacjach, nasz bohater natrafia podczas rejsu na przedziwną, radioaktywną chmurę, z którą kontakt okazuje się mieć fatalne skutki. Zaczyna on bowiem stopniowo zmniejszać się. Początkowo zmiany są stosunkowo niewielkie, ot utrata kilku centymetrów. Z czasem jednak cały proces zaczyna przyspieszać i Scott zmniejsza się do wielkości dziecka, a później i owada.

Człowiek, który się nieprawdopodobnie zmniejsza (oryg. The Incredible Shrinking Man) jest filmem po brzegi wypełnionym efektami specjalnymi, które mają sprawić, że efekt transformacji głównego bohatera wygląda wiarygodnie. Oprócz przygotowania odpowiednio powiększonych rekwizytów nie brakuje tu użycia split screenu czy czarnego aksamitu, dzięki któremu można było wyodrębnić i umieścić postać Scotta w innym ujęciu. Olbrzymi szacunek należy się również odgrywającemu główną rolę Grantowi Williamsowi, który przez dużą część swojego czasu zdjęciowego musiał grać sam, wyobrażając sobie odpieranie ataków kreatur pokroju “olbrzymiego” kota czy “gigantycznego” pająka. I jeśli pominąć drobne niedoskonałości w niektórych scenach, to efekt pracy zarówno ekipy filmowej, jak i Williamsa można uznać za naprawdę godny podziwu, nawet tyle lat od czasu premiery.

Najważniejszym elementem historii nie jest jednak ukazanie procesu zmniejszania się, lecz to, jak owe zjawisko wpływa na psychikę Scotta. Początkowo przynosi mu to pewne kompleksy, które później, gdy jego stan ulega pogorszeniu, te ustępują miejsce prawdziwej bezsilności i rozpaczy. Ostatecznie film opowiada o tym, jak na ogół mężczyźni sami siebie postrzegają i jaką, jak im się zdaje, powinni pełnić rolę w społeczeństwie. Dopóki spełniają takie powszechne wymogi, jak bycie dobrym kochankiem, oparciem dla żony czy głównym żywicielem rodziny, to wszystko jest dobrze. Jeśli jednak w wyniku chociażby choroby (a tak przecież możemy nazwać stan głównego bohatera) któreś z tych zadań staje się awykonalne, to życie zdaje się rozpadać niczym domek z kart. A wraz z nim poczucie własnej męskości, czego jednym z symptomów jest wrażenie, że jest się na tle innych kimś gorszym i jakby “mniejszym”.

Oryginalny The Shrinking Man (przymiotnik “Incredible” dodano na potrzeby filmowej adaptacji) jest trzecią powieścią Richarda Mathesona i zarazem pierwszą, która doczekała się przeniesienia na wielki ekran. Matheson sprzedał prawa do adaptacji wytwórni Universal pod warunkiem, że to on sam zajmie  się pisaniem odpowiedniego scenariusza, co zresztą zapoczątkowało długą jego współpracę z przemysłem filmowym. Dawało mu to nieco większą kontrolę nad historią, choć nadal zmuszony był do kilku kompromisów. Oryginalna powieść stosuje narrację dziejącą się na dwóch płaszczyznach czasowych. Czytelnik naprzemiennie śledzi losy niewielkiego Scotta Careya, który toczy bój o przetrwanie będąc uwięzionym piwnicy, i retrospekcje, które mają przybliżyć proces jego powolnego zmniejszania się. Filmowa wersja stosuje jednak liniowy sposób opowiadania historii. Jest to też twór dużo bardziej ugrzeczniony, przede wszystkim z powodu olbrzymiej pruderii panującej w ówczesnym Hollywoodzie. Wątki bezpośrednio nawiązujące do seksualności bohatera w dużej mierze usunięto, pozostawiając jedynie dwie sugestywne sceny.

Powstawaniu Człowieka, który się nieprawdopodobnie zmniejsza towarzyszyła również batalia o zakończenie (tak, niniejszy akapit jest jednym wielkim spoilerem i czytasz go na własną odpowiedzialność!).  Studio Universal pragnęło bowiem wymusić na twórcach jednoznacznie pozytywny (i dość sztuczny) finisz, w którym to Scott miałby wrócić do swojego oryginalnego rozmiaru. Pomysł ten spotkał się ze stanowczym sprzeciwem zarówno Mathesona, jak i reżysera filmu Jacka Arnolda. Filozoficzne zakończenie, w którym protagonista zmniejsza się do poziomu mikroskopijnego i nieoczekiwanie zaczyna to akceptować (jakby rozumiejąc, jak nieistotnym jest człowiek w kontekście wszechświata), jest cenione przez dzisiejszych odbiorców, jednak w czasie swojej premiery było uznawane za bardzo kontrowersyjne. Na tyle zresztą, że na adres wytwórni co niektórzy widzowie wysyłali listy z żądaniami, by je koniecznie zmieniono. Do czego na szczęście nie doszło. Jednakże, aby film mógł zachować swój egzystencjalny wydźwięk, Matheson zgodził się na pewien kompromis. Mianowicie napisał populistyczny scenariusz do potencjalnej kontynuacji, w której to zmniejszona Louise Carey odnajduje swojego męża i razem wracają do normalnych rozmiarów. Film ten jednak nigdy nie powstał.

Filmowej adaptacji The Shrinking Man udało się, pomimo utrudnień i związanych z nimi kompromisami, przekazać istotę swojego literackiego oryginału. Fantastyczność tej opowieści służy tutaj przede wszystkim za metaforę poczucia własnej wartości, ale też i dostarcza widzowi wielu niezapomnianych wrażeń. I jeśli miałbym wybrać jedną cechę, która ostatecznie czyni ten film tak dobrym, to byłaby to sprawność, z jaką łączy on widowiskowość i rozrywkę z umiejętnością dotykania tematów ważkich. Historia Scotta Careya jest w równym stopniu niezwykła, co poruszająca, przez co będziemy siedzieć rozemocjonowani do samego końca seansu. Jeśli z jakiegoś powodu ten film znajduje się jeszcze na tak zwanej “kupce wstydu”, to sięgnijcie po niego jak najprędzej. To nie tylko jeden z najlepszych obrazów science-fiction swojej dekady, ale też w całej historii gatunku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.